Logo Przewdonik Katolicki

Mistyka wakacji

Ks. Mariusz Pohl
Fot.

Pamiętam, że przed laty, w czasach studiów, a potem w seminarium, z kilkoma kolegami uprawialiśmy kult wakacji. Oczywiście nie chodziło o jakieś okultystyczne praktyki czy tworzenie parareligii, ale o tęskne czekanie, a potem o jak najlepsze przeżycie wolnego czasu lipca, sierpnia i września.

Pamiętam, że przed laty, w czasach studiów, a potem w seminarium, z kilkoma kolegami uprawialiśmy „kult wakacji”. Oczywiście nie chodziło o jakieś okultystyczne praktyki czy tworzenie parareligii, ale o tęskne czekanie, a potem o jak najlepsze przeżycie wolnego czasu lipca, sierpnia i września.

Już w styczniu sporządzaliśmy centymetrową miarkę-kalendarz i każdego dnia odcinaliśmy kolejny centymetr upływającego dnia. Im bliżej utęsknionej daty ostatniego dnia w seminarium, tym bardziej uroczyste odcinanie i większa radość ze zbliżającego się wyjazdu. Plany wędrówek, mapy górskich pasm, nawet rozkład jazdy pociągów południowej Polski wisiały na ścianach jako wspaniała obietnica świętego czasu wakacji.

A potem wyjazd nocnym pociągiem do Zakopanego i pierwszy krok z plecakiem na jednej ze stacyjek w Gorcach czy Beskidzie Wyspowym. Takich wakacyjnych wyjazdów i pierwszych kroków wędrówki przeżyłem w życiu kilkanaście. Po dziś dzień zresztą wyjeżdżam ciągle w te same okolice Gorców, Beskidów i Pienin, z tą różnicą, że dziś wsiadam do samochodu, a nie pociągu. Ale mistyka tych wyjazdów i wędrówek ukształtowała mnie i zaważyła na całym życiu, posłudze kapłańskiej i sposobie przeżywania nie tylko wakacji, ale także codzienności.

Sens wakacyjnych wędrówek

Co takiego ważnego kryje się w wędrownych wakacjach z plecakiem? Otóż odtwarza się w nich i urzeczywistnia pradawny archetyp wędrówki do jakiejś ziemi obiecanej. Człowiek uświadamia sobie, że życie ma jakiś cel, że nie można stać w miejscu i zadowalać się plackami ziemniaczanymi na deptaku w Sopocie – tak było kiedyś – czy niezliczonymi lodami, chipsami i chrupkami dziś. Ze zgrozą obserwuję, jak drastycznie spadło wśród współczesnej młodzieży zapotrzebowanie na przygodę, traperską niewygodę i jakiś element nieprzewidywalności co do noclegu, jedzenia i trasy na następny dzień.

Być może jest to kontrreakcja na nadmiar improwizacji i niewygody w czasach komuny: rodzice, którzy dość się namęczyli z rozmaitymi brakami i „niespodziankami” w sklepach, na wczasach pracowniczych i zakładowych wycieczkach starymi jelczami chcieli zafundować swoim dzieciom inny standard i styl. Dlatego od lat tak modne są wakacje w Egipcie, Grecji, Hiszpanii czy choćby swojskiej Juracie. Można się jednak spodziewać, że pojawiać się coraz więcej osób, które znów zatęsknią za plecakiem, mapą i górską włóczęgą od schroniska do schroniska czy agrogospodarstwa.

I do takiego spędzania wakacji pod koniec sierpnia chciałbym zachęcić szczególnie studentów, którzy mają przed sobą jeszcze miesiąc odpoczynku. Tym bardziej że warunki do wędrowania są dziś bez porównania łatwiejsze niż przed 30 laty: nie ma kartek na masło, kiełbasę i cukier, chleb kupimy każdego dnia, po nic nie trzeba stać w kolejce. Nie warto zatem obciążać plecaka prowiantem i puszkami na dwa miesiące, a i sam plecak, śpiwór i namiot ważą ćwierć tego co przed laty. W dodatku w komórce można mieć satelitarne mapy, GPS-y i interaktywne przewodniki zamiast sfatygowanej i poklejonej taśmą „zdobycznej” sztabówki. Tylko wyruszać na szlak!

Duchowość na szlaku

Zadajmy sobie pytanie, gdzie w tym miejscu mowa o życiu duchowym? Przecież jest to przewodnik życia duchowego? Ono samo zacznie się w nas rodzić dopiero wtedy, gdy wejdziemy na górską ścieżkę, gdy wraz z wiatrem poczujemy na twarzy powiew wolności. Bo takie wakacje oznaczają przede wszystkim wolność. Nie grozi nam, że biuro turystyczne zbankrutuje, że odwołają samolot, że zabraknie dolarów na pamiątki. Tu człowiek nie musi się niczego bać, chyba że nagłego załamania pogody albo zbytniego zmęczenia. Zewsząd otacza nas wspaniała przyroda: stare lasy pełne grzybów, jagód i malin, pachnące skoszonym sianem łąki, niezliczone kwiaty na miedzach. Gdy wejdzie się trochę wyżej, krystaliczną wodę można pić wprost z potoku albo źródła, których w górach nie brakuje.

Nierzadko można spotkać na polanach wypasających owce juhasów lub dzieci zbierające borówki. W Gorcach trafią się jeszcze stare szałasy, kiedyś przez całe lato zamieszkane, dziś opustoszałe i próchniejące, bo nikomu nie chce się już ich naprawiać. W Beskidzie Sądeckim wysoko i z dala od głównych dróg w miejscowych gospodarstwach bez problemu i darmowo można dostać kwaśnego mleka czy wody z sokiem malinowym. Ludzie tam mieszkający są bezinteresowni i życzliwi, nad wyraz gościnni i rozmowni – warto choć kilka minut z nimi porozmawiać.

Wędrówka z modlitwą

Często też można spotkać przy ścieżce czy na skraju lasu drewniane lub kamienne kapliczki. Wydają się zapomniane i zagubione na pustkowiu, ale tak nie jest: trawa wokół jest wykoszona, nieopodal rosną kolorowe kwiaty, a gdy przechodzi któryś z mieszkańców, albo nawet i turystów, to zawsze się zatrzyma na chwilę modlitwy.

Choć prawdę mówiąc, w górach chce się człowiekowi modlić wszędzie. Ich ogrom i majestat mimowolnie kierują ludzkie myśli do Boga. Człowiek obcuje z pięknem przyrody w najczystszej, nienaruszonej postaci. W dodatku ta przyroda jest blisko. Są obszary, gdzie nie ma szlaków turystycznych i można chodzić każdą ścieżką, bezdrożem, lasem, potokiem – jak tylko starczy sił i fantazji. A gdy jeszcze masz ze sobą namiot i plecak z całym dobytkiem, to jesteś już całkowicie wolny: zawsze znajdzie się polanka nad potokiem, gdzie możesz się rozbić i przenocować przy ognisku. Zatem ruszaj!


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki