Logo Przewdonik Katolicki

Wolność w kościelnych murach

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Rozmowa z dr. Tadeuszem Ruzikowskim, z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie.

Panie Doktorze, czy bez Kościoła idee „Solidarności” przetrwałyby stan wojenny w Polsce?

– To dobre pytanie. Z pewnością bez Kościoła byłoby to o wiele trudniejsze. Rola Kościoła w stanie wojennym oprócz tradycyjnej działalności duszpasterskiej dotyczyła bowiem także dwóch innych fundamentalnych sfer: po pierwsze funkcji depozytariusza wolności, ograniczonej tak nagle dekretem z 13 grudnia 1981 r., a po wtóre organizatora bezpośredniej, namacalnej pomocy dla represjonowanych i wszystkich potrzebujących.

 

Zacznijmy może od tej drugiej.

– W nocy z 12 na 13 grudnia kilka tysięcy ludzi „Solidarności” zostało nagle internowanych, uwięzionych, a ich najbliżsi pozbawieni często z dnia na dzień jakichkolwiek źródeł dochodów. I w zasadzie od pierwszych godzin stanu wojennego Kościół roztoczył parasol opieki nad tymi ludźmi. Już wtedy do kościołów zaczęto przynosić dary dla represjonowanych, głównie ciepłą odzież, żywność, środki czystości. Na bazie tego oddolnego ruchu pomocowego powstał decyzją ks. prymasa Józefa Glempa niezwykle sprawnie działający Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Faktyczne kierownictwo nad nim sprawował jednak bp Władysław Miziołek.

 

Jak wielka była skala tej pomocy?

  Do tej pory nie udało się tego całkowicie oszacować w skali ogólnopolskiej. Niewątpliwie jednak hierarchia kościelna starała się na tyle, na ile mogła, dawać zielone światło dla tego typu inicjatyw. Właściwie w każdej diecezji powstawały takie komitety pod patronatem Kościoła, a podobne działania charytatywne podejmowano w licznych parafiach.

 

Doskonale to pamiętam – od mleka w proszku dla dzieci po niezniszczalne koszule z amerykańskiego demobilu.

– To była pomoc wielostronna – faktycznie przede wszystkim pomoc rzeczowa, ale także, choć w mniejszym stopniu, wspomagano ludzi finansowo. Na początku dary pochodziły od polskiego społeczeństwa. Nieco później Kościół, jako praktycznie jedyna instytucja godna zaufania i działająca w skali kraju, przekazywał także dary napływające z zagranicy. Miał przy tym jednak na uwadze dobro nie tylko swoich wiernych, ale wszystkich bez wyjątku ludzi znajdujących się w potrzebie. Wspomagano nawet funkcjonariuszy systemu komunistycznego, którzy na przykład mieli chore dziecko i potrzebowali pilnie zagranicznego leku.

 

Kościół od początku upominał się również o internowanych.

– Naturalnie, Kościół jako instytucja tolerowana z konieczności przez władzę jako jedyny miał możliwość wywierania na nią konkretnego nacisku. I z tej możliwości korzystał. Nie do przecenienia są właśnie te liczne pisma interwencyjne względem osób internowanych kierowane poprzez oficjalne kanały i bezpośrednie kontakty z urzędnikami MSW i innych organów państwowych. To były dosyć skuteczne działania, przyniosły wolność wielu internowanym, w tym osobom poważnie chorym.

 

Kapłani zresztą jako pierwsi dotarli także do ośrodków internowania.

 – W pierwszych dniach i tygodniach stanu wojennego dostęp do ośrodków odosobnienia był niemożliwy, również dla członków rodzin osób tam osadzonych. Dopiero bezpośrednio w  czasie świąt Bożego Narodzenia 1981 r. do tych ośrodków wpuszczono księży. Z jednej strony nieśli oni pomoc duchową dla ludzi odseparowanych i informowali o tym, co dzieje się na zewnątrz, a z drugiej umożliwiali nieformalne kontakty ze światem, przemycali informacje (grypsy) do rodzin. Te wiadomości były wówczas bezcenne i stanowiły najlepszy prezent pod choinkę podczas tych pierwszych, tak bardzo smutnych świąt.

 

Najsilniejszą bronią Kościoła była jednak, jak zawsze, modlitwa…

– To był oczywiście najważniejszy aspekt kapłańskiej posługi. Rada Stała Episkopatu Polski w zaleceniach dla polskiego duchowieństwa dotyczących stanu wojennego wzywała do modlitw we wszystkich polskich kościołach w intencji Ojczyzny i osób represjonowanych, a także do uniknięcia ofiar w ludziach. Najbardziej zapamiętane pozostaje oczywiście przemówienie prymasa Józefa Glempa z 13 grudnia 1981 r., który podczas Mszy św. w kościele Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście w Warszawie wzywał do pohamowania emocji, uniknięcia rozlewu krwi oraz bratobójczych walk. Niestety, to wezwanie zostało później z premedytacją wykorzystane propagandowo przez władze PRL, które szermowały słowami prymasa.

 

Jednak wiele osób spodziewało się wówczas chyba czegoś innego?

– To prawda, spore grono zwolenników „Solidarności” oczekiwało mocnego odzewu na ten brutalny atak na „Solidarność” i odebranie ludziom „karnawału wolności”. Ale z perspektywy czasu, patrząc okiem historyka, można dostrzec wielką mądrość i poniekąd również odwagę prymasa, który nie bał się narazić na krytykę również ze strony części środowisk „Solidarności”. To był ważny głos, który przyczynił się do złagodzenia nastrojów i nie podgrzewał niepotrzebnie atmosfery, która i tak była wówczas bardzo gorąca. Prawdopodobnie głos prymasa Glempa przyczynił się więc do zminimalizowania liczby ofiar i uniknięcia większej liczby tragedii na miarę tej w kopalni „Wujek”.

 

Władzom nie udało się jednak wbić klina między społeczeństwo i Kościół, który pozostał enklawą wolności.

– Kościół już wcześniej prowadził rozmaite zorganizowane formy niezależnych wydarzeń kulturalnych, choćby w ramach Tygodni Kultury Chrześcijańskiej – wystawy, koncerty, recytacje wierszy itp. W stanie wojennym ta działalność bardzo się rozwinęła. Była to odpowiedź na wzmożenie cenzury i przepojenie kultury oficjalnej partyjną ideologią. Pamiętajmy także, że przez jakiś czas wszystkie teatry były pozamykane, a telewizję zmilitaryzowano i poddano ścisłej kontroli. Znacząca część artystów, którzy nie pasowali do rzeczywistości stanu wojennego, pozbawiona została pracy, a inni z wyboru nie uczestniczyli wówczas w oficjalnym obiegu kultury. Kościół zaprosił wielu z tych ludzi w swoje mury.

 

I tylko w kościelnych murach można było śpiewać Boże coś Polskę z frazą: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”.

 – Faktycznie, Kościół w pierwszych dniach, tygodniach i miesiącach stanu wojennego był jedynym miejscem, gdzie w czasie powszechnych represji, ograniczeń wolności słowa i swobód obywatelskich Polacy mieli możliwość swobodnego spotykania się i zwykłego „policzenia się” – zwłaszcza podczas pamiętnych Mszy św. za Ojczyznę. Na początku stanu wojennego to właśnie przede wszystkim w kościołach można było publicznie zobaczyć zakazane symbole „Solidarności”. Oczywiście najbardziej znanym tego typu miejscem była parafia pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu i Msze św. za Ojczyznę odprawiane przez ks. Jerzego Popiełuszkę, ale takie nabożeństwa odbywały się w całej Polsce. I to w dużej mierze dzięki temu duch „Solidarności” przetrwał i doczekał roku 1989.

 

A jaka w tym wszystkim była rola Jana Pawła II?

– Ojciec Święty był uważnym obserwatorem polskiej rzeczywistości, a jego głos

szczególnie w okresie stanu wojennego brzmiał wyraźnie i naprawdę docierał do naszego społeczeństwa. Jeszcze większe znaczenie miały jednak pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, zwłaszcza ta z 1983 r., która nie tylko wzmocniła Kościół, ale także ducha wolności i „Solidarności” polskiego społeczeństwa bardzo osłabionego przez realia „nocy stanu wojennego”. Papież był wówczas szczególnym wyrazicielem, głosem „Solidarności”. Komuniści, dla których szokiem był wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, do upadku PRL nie znaleźli skutecznego sposobu na neutralizację „efektu papieża Polaka”.

 

Pewnie nie jest też przypadkiem, że miesiąc po wizycie Jana Pawła II w Polsce odwołano stan wojenny.

– Niewątpliwie wizyta Jana Pawła II stworzyła pewną presję na władze PRL. Znosząc stan wojenny, komuniści chcieli poniekąd pokazać, że wszystko powoli wraca do normy, szczególnie przed najważniejszym świętem PRL – 22 lipca, kiedy głoszono słynne hasło o  „normalizacji”. Trzeba jednak mieć świadomość, że po części było to również posunięcie propagandowe, dzisiaj byśmy powiedzieli PR-owskie. Wiele restrykcyjnych przepisów mimo formalnego zniesienia stanu wojennego, choć w zmodyfikowanej formie, pozostało bowiem nadal w mocy. Komuniści do samego końca ustroju uważali zresztą Kościół za wroga – prowadzili z nim pokazowy dialog, a jednocześnie inwigilowali, prześladowali i mordowali księży.

 


 

dr Tadeusz Ruzikowski – historyk, badacz stanu wojennego, laureat nagrody im. prof. Tomasza Strzembosza za książkę Stan wojenny w Warszawie i województwie stołecznym 1981–1983.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki