Logo Przewdonik Katolicki

Kremla bój na śmierć i życie

Marek Magierowski
Fot.

Rosja ostro gra o Ukrainę, bo wie, że jej utrata byłaby dla niej geopolityczną katastrofą.

Od upadku Związku Sowieckiego przywódcy Kremla starają się usilnie przywrócić Rosji dawny blask i dawną pozycję w świecie. Chcą, by była ona głównym rozgrywającym, państwem, z którym każde globalne i regionalne mocarstwo powinno się liczyć. Tymczasem Rosja wciąż jest kolosem na glinianych nogach. Owszem, dysponującym bronią nuklearną, mającym stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, lecz jednocześnie obciążonym niewydolną gospodarką, wszechobecną korupcją i fasadową demokracją.

Rosja musi na każdym kroku podkreślać swoją wielkość, swoją militarną i dyplomatyczną potęgę. Władimir Putin opanował do perfekcji sztukę przykrywania słabości własnego państwa sukcesami na arenie międzynarodowej. Tak jak kilka miesięcy temu, gdy powstrzymał amerykański atak na Syrię. Putin zaproponował, aby reżim Baszara al-Asada dobrowolnie pozbył się broni chemicznej, a Biały Dom ochoczo przystąpił do tego planu. Dla niektórych Putin stał się bohaterem zasługującym nawet na Pokojową Nagrodę Nobla.

Ale dla Rosji równie ważne, co rozwiązywanie konfliktów w różnych zakątkach globu, jest pilnowanie własnej strefy wpływów. Od obalenia muru berlińskiego Zachód, nadal postrzegany przez wielu Rosjan jako największe geopolityczne zagrożenie dla ich ojczyzny, przesunął się znacząco w stronę Moskwy. Niegdyś stolicę Rosji dzieliło od granicy NATO (czyli granicy między NRD a RFN) blisko 2 tys. kilometrów. Dzisiaj – ok. 650 km (granica z Łotwą). Rosja czuje się dziś niepewnie: większość dawnych krajów bloku sowieckiego należy obecnie zarówno do Sojuszu Północnoatlantyckiego, jak i do Unii Europejskiej, kilka następnych aspiruje do tych organizacji. Cały czas jest niespokojnie na “podbrzuszu” Rosji – Kreml obawia się wzrostu znaczenia islamskich fundamentalistów i zbyt ścisłej współpracy wojskowej oraz gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi kilku byłych republik ZSRS. Na Dalekim Wschodzie zaś Kreml jest zaniepokojony ekonomiczną i demograficzną ekspansją Chin na Syberii.

 

Priorytet Putina

Bez tego kontekstu trudno zrozumieć dzisiejszy upór i bezkompromisowość Rosji w sprawie Ukrainy i prozachodnich inklinacji części jej społeczeństwa. Dla Rosji utrata Ukrainy oznaczałaby bolesny cios gospodarczy, gdyż bez udziału Kijowa nie sposób zbudować Związku Celnego – strefy wolnego handlu, obejmującej kilka krajów dawnego ZSRS, która w założeniu miałaby być przeciwwagą dla Unii Europejskiej i osłabić jej atrakcyjność w oczach potencjalnych kandydatów. Z drugiej strony natomiast zbliżenie Ukrainy z Europą byłoby dla Rosji trudnym do przełknięcia afrontem, wizerunkową klęską, której nie dałoby się żadną miarą usprawiedliwić przed rosyjską opinią publiczną. Jak pisał 20 lat temu Zbigniew Brzeziński: “Rosja może być albo demokracją, albo imperium. Nie może być jednym i drugim jednocześnie. Ale bez Ukrainy na pewno przestanie być imperium”.

W tej rywalizacji Władimir Putin nie może się ugiąć. Każde ustępstwo w kwestii Ukrainy może się zakończyć katastrofą – zarówno dla Rosji, jak i dla niego samego, jako “silnego” człowieka na Kremlu. Runąłby bowiem wtedy mit Putina jako polityka, który nigdy się nie myli, zawsze ma w ręku najlepsze karty i zawsze wygrywa.

Prezydent Rosji, tak jak w czasie “pomarańczowej rewolucji” w 2004 r., postawił na Wiktora Janukowycza jako na gwaranta utrzymania Ukrainy w rosyjskiej strefie wpływów. Dziesięć lat temu Putin poniósł dotkliwą porażkę. Teraz nie może sobie pozwolić na powtórkę, gdyż zapisałby się na kartach rosyjskiej historii jako ten przywódca państwa, który wprawdzie “ścigał czeczeńskich terrorystów nawet w kiblu", ale nie był w stanie powstrzymać dryfu Ukrainy w stronę Zachodu.

Ukraina była przecież zawsze postrzegana nie tylko jako część Związku Sowieckiego, lecz wręcz jako część Rosji. Miliony Ukraińców, głównie mieszkających na wschodzie kraju, na co dzień posługują się rosyjskim, a ukraińskiego często nie znają w ogóle. Jedna z najważniejszych baz rosyjskiej marynarki wojennej znajduje się w Sewastopolu na Półwyspie Krymskim. Rosja jest najważniejszym partnerem handlowym Ukrainy. Rosyjscy oligarchowie robią interesy w Dniepropietrowsku i Doniecku, ukraińscy w Sankt Petersburgu i Rostowie nad Donem. Przede wszystkim zaś Rosję i Ukrainę łączą rurociągi – gaz to główne narzędzie nacisku Kremla na władze w Kijowie.

 

Śladami Chin

Putin w przeszłości zakręcał kurek, gdy chciał coś od Ukraińców wyegzekwować. Potrafił też zagrać ukraińską kartą, gdy powstawał pomysł na budowę Nord Stream – niestabilność i nieprzewidywalność Ukrainy jako kraju tranzytowego miała być głównym argumentem na rzecz budowy gazociągu na dnie Bałtyku. Ale Putin jest też w stanie wykonać wspaniałomyślny gest, gdy taka jest potrzeba chwili – tak jak w połowie grudnia, kiedy radykalnie obniżył Ukrainie ceny gazu i zobowiązał się do zainwestowania 15 mld dolarów w ukraińskie obligacje państwowe.

Należałoby jednak napisać, że Putin ulżył nie tyle Ukraińcom, ile samemu Janukowyczowi. Tańszy surowiec i obietnica finansowego zastrzyku ze strony Kremla to dla niego koło ratunkowe, w dodatku rzucone w ostatniej chwili. Ukraina jest na skraju bankructwa i potrzebuje natychmiastowego wsparcia. I to materialnego, a nie jedynie werbalnego.

Dlatego też ów gest Putina ma znaczenie podwójne. Janukowycz, którego w 2015 r. czekają wybory prezydenckie, zyskał trochę tlenu i trochę czasu. A prezydent Rosji pokazał, kto jest prawdziwym, a nie malowanym przyjacielem Ukrainy. Kto jest w stanie rzeczywiście pomóc "braciom Ukraińcom", a kto tylko o tym mówi.

Pod tym względem Rosja postępuje podobnie jak Chiny, inwestujące w Afryce czy Ameryce Łacińskiej. W czasie gdy Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy udzielają biednym państwom pożyczek tylko w zamian za bardzo konkretne i niekiedy bardzo drastyczne reformy, Chińczycy po prostu przychodzą, budują drogi, mosty, lotniska i zapory wodne. Nie obchodzi ich, czy dany kraj jest dyktaturą, czy panuje w nim wolność słowa i czy w gospodarce obowiązuje wolny rynek. W przypadku pomocy dla Janukowycza Rosjanie poszli podobną drogą: “Nie obchodzi nas, czy Ukraina jest państwem prawa i czy są tam więźniowie polityczni. Nie domagamy się bardziej intensywnej walki z korupcją czy liberalizacji rynku energii. Pomagamy Ukrainie, bo chcemy ją uzależnić od Rosji".

 

Sporo do stracenia

Kreml przez cały czas dbał o to, by odpowiedni przekaz docierał nie tylko do Ukraińców, ale także do Rosjan. Od kiedy na kijowskim Majdanie zaczął rosnąć tłum przeciwników rządu, rosyjskie media publiczne, z angielskojęzycznym kanałem Russia Today na czele, zaniżały liczbę uczestników manifestacji i kreowały obraz agresywnego motłochu, niebezpiecznego dla otoczenia, demolującego budynki publiczne i atakującego niewinnych milicjantów. “Rosyjskie media kontrolowane przez państwo próbowały skompromitować liderów ukraińskiej opozycji, szczególnie Witalija Kliczkę, sugerując jego rzekome homoseksualne inklinacje" – pisała w swojej analizie Agata Wierzbowska-Miazga z Ośrodka Studiów Wschodnich. “Wielokrotnie powtarzana była informacja o zniszczeniu kijowskiego pomnika Lenina, co przedstawiane było jako przykład destruktywności protestu i faszystowskich nastrojów panujących wśród  uczestników”.

W mediach społecznościowych (przede wszystkich na Twitterze) uaktywnili się rosyjscy politycy i urzędnicy państwowi, oskarżający protestujących o próbę dokonania przewrotu, a zachodnich polityków o to, iż ich jawnie w tych działaniach wspierają. Gdy ukraińskie służby próbowały oczyścić Majdan z manifestantów, minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow mówił w wywiadzie dla kanału Rossija 24: "Nie ma najmniejszych wątpliwości, że za protestami stoją prowokatorzy. Zasmuca mnie fakt, iż nasi zachodni partnerzy najwyraźniej stracili kontakt z rzeczywistością (...)". Ławrowowi nie spodobała się także obecność w Kijowie niektórych polityków, jak np. szefowej dyplomacji UE Catherine Ashton: "Proszę sobie wyobrazić, że to ja pojawiłbym się w Niemczech i spotykałbym się na ulicznej demonstracji z ludźmi nawołującymi do rewizji stosunków Berlina z Unią Europejską. Jestem przekonany, że NATO, Rada Europy oraz OBWE wydałyby oświadczenia potępiające Rosję za mieszanie się w wewnętrzne sprawy Niemiec".

Rosja oczywiście miesza się w sprawy wewnętrzne Ukrainy dużo bardziej niż pani Ashton, choć udaje, że jest inaczej. Nic dziwnego – ma na Ukrainie dużo więcej do stracenia niż cała Unia Europejska.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki