Logo Przewdonik Katolicki

Małżeństwo ? projekt kultury czy wiary

PK
Fot.

Jan Paweł II napisał w swojej adhortacji apostolskiej o małżeństwie i rodzinie: Przyszłość świata i Kościoła idzie poprzez rodzinę (FC 75). Zmaganie o rodzinę jest sporem o przyszłość człowieka i ludzkości. Jest to szczególny spór między kulturą współczesną a wiarą. Jak go rozumieć, wyjaśnia ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz

Jan Paweł II napisał w swojej adhortacji apostolskiej o małżeństwie i rodzinie: „Przyszłość świata i Kościoła idzie poprzez rodzinę” (FC 75). Zmaganie o rodzinę jest sporem o przyszłość człowieka i ludzkości. Jest to szczególny spór między kulturą współczesną a wiarą. Jak go rozumieć, wyjaśnia ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz

 
 
 Z jednej strony współczesna kultura chaosu i bezładu próbuje podporządkować sobie małżeństwo i rodzinę, z drugiej strony – wiara odsłania blask prawdy o tej wspólnocie i instytucji. Jak opisać ową współczesną kulturę? Gdyby chcieć określić jednym słowem epokę, w której żyjemy, można by zapewne użyć słowa „postmodernizm”. Słowo dla jednych może wydać się przebrzmiałe, dla innych dziwne. Jednak postmodernistyczny świat istnieje, niezależnie od naszej aprobaty. A cechą tego świata jest odchodzenie od jednolitego, monolitycznego porządku społecznego do nowego, pluralistycznego pod względem form odmienności i różnorodności.
W takim świecie ważnym jest nie to, co centralne, istotne, ale pochwałę rodzi peryferyjność i alternatywność kulturowa. Zauważmy, jak bardzo przykuwa naszą uwagę to, co w gruncie rzeczy jest marginalne, drugorzędne, banalne. Ale o to właśnie chodzi – by człowiek postmodernistyczny został pozbawiony celu oraz został skazany na bezsensowne błądzenie w świecie pustki pozbawionej wartości. Chodzi o to, by człowiek zamiast bycia wędrowcem, pielgrzymem w drodze do celu, stawał się włóczęgą, cieszącym się byle jakim okruchem przyjemności.
 
Małżeństwo a ideologia gender
 
Pozbawienie człowieka wymiaru pielgrzyma wpatrzonego w horyzont nadprzyrodzoności i wieczności sprawia – co brzmi może trochę paradoksalnie – że ten sam człowiek rezygnuje z odpowiedzialności za doczesność.
Szczególnym polem tej rezygnacji staje się dzisiaj obszar małżeństwa i rodziny. Kultura postmodernistyczna (lub ponowoczesna), dla której nie ma żadnych pewników, odrzuca zatem to wszystko, co do tej pory było niepodważalne, prawdziwe, pewne. Odrzuca na przykład koncepcję płciowości człowieka, a w konsekwencji jej sensu. Odrzuca samo pojęcie małżeństwa.
Podważenie sensu płciowości dokonuje się współcześnie w tzw. idei gender. Można powiedzieć, że wyraża się ona w tezie, iż nic nie wynika z natury, ale wszystko jest konstrukcją społeczno-kulturową. Płeć staje się zatem kwestią wyboru. Na tak wybranej płci można budować dowolne konfiguracje i związki, którym usiłuje się przypisać rolę małżeństwa. Idea, czy też ideologia gender, wyrasta ponadto jako znak sprzeciwu wobec dotychczasowej tradycyjnej kultury – uznającej płeć biologiczną i jej naturalne role oraz funkcje. Taki tradycyjny model, zdaniem zwolenników zarówno genderyzmu, jak i feminizmu, jest źródłem przemocy w rodzinie, inaczej – ucisku. Podpisana przez polski rząd w grudniu ubiegłego roku Konwencja Rady Europy ws. zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej zawiera m.in. taki oto artykuł mówiący o przymusie walki z tradycją: „Strony stosują konieczne środki, aby promować zmiany w społecznych i kulturowych wzorcach zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i wszelkich innych praktyk opartych na pojęciu niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn” (art. 12 p. 1). Wykorzenić uprzedzenia wyrastające z tradycji, religii, dotychczasowej kultury, oparte na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn. Podstawową taką stereotypową rolą dla kobiety jest macierzyństwo, dla mężczyzny zaś ojcostwo. Walka Rady Europy wpisuje się doskonale w pomysł walki innego Europejczyka, Fryderyka Engelsa. Klasyk marksizmu w 1884 r. stwierdzał: „W historii za pierwszorzędny antagonizm należy uznać antagonizm między mężczyzną i kobietą w monogamicznym małżeństwie, a za pierwszorzędny ucisk – ucisk kobiety przez mężczyznę”. W konsekwencji ideologia gender, swoista nowa walka klas, wystąpiła przeciwko macierzyństwu. Wszak istotą ucisku kobiet jest macierzyństwo i wychowywanie dzieci, jak pisała na przykład Nancy Chodorow w książce The Reproduction of Mothering.
  
Nowe definicje rodziny
 
Ktoś może zauważyć, zdroworozsądkowo, a zatem modernistycznie, że takie refleksje trącają o absurd, o nonsens, że są anormalne. Rzecz jednak w tym, że żyjemy w czasach, w których dokonuje się destrukcja pojęć „normalność” i „anormalność”, „norma” i „patologia”. Nowa konstrukcja „normalności” stwarza wiele możliwości definiowania rodziny. Dominuje wśród nich podejście otwarte – zamiast instytucjonalnego definiowania rodziny określana jest jako „normalna” prywatna, dobrowolna grupa społeczna o szczególnych związkach. Taki stan rzeczy nie jest wyłącznie sferą idei i ideologii, znajduje swoje przełożenie w strukturach prawnych i politycznych, czego wyrazem jest Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej z 2000 r. Destabilizacji pojęcia towarzyszą alternatywne formy życia małżeńsko-rodzinnego. I nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o osławione związki homoseksualne, roszczące sobie fikcyjne prawa do przywileju bycia małżeństwem; chodzi o sankcjonowanie jako normalnych osób rozwiedzionych, o „poligamię sukcesywną”, o dobrowolną bezdzietność par heteroseksualnych (DINK – Double Inocme No Kids), monoparentalność, „wolne związki”, małżeństwa „na próbę”, czy tzw. LAT – Living Apart Together (układ partnerski, w którym osoby w nim żyjące traktują siebie nawzajem jako partnerów życiowych, jednak mieszkają osobno). Tak wyartykułowane przez kulturę małżeństwo oznacza dzisiaj dowolny związek egoistycznych indywiduów kierujących się zaspokojeniem własnych przyjemności. Taki jest wynaturzony obraz kulturowego małżeństwa, które naprawdę nie jest i nie może być fundamentem dla budowania rodziny.
 
Prawda o człowieku
 
Takiemu też obrazowi sprzeciwia się wiara. Wiara, przypomnijmy raz jeszcze, to wiara w coś, ze względu na kogoś. To uznanie danego stanu rzeczy w sposób absolutny za prawdziwy, godny zaufania, uznanie, które dokonuje się w oparciu o zaufanie – w tym wypadku zaufanie Bogu.
Zawierzenie Bogu, Jego słowu odsłania prawdę o człowieku. Przypominał o tym niestrudzenie bł. Jan Paweł II. Pisząc o człowieku, miał na myśli fakt, że mężczyzna i kobieta są obrazem Boga. To proste stwierdzenie zyskuje swoje znaczenie, gdy podejmie się próbę analizy opisów stworzenia człowieka – w tradycji biblijnej, w obu opisach stworzenia człowieka. Pomimo różnic stylistycznych z obu opisów daje się wyciągnąć podstawową tezę o wyjątkowej godności człowieka, wynikającej z faktu stworzenia człowieka „na obraz Boży” oraz – co jest bardzo istotne – o aspekcie daru. Ten drugi fakt pozwala dostrzec, że mężczyzna i kobieta są obrazem Bożym nie tylko w ich jednostkowym istnieniu, ale również we wzajemnej relacji osób. To dlatego w słowach przysięgi małżeńskiej zostaje potwierdzona w sposób fundamentalny ta prawda daru – wzajemnego daru dla siebie.
Akt przysięgi małżeńskiej w liturgii katolickiej rozpoczyna się od wyznania – stwierdzenia, które przybiera formę dialogu: „Ja ... (imię Pana Młodego) biorę Ciebie ... (imię Panny Młodej) za żonę”. Po chwili padają natomiast, niejako symetrycznie, słowa: „Ja ... (imię Panny Młodej) biorę Ciebie ... (imię Pana Młodego) za męża”. W tym dialogu zawarta jest bardzo głęboka i istotna prawda antropologiczna, że wzięcie kogoś jako daru domaga się zarazem przyjęcia daru. Dar nie byłby właściwie darem, gdyby ten, który bierze, zarazem nie współdarował się w jakiś sposób branej osobie.
Problem nie jest wcale błahy. Owa rytmika daru – brania i dawania siebie samego – nadaje sens i usprawiedliwienie słowom przysięgi małżeńskiej. Bez tej logiki daru słowa „biorę Ciebie” byłyby słowami bardzo trudnymi do zaakceptowania. Człowiek biorąc drugiego, czyni go niejako przedmiotem wzięcia. To zaś radykalnie sprzeciwia się prawdzie o podmiotowości i nieredukowalności człowieka – osoby ludzkiej. Tu jednak mamy do czynienia z faktem, że osoba ludzka: mężczyzna/kobieta bierze drugą osobę: kobietę/mężczyznę, dając jej jednocześnie siebie w zamian. To zaś jednoznacznie wyklucza możliwość rozumienia człowieka jako przedmiotu. Przeciwnie, podkreśla w sposób dobitny i jednoznaczny podmiotowość osoby ludzkiej.
Taki związek sprzeciwia się temu, by wyczerpać się wyłącznie w przyjemności seksualnej – przestać być otwartym na dar nowego życia. Małżonkowie, którzy dzięki wierze pojmują swój związek jako wzajemny dar z siebie samych, odkrywają z pewnością tajemnicę prokreacji – to znaczy udziału w dziele stwórczym Boga.
 
Świętość małżeństwa
 
Bł. Jan Paweł II napisał genialnie: „w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby”(List do Rodzin, nr 9). Małżeństwo to oczywiście element seksualności, popędów, fizjologii i anatomii stosunku – ale poczęcie człowieka nie jest tylko zapłodnieniem, nie jest zwykłym unasiennieniem. W tę przestrzeń biologii wpisuje się genealogia osoby. Niezwykłe jest to słowo genealogia, które pochodzi od genesis, a to znaczy akt stwórczy, przejście Boga poprzez ludzką biologię z aktem stworzenia. To decyduje o świętości aktu małżeńskiego, to zarazem wyznacza podstawy świętości małżeństwa.
Spojrzenie wiary prowadzi bardzo konsekwentnie człowieka zarówno myślącego, jak i wierzącego w stronę Tego, który jest osobowym Dawcą daru istnienia każdego z małżonków i który jest Dawcą daru istnienia nowego życia. To właśnie dlatego, w ostatnich słowach przysięgi małżeńskiej pada sformułowanie: „Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci”. Jest ono jakby syntezą rozważań ludzkiego ducha i intelektu na temat godności i przygodności ludzkiego istnienia. Jest także wyrazem owej woli trwania miłości na zawsze. Jest również wyrazem świadomości ludzkiej niewystarczalności, która szuka pomocy w Bogu. Istotę i potrzebę tej apelacji o Bożą miłość wyraził pięknie Karol Wojtyła w dramacie Przed sklepem jubilera:
 
9. Miłość — miłość pulsuje w skroniach,
w człowieku staje się myślą.
i wolą:
wolą bycia Teresy Andrzejem,
wolą bycia Andrzeja Teresa. (…)
11. Jakże uczynić, Tereso,
by pozostać na zawsze w Andrzeju?
Jakże uczynić, Andrzeju,
by pozostać na zawsze w Teresie?
Skoro człowiek nie przetrwa w człowieku
i nie wystarczy człowiek.
12. Ciało — przez nie przesuwa się myśl,
nie zaspokaja się w ciele —
i przez nie przesuwa się miłość.
Tereso, Andrzeju, szukajcie
przystani dla myśli w swych ciałach,
dopokąd są,
szukajcie przystani miłości.
 
Słowa przysięgi małżeńskiej w liturgii Kościoła katolickiego są w dużym stopniu głęboką refleksją nad miłością osobową. Ukazują istotę miłości jako wzajemnego daru, który chroni podmiotowość człowieka. Ukazują także dynamizm miłości wpisany w ludzkie nadzieje konfrontowane z realiami życia, jak i z niepewnością losu. Dlatego dar miłości, pragnący przetrwać próbę czasu, winien szukać „przystani miłości”. Odnalezienie jej w sakramencie małżeństwa, który wprowadza w ludzką miłość Tego, który jest Miłością, jest najbardziej sensownym i uzasadniającym wyborem dla ludzkiej miłości.
Zmaganie o rodzinę jest sporem o przyszłość człowieka i ludzkości. Jest to szczególny spór między kulturą współczesną a wiarą. Dzisiaj prawda o małżeństwie i wyrastającej z niego rodzinie wymaga szczególnej obrony i szczególnej promocji.
 
Wiara ratuje małżeństwo
 
Warto w tym celu odnajdywać w wierze naszej szczególne umocnienie. Wciąż jeszcze mamy w pamięci i sferze uczuć święta Bożego Narodzenia. Chrystus przychodzi na świat w rodzinie – rodzinie, żyjącej w swojej epoce, w swojej kulturze, w czasie poddanym presji politycznej. To było małżeństwo wpisane w kulturę i tradycję kulturową swojego czasu. Małżeństwo patriarchalne, gdzie mąż decydował w dużym stopniu o losie swojej żony. To jest małżeństwo dwojga ludzi, gdzie na jedno z nich pada cień niewierności (wszak Maryja znalazła się brzemienna, a Józef nie chciał narazić jej na zniesławienie).
Ewangelista pisze: „Józef zamierzał oddalić Ją potajemnie” (Mt 1, 19). Następnie stwierdza: „Gdy powziął tę myśl” (Mt 1, 20), co zdaje się sugerować, że decyzja dojrzała w duszy Józefa i postanowił ją zrealizować. Decyzja wynikała stąd, że Józef nie chciał dać swego imienia dziecku, które nie było jego, a równocześnie pragnął uniknąć zniesławienia Maryi. Rozwiązaniem, które jawi się w tym miejscu, jest to, że zamierzał Ją oddalić potajemnie, ponieważ był człowiekiem sprawiedliwym.
Zdanie: „Józef [...] był człowiekiem sprawiedliwym” pozostaje kluczem do całego dramatu. Sprawiedliwość biblijna to nie tylko na wyraziste przestrzeganie Prawa, ale dostrzeżenie realizującego się planu Bożego w wydarzeniach. Józef jako człowiek sprawiedliwy był zdecydowany pełnić wolę Boga. Zatem nie tyle chciał się pozbyć Maryi jako kłopotliwego problemu, ile uznał, że nie może „przywłaszczać” sobie kobiety, na której Bóg położył dłoń i dlatego jest nietykalna. Postanowił nie włączać się w tajemnicę przekraczającą możliwości zrozumienia z Jego strony. Nie pytał ludzi o radę, a nie znajdując rozwiązania, pragnął się pokornie wycofać z całej sprawy i oczekiwać w milczeniu na Boże decyzje.
Warto spojrzeć na te sytuację kryzysową, na ten dramat młodych małżonków jako na pewien zespół możliwości działania. Możliwość pierwsza to ta, którą dyktuje kultura. Kultura starotestamentalna sprawiała, że sytuacja męża była uprzywilejowana. Warto wspomnieć, że w świetle Prawa mężczyzna żonaty cudzołożył tylko wtedy, gdy naruszał prawo własności innego mężczyzny, obcując z dziewczyną zaręczoną lub kobietą zamężną, a także z jego niewolnicą (por. Kpł 19, 20–22). Status kobiety był inny, gdyż jej niewierność stanowiła zawsze naruszenie materialnych praw małżonka. Dlatego, w świetle kultury i obowiązującego prawa mąż podejrzewający o niewierność miał prawo do ostrej reakcji. Druga możliwość to ta, którą dyktuje rozsądek wzbogacony o wrażliwość. Tutaj zawiera się decyzja Józefa – oddalenia Maryi. Jest też trzecia możliwość, która stała się faktem: w sytuacji zakłopotania Józefa zainterweniował anioł, usuwając wątpliwości. Józef zawierzył Bogu sytuację kryzysową. Zatem nie kultura, nie rozsądek, ale wiara uratowała małżeństwo.
Wiara Bogu objawiła swoją moc ocalającą także w innych sytuacjach kryzysowych z życia Świętej Rodziny. To było przecież małżeństwo, które doznało problemów w chwili porodu, spotykając się z niewyobrażalną obojętnością. To było małżeństwo, które zostało skazane na przymusową emigrację. To było zarazem małżeństwo, które było obecne ze sobą i dla siebie – w chwilach trudnych, w codzienności domowej, w świątyni.
W ten sposób Święta Rodzina przypomina nam prawdę o małżeństwie jako miłości, która poddana próbie trwa i wyraża się wzajemnym byciem dla siebie, darem bezinteresownym, etosem personalizmu – daje świadectwo prawdzie o człowieku w małżeństwie. W ten sposób przypomina nam, że spełnieniem tej miłości jest wieczność i świętość.
 
 
Ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz TChR–profesor teologii, specjalizujący się w zakresie teologii moralnej; wykładowca Wydziału Teologicznego UAM w Poznaniu i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki