Logo Przewdonik Katolicki

Wyzwania szkolnej katechezy

Ks. Artur Filipiak
Fot.

Katecheza to z definicji pogłębianie i umacnianie wiary, a jej celem jest zjednoczenie z Chrystusem. Co ma jednak zrobić katecheta, który coraz częściej ma do czynienia z uczniami, u których nie ma czego pogłębiać ani umacniać? Skoro tak mówią niektórzy wprowadźmy do szkół zamiast indoktrynującej katechezy neutralne religioznawstwo. To z gruntu fałszywa alternatywa.

Katecheza to z definicji pogłębianie i umacnianie wiary, a jej celem jest zjednoczenie z Chrystusem. Co ma jednak zrobić katecheta, który coraz częściej ma do czynienia z uczniami, u których nie ma czego pogłębiać ani umacniać? Skoro tak – mówią niektórzy – wprowadźmy do szkół zamiast „indoktrynującej” katechezy „neutralne” religioznawstwo. To z gruntu fałszywa alternatywa.

„Ja tu sprzedaję tylko nasiona”

„Pewien młody człowiek miał sen. Wszedł do sklepu. Za ladą stał anioł. «Co pan tutaj sprzedaje?» – zapytał. Anioł uśmiechnął się przyjaźnie i odpowiedział: «Wszystko, co pan zechce». Wtedy młody człowiek zaczął wyliczać: «Wobec tego poproszę o zakończenie wszystkich wojen na świecie, lepsze warunki życia dla marginalizowanych grup społecznych, o zlikwidowanie obszarów nędzy, pracę dla bezrobotnych, więcej miłości w rodzinach, o pokój i przyjaźń między ludźmi, sprawiedliwy podział dóbr, o posłuszne dzieci i zrozumienie dla młodzieży ze strony dorosłych, więcej człowieczeństwa i… i…».

«Przepraszam – wszedł mu w słowo anioł – pan mnie źle zrozumiał. My tu nie sprzedajemy owoców. Sprzedajemy tylko nasiona»” [zasłyszane, autor nieznany].

 

„Stajemy się, a nie rodzimy chrześcijanami”

Ludzkie życie jest nieustannym stawaniem się i rozwojem. Nie inaczej jest z wiarą. Fiunt, non nascuntur christiani – „stajemy się, a nie rodzimy chrześcijanami”. To lapidarne i wciąż aktualne powiedzenie Tertuliana, pochodzące z ok. 200 r., kształtuje świadomość Kościoła od jego początków aż po czasy współczesne. Chrześcijanami stajemy się przez stopniowe wprowadzenie w nowe życie, którego zalążek – jak ziarno posiane w ziemię – otrzymaliśmy na chrzcie świętym. Temu procesowi wchodzenia w chrześcijaństwo, stawania się chrześcijaninem i dojrzewania w wierze nadano z biegiem czasu nazwę chrześcijańskiego wtajemniczenia. Jego ważnym elementem jest katecheza. W ciągu wieków istnienia Kościoła powstało wiele modeli katechezy. Tylko w XX w. można ich wyliczyć kilkanaście. Uwarunkowane historycznie stanowiły i stanowią katechetyczną odpowiedź Kościoła na wyzwania czasu. Na przykład, gdy w okresie Oświecenia zaczęto w Europie wprowadzać obowiązek powszechnego nauczania, w powstających szkołach publicznych znalazło się miejsce również dla katechezy, która przybrała wówczas formę nauczania religii. Katecheza stała się zatem przedmiotem szkolnym, a katecheta – nauczycielem religii.

Dziś cały Kościół, a szczególnie osoby odpowiedzialne za katechizację stają wobec kolejnych wyzwań. Ponad 20 lat temu katecheza wróciła do polskich szkół. Przyniosło to niewątpliwie wiele korzyści. Systematyczną nauką religii można było objąć większy odsetek dzieci i młodzieży, a szkolna katecheza zaczęła udoskonalać się od strony metodycznej i dydaktycznej. Szybko dały się jednak zauważyć także pewne niebezpieczeństwa. Przede wszystkim katecheza została wyrwana ze swego naturalnego środowiska, jakim była i pozostaje wspólnota parafialna. Poza tym rozpoczął się proces dystansowania się rodziny i parafii od przysługujących im zadań katechetycznych i wychowawczych. Istniało bowiem przekonanie, że szkolna katecheza będzie zdolna nie tylko przejąć funkcję katechezy kościelnej, lecz że wypełni ją w znacznie lepszym stopniu.

Dziś wiemy, że to było złudzenie. Nic nie zastąpi katechezy rodzinnej i parafialnej. Dlatego podejmowane są żmudne wysiłki, by ją odbudować. To parafia – rozumiana jako wspólnota wspólnot – jest bowiem najbardziej odpowiednim środowiskiem dla katechezy, ponieważ to właśnie we wspólnocie żyje się wiarą na co dzień i ją celebruje. Dzięki temu katechizowani mogą doświadczyć tego, o czym jest mowa na katechezie. Tym niemniej obecność lekcji religii w szkole wciąż pozostaje szansą – nie tylko dla Kościoła, ale i dla samej szkoły.

 

Po co religia potrzebna jest szkole?

Mało kto o to pyta – po co religia potrzebna jest szkole? W dyskusjach toczonych w obronie obecności lekcji religii najczęściej powołujemy się na prawo Kościoła do szkolnej katechezy. I mamy niewątpliwą rację. Warto pamiętać, że szkoły i przedszkola w naszym kraju są (w znacznej części) publiczne, a nie państwowe. Przejawia się to choćby w tym, że na ich utrzymanie ze swoich budżetów łożą samorządy (gminy bądź powiaty). Zatem de facto szkoły należą do rodziców, których dzieci aktualnie do danej placówki uczęszczają. Jeśli więc wyrażają oni wolę, by ich dzieci uczestniczyły w zajęciach z religii, którą wyznają, mają do tego prawo. Argument ten niekoniecznie jednak musi przemawiać do ludzi niechętnie nastawionych do Kościoła, czy wręcz wrogo usposobionych do religii w ogóle.

Postawmy zatem pytanie w ten właśnie sposób: po co religia potrzebna jest szkole? To znaczy przede wszystkim uczniom. Odpowiedzi są zasadniczo trzy. Pierwsza ma charakter historyczno-kulturowy. Nie można zrozumieć polskiej historii i kultury bez znajomości odniesień religijnych. Literatura, malarstwo i muzyka przeniknięte są odwołaniami do Pisma Świętego i chrześcijańskiej tradycji. Nie da się ich w pełni poznać, nie odwołując się do wiary całych pokoleń Polaków. Nauczanie religii może w tym procesie poznawania oraz rozumienia naszej historii i kultury znacząco pomóc. Druga odpowiedź jest natury społecznej. Jeśli głównym zadaniem szkoły publicznej (inna sprawa, czy polska szkoła to zadanie rzeczywiście wypełnia) jest przygotowanie młodych ludzi do życia w społeczeństwie obywatelskim, to obszar religii nie może być z tego przygotowania wyłączony. Uczniowie – nawet wątpiący czy wręcz niewierzący – spotykają się bowiem z fenomenem religii na co dzień. Mijają świątynie, rozmawiają z wyznawcami chrześcijaństwa. Jeżeli szkoła nie ma pozostać jedynie sztucznie stworzonym pedagogicznym obszarem, odizolowanym od rzeczywistego świata, powinna uwzględniać wymiar religijny. A wychowanie do pokojowego współistnienia ludzi różnych wyznań i światopoglądów musi należeć do jej priorytetów. Czy można je zrealizować lepiej niż przez obecność nauczania religii w samej szkole?

Trzeci argument za obecnością nauczania religii w szkołach publicznych wiąże się z samą istotą człowieczeństwa. Dotyczy bowiem pytania o sens ludzkiej egzystencji. Współcześnie uczniowie uczestniczą wprawdzie w wysoce wyspecjalizowanym systemie edukacji, ale wiedza życiowa jest z niego prawie zupełnie wyłączona. Dowiadują się, jak funkcjonuje świat, w którym przyszło im żyć. Wiedzą, jak działa ich organizm. Uczą się, że mogą widzieć dzięki stu milionom receptorów w swoich oczach. Że mogą słyszeć, dzięki dwudziestu czterem tysiącom rzęsek, wbudowanych w ich uszy. Że ich serce pulsuje, godzina po godzinie, wykonując trzydzieści sześć milionów uderzeń rocznie, pompując krew przez około sto tysięcy kilometrów żył, tętnic i naczynek. Ale żaden ze szkolnych przedmiotów nie odpowie im na pytanie, na które odpowiedzi udzieli lekcja religii: I po co to wszystko? Żaden inny przedmiot nie odpowie na pytania, które stawiali już starożytni filozofowie: Skąd przychodzę, dokąd idę? I jak mądrze wykorzystać czas, który został mi dany między „skąd” i „dokąd”? Byłoby prawdziwym nieszczęściem dzieci i młodzieży w naszym społeczeństwie, gdyby nie mieli nikogo, od kogo mogliby się nauczyć, jak dobrze i pięknie żyć.

 

Między katechezą a religioznawstwem

Rolę eksperta w tej dziedzinie miałby do spełnienia nauczyciel religii. Już z tego punktu widzenia wydaje się, że to misja godna kamikadze. Dodatkowo – biorąc pod uwagę, że katecheta realizuje również posłannictwo zlecone przez Kościół – jest to zadanie nie jedyne i wcale nie najważniejsze. Katecheza to z definicji pogłębianie i umacnianie wiary, a jej celem jest zjednoczenie z Chrystusem. Co ma jednak zrobić katecheta, który coraz częściej ma do czynienia z uczniami, u których nie ma czego pogłębiać ani umacniać? U których nie można mówić nie tylko o jakiejś więzi z Jezusem, ale nawet o pierwszym z Nim spotkaniu? Skoro tak – mówią niektórzy, a postulat ten jest wyjątkowo chętnie podchwytywany przez niektórych polityków, szczególnie opcji lewicowej – wprowadźmy do szkół zamiast „indoktrynującej” katechezy „neutralne” religioznawstwo! To z gruntu fałszywa alternatywa. Po pierwsze dlatego, że nie istnieje coś takiego jak „neutralne” religioznawstwo. Wszystko zależy od tego, kto układa programy nauczania i kto prowadzi takie zajęcia. Nawet uchodzące za wzór neutralności programy brytyjskie uwzględniają obok podstawowych wiadomości na temat danej religii (about religion) także wartości, które uczeń powinien przyjąć za swoje z określonej religii czy wyznania (from religion). Nie ma więc mowy o bezstronnym lub obojętnym dla młodego człowieka nauczaniu religioznawstwa. Po drugie, obok katechezy i religioznawstwa istnieje trzecia opcja – model nauczania religijnego nazywany wyznaniową lekcją religii. W tym wypadku katecheza i nauka religii nie będą już traktowane jako synonimy. W wyznaniowym nauczaniu religii kładzie się akcent nie tyle na pogłębianie wiary, ile na jej obudzenie, wychodząc od odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne uczniów. Odpowiedź ta jest wówczas udzielana w świetle wiary Kościoła katolickiego. Dlatego właśnie takie nauczanie religii nazywamy wyznaniowym. Charakteryzuje się ono odwagą, by nadać konkretny kształt odpowiedzi na pytanie o sens ludzkiego życia.

Godne rozważenia jest, czy taka forma nauczania religijnego nie byłaby bardziej adekwatna w aktualnej sytuacji – przynajmniej w niektórych klasach szkół ponadgimnazjalnych, zwłaszcza w dużych miastach, w których zaobserwować można systematyczny odpływ młodzieży z katechezy. Z pewnością taki model nie jest idealny i niesie też z sobą pewne zagrożenia. Największym byłoby zatrzymanie się jedynie na rozważaniu doświadczeń uczniów na zasadzie: „Dobrze, że chociaż sobie na ten temat porozmawialiśmy”. Istotą wyznaniowego nauczania religii jest właśnie skonfrontowanie doświadczeń, przeżyć i problemów młodych ludzi z Ewangelią i tradycją Kościoła. Nauczyciel religii musi pozostać ekspertem w tej dziedzinie. Ekspertem, to znaczy przede wszystkim świadkiem tego, o czym mówi. Wówczas lekcja religii ma szansę stać się wyzwaniem intelektualnym i duchowym oraz skłonić uczniów do przyjęcia za własne przekazywanych im prawd i wartości. Innymi słowy: może ich doprowadzić do podjęcia decyzji wiary.

Czy taki właśnie model szkolnej katechezy pozwoli sprostać wyzwaniom przyszłości? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. W takich dziedzinach jak duszpasterstwo, katechizacja czy wychowanie nie ma gotowych recept i łatwych rozwiązań. Kto spodziewał się takowe znaleźć w niniejszym tekście, temu muszę powiedzieć: „Przepraszam, Państwo mnie źle zrozumieli. Ja tu sprzedaję tylko nasiona”. To, czy wydadzą owoc, zależy od wspólnej refleksji i pracy wielu ludzi, którzy czują się odpowiedzialni za przekaz wiary w Kościele i za wychowanie powierzonego ich pieczy młodego pokolenia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki