Logo Przewdonik Katolicki

Bóg się rodzi na dyżurze

Michał Bondyra
– Najtrudniej jest, jak na twoim dyżurze przywiozą pacjenta i jego stan się drastycznie pogorszy – mówi pani Kasia

U pani Kasi na świątecznych dyżurach oddziału udarowego zgony to chleb powszedni. U pana Artura w wydziale utrzymania dróg dominuje za to samotność. Inny pan Artur w strażackiej remizie między akcjami stara się z kolegami stworzyć choć namiastkę świąt.

– Pamiętam groźny pożar mieszkania, kiedy ze strefy zadymienia wyciągaliśmy przebywające tam osoby. Biegli potem ustalili, że przyczyną był… pożar choinki – wspomina jedną z akcji podczas wigilijnego dyżuru kapitan Artur Laudy z zespołu prasowego Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej Miasta Stołecznego Warszawa. Choinek zresztą w święta Bożego Narodzenia przyszło mu gasić więcej. Pan Artur wspomina też wypadki drogowe. – Akcje w święta niczym nie różnią się od tych w dni robocze – mówi strażak, który pracuje dziś w grupie operacyjnej z jednostką dowodzenia.
 
Pierogi w remizie
W tym roku święta znów spędzi w remizie. Już po raz siódmy podczas 12 lat, odkąd pracuje w straży. – W jednostce na świątecznych dyżurach było nas dziewięciu, teraz w grupie operacyjnej jest nas sześciu – wylicza. – W tym roku moja służba wypada w Wigilię – dodaje. Pan Artur Laudy mówi, że każda jednostka ma swoją choinkę, a każda zmiana w związku ze świątecznym drzewkiem ma do spełnienia określone zadania. – Jedna zmiana wiesza bombki, druga światełka, a trzecia rozbiera całą dekorację – tłumaczy. Mimo że podczas świątecznego dyżuru w każdej chwili mogą się spodziewać wezwania do pożaru czy wypadku, w remizie przegotowują namiastkę świąt. Jest stół przykryty białym obrusem, opłatek, są też świąteczne potrawy przyrządzone przez bliskich strażaków. – W stanowisku kierowania jest kolega, który zawsze to sianko przynosi. A potrawy? Wiadomo postne, tradycyjne – mówi i zaraz potem wymienia smażonego karpia, rybę w galarecie, zupę grzybową, barszcz i jego ulubione pierogi z grzybami. – Gdy byłem jeszcze kawalerem, te pierogi robiła babcia i mama. Było ich zawsze tak dużo, że najadła się nimi cała jednostka – śmieje się kapitan Laudy. Od pewnego czasu pierogi zresztą przynoszą wszyscy. – Próbujemy wtedy po jednej sztuce tych przygotowanych przez babcię kolegi, czy żonę drugiego… Poznajemy tradycyjne smaki różnych domów – przyznaje.
 
Nagroda od bliźniaków
Gdy był kawalerem, świąteczne dyżury brał chętnie. Dziś gdy jest żona Magda, a od roku też bliźniaki Wiktoria i Mateusz, bardzo chętnie zamieniłby się z kimś, by tylko poświętować z najbliższymi w domu. – Żona wie, że gdyby tylko to było możliwe, Wigilię spędzalibyśmy razem. System zmianowy ma jednak to do siebie, że ktoś musi pracować, by ktoś w te święta mógł odpoczywać – pan Artur mówi to z nutą nostalgii. Stara się wraz z kolegami tak zorganizować czas w remizie, by choć trochę poczuć klimat Bożego Narodzenia. – Podchodzimy do wszystkiego z optymizmem. Chcemy zrobić namiastkę czegoś, co głęboko można przeżywać tylko z bliskimi. Bo gdybyśmy mieli tylko myśleć, że nasze rodziny siedzą teraz w domach w miłym gronie i śpiewają wspólnie kolędy, można by było popaść w depresję – przyznaje. A czy choć ludzie, którym strażacy ratują życie lub mienie w święta, potrafią zachować się wyjątkowo? – Nie, ale oni działają pod wpływem bardzo silnych emocji. Słowa „dziękuję” raczej nie słyszymy. Szczerze mówiąc, nie oczekujemy od nich wdzięczności, bo naszą pracę wykonujemy z zamiłowania, więcej: z powołania – kapitan Laudy życzyłby sobie, by w te święta w ogóle nie trzeba było interweniować. – Ale wiem, że tak się nie da, choć z roku na rok tych akcji jest mniej – przyznaje, wyjaśniając, że tempo życia maleje, a wszyscy starają się pilnować tego, czym się zajmują. Strażak mówi jednak, że dyżur ma też swój jeden, za to ogromny plus. – To moment kiedy wracam po dyżurze z pracy, a radość moich dzieciaków jest tak ogromna, że serce staje w gardle, a łzy cisną się do oczu – mówi wzruszony. Żona pana Artura zwykle mówi wtedy, że dzieci nigdy nie cieszą się na jej widok tak bardzo jak wtedy, gdy wraca ich tata. – Bo ciebie mają na co dzień, a mnie nie ma całą dobę – tłumaczy jej wtedy kapitan. I wspólnie siadają do stołu, nadrabiając stracony czas.
 
Życzenia od kierowców
Kiedy dostał pierwszy dyżur w święta, był żółtodziobem. – Była rozpiska, a ja nie miałem nic do gadania – wspomina Artur Dekiert z Wydziału Utrzymania Wielkopolskiego Zarządu Dróg Wojewódzkich w Poznaniu. Wtedy na dyżurze spędził prawie całe święta. Od tamtego czasu minęło sześć lat i kilka bożonarodzeniowych dyżurów. W tym roku w grafiku też ma ośmiogodzinną służbę. W Wigilię. – Jestem pod telefonem, ale prognozy meteorologiczne wskazują, że raczej go nie będzie – przyznaje. Wszystko zależy od przełożonych, którzy monitorują na bieżąco sytuację i podejmują decyzję, czy ściągnąć pana Artura do pracy, czy jednak będzie mógł spokojnie świętować z żoną, dorosłymi dziećmi i ich rodzinami. Kiedy zatem bezwzględnie musi być w pracy? – Jak jest sytuacja kłopotliwa, a tą w drogownictwie jest gołoledź – przyznaje. Wtedy pan Artur zbiera informacje z dziewięciu jednostek rejonowych o kłopotach z przejezdnością dróg, o tym, gdzie panują najgorsze warunki meteorologiczne. Po te informacje zgłaszają się do niego Centra Zarządzania Kryzysowego, Straż Pożarna i inne służby. Do wydziału dzwonią też kierowcy. – Zwykle bardzo nerwowi, ale trzeba ich zrozumieć. Konstruktywna informacja potrafi ich jednak uspokoić. W święta zresztą ich poziom negatywnych emocji opada i potrafią nawet złożyć życzenia przez telefon – zapewnia Dekiert.
 
Cicha noc w dyżurce
Czasu spędzonego z rodziną nie da się przeliczyć na żadne, nawet najlepsze pieniądze – przyznaje pan Artur. Tym bardziej, gdy w Wigilię ma się świadomość, że wszyscy najbliżsi są razem, a my musimy być w pracy zupełnie sami. Bo dyżury pana Artura to oaza samotności. – Świętuje się z ludźmi, samemu to nie jest żadne świętowanie – wyznaje gorzko. O świętach Bożego Narodzenia przypomina mu tylko choinka w dyżurce i kolędy leniwie płynące po radiowych falach. – Często sobie je nucę. Najbardziej lubię Cichą noc, jest piękna i niestety doskonale pasuje do sytuacji, w której wtedy jestem – przyznaje. Wtedy choć ciałem i rozumem jest w dyżurce Zarządu Dróg, to jak sam przyznaje, sercem przy najbliższych. – Choć nie uczestniczę w samej rodzinnej wigilii, aktywnie biorę udział w przygotowaniach. Odpowiadam za sprawy techniczne: lampki, bombki. I choć potem siedzę w pracy, wiem, co w domu jest na stole, jakie prezenty będą pod choinką – wylicza. Dlatego ten czas przygotowania do świąt w rodzinie Dekiertów jest równie ważny jak Boże Narodzenie. Pan Artur stara się też, by świętować choć w części mogli pracownicy rejonowi. – Ustalając grafik pilnujemy, by dyżury mieli ci, którzy mają blisko do domów, by jeszcze mogli szybko do nich wrócić i załapać się choć na jakąś część rodzinnego świętowania – tłumaczy. – To jest najważniejszy czas dla rodziny, więc niech nie ma gołoledzi, a śnieg niech pada delikatnie, tak tylko dla klimatu – kończy.
                                                                                                          
Trzy krwotoki w Wigilię
U nas jest wiecznie ostry dyżur. Dostajesz telefon z SOR-u, wjeżdża ciężki udar i wszystko leży. A ty nie wiesz, gdzie ręce włożyć – mówi o swoich dyżurach w święta Katarzyna Radzikowska, pielęgniarka Oddziału Udarowego w poznańskim Szpitalu Wojewódzkim. Święta na dyżurze spędza od zawsze. Zawsze to w tym przypadku długich 17 lat. – Przez ten czas uzbierałoby się ponad 30 dyżurów – liczy. Najgorzej, gdy dyżur jest „przelatany”. Wtedy jest przyjęcie za przyjęciem. – To są głównie ciężkie przypadki. Ludzie z udarami mózgu z całego województwa. Nie ma z nimi często żadnego kontaktu – mówi. Dyżur zmianowy trwa 12 godzin. Dwudziestu pacjentów, a prócz pani Kasi jeszcze tylko dwie koleżanki. Po powrocie ma wszystkiego serdecznie dość. Najgorsza jest nocka w Wigilię. – Siedzę w domu jak na szpilkach. Opłatek, wieczerza, prezenty, a ja szykuję się, by zdążyć na 18.00 do szpitala. Najgorsza jest droga do pracy. Jak jestem na miejscu, to już jakoś to leci – relacjonuje. Trudno jest też podczas dniówki w święta. – Na dworze żywej duszy, a ja wczesnym rankiem idę z perspektywą 12 godzin ciężkiej harówki – uzupełnia pielęgniarka. A na dyżurze? Szkoła przetrwania: przyjmowanie pacjentów, papierkowa praca, karmienie, przewijanie, podawanie leków, zmieniane kroplówek. Tak jeden po drugim. Godzina po godzinie. Dużo wtedy zależy od dnia. – Jak prócz pacjentów na oddział przyjadą jeszcze trzy krwotoki, to nawet nie ma kiedy opłatkiem się przełamać – przyznaje Radzikowska. Choć i tak w Wigilię przy wieczornym obchodzie jest czas na życzenia dla pacjentów. – Dzielimy się z nimi opłatkiem i składamy życzenia, gdy rozdajemy leki do kolacji – wyjaśnia. – Ale to są udary, więc z wieloma nie ma kontaktów i ten opłatek jest niemożliwy – dodaje za chwilę.
 
Już bez „gwiazdorków
Zgony podczas świątecznych dyżurów to norma. – Najtrudniej jest, jak na twoim dyżurze przywiozą pacjenta i jego stan się drastycznie pogorszy – pani Kasia za chwilę opowiada historię z ostatnich świąt. O tym, jak do szpitala trafił przytomny mężczyzna, który po trzech godzinach wylądował na OIOM-ie. Skończyło się zatrzymaniem oddechu. – Potem dzwonię na oddział i pytam, czy wiedzą, co się stało. Jeszcze po powrocie do domu myślę, czy mogłabym zrobić coś więcej – mówi. Do śmierci musiała się przyzwyczaić, ale mimo
17-letniego stażu, wciąż nie potrafi przejść obok niej obojętnie. Szczególnie gdy umierają młodzi. – Przenoszę to do domu i przeżywam. Psuję i tak okrojone już przez dyżur święta – wyznaje. Dobre dyżury też się zdarzają. Dobry to u pani Kasi synonim słowa „spokojny”, czyli dyżur bez ciężkich przypadków i gdy nie umierają młodzi. W tym, by dyżur był dobry może pomóc też rodzina chorego. – Są bliscy, którzy pomagają nam w pielęgnacji, karmią chorego. To dla nas zawsze odciążenie – mówi z uznaniem. Ale rodzina pacjenta może też zrobić w szpitalu piekło. Nawet w święta, gdy rodzi się Jezus. – Ludzie naoglądali się Na dobre i na złe i myślą, że wszędzie jest tak pięknie. Wtedy są roszczeniowi. Potrafią się awanturować nie gorzej niż niezrównoważeni czasem pacjenci – nie owija w bawełnę. Radzikowska opowiada też o „gwiazdorkach”. – To starsi ludzie, których rodziny chcą pozbyć się na święta. Wymyślają wtedy, że ich stan się pogorszył i taka babcia czy dziadek przeleżą u nas kilka dni – tłumaczy. Na szczęście poprzez kontrole NFZ i obligatoryjną tomografię mózgu dziś to się nie zdarza, a na oddziale są naprawdę poważnie chorzy. Gdy wraca z dyżuru, mąż Darek i syn Wiktor już na nią czekają. Kasia rekompensuje im swoją nieobecność samym byciem. Wciąż jednak jej mąż pyta retorycznie: „Czy w końcu będą święta, które spędzimy od początku do końca razem?”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki