Logo Przewdonik Katolicki

Warszawa czeka na zmiany

Jarosław Stróżyk
Fot.

Cała Polska z uwagą patrzy dziś na stolicę. Tempo, w jakim warszawiacy podpisują się pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania obecnej prezydent miasta ujawnia coraz większą niechęć wyborców nie tylko do niej, ale także reprezentowanej przez nią opcji politycznej. Czy już czas na zmianę?

 

 

Prezydent stolicy zalicza ostatnio wpadkę za wpadką. Robi to w najgorszym dla siebie momencie. W Warszawie trwa właśnie zbieranie podpisów pod  wnioskiem o referendum w sprawie jej odwołania. Nie ma się chyba co dziwić, Hanna Gronkiewicz-Waltz w czasie swojej drugiej kadencji naraziła się niemal wszystkim: młodym, starym, wyborcom prawicy i lewicy. – Głosowałam na nią w wyborach, ale mam już dosyć. Liczba złamanych obietnic, chaos, jaki panuje w stolicy, jest tak wielki, że trzeba wreszcie coś z tym zrobić – przekonuje pani Maria, która podpisuje się właśnie pod wnioskiem o odwołanie prezydent stolicy. W całym mieście podpisy zbierają wolontariusze. Większość stanowią młodzi ludzie, ale trafiają się też osoby starsze. Pan Artur, 62-letni inżynier tłumaczy, dlaczego to robi: – Wszyscy, których znam są niezadowoleni z tego, jak zarządzane jest nasze miasto. Ciągłe podwyżki, zupełna bezmyślność przy planowaniu remontów, to prowadzi do totalnego zakorkowania miasta. Długo można by wymieniać. Uznałem, że nie można tylko narzekać, ale trzeba w końcu coś zrobić. Dlatego podpisuję się pod wnioskiem o jej odwołanie.

Nie tylko zalany tunel

Lista pretensji pod adresem prezydent Warszawy jest zresztą znacznie dłuższa. Opóźniona budowa II linii metra, a przecież jeszcze przed pierwszą kadencją obecna prezydent obiecywała, że będzie gotowa na Euro 2012. Później, jej urzędnicy przekonywali, że na pewno będzie gotowa jesienią tego roku. Teraz już wiadomo, że najwcześniej zostanie otwarta rok później. Ta budowa metra przyczyniła się bardzo do totalnego zakorkowania miasta. Największy bałagan wywołało zamknięcie rok temu (nieczynnego do dziś) tunelu Wisłostrady, który został zalany w wyniku błędów popełnionych przy budowie stacji metra Warszawa–Powiśle. Towarzyszył temu żenujący festiwal przerzucania się odpowiedzialnością między miastem a turecko-włoskim konsorcjum, które realizuje inwestycję. Ale to tylko początek obecnych problemów warszawiaków z obecną prezydent. Jest ich jeszcze kilka. Planistyczny chaos w centrum. Wycinka drzew w Ogrodzie Krasińskich. Arogancja władzy – odmawianie miesiącami publicznej informacji, z kim i za ile miasto podpisywało umowy. Obsadzanie miejskich spółek działaczami PO. Podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej i jednoczesna likwidacja kilku linii autobusowych – można by tak wymieniać długo. Czarę goryczy przelała sprawa śmieci. Jak w całym kraju od 1 lipca miały i w stolicy obowiązywać zupełnie nowe zasady. Mieszkańcy musieli deklarować, czy chcą segregować odpady, czy nie. Do tego znacznie w górę miały pójść opłaty za wywóz śmieci. W końcu z całego zamieszania wyszło wielkie nic. Władze Warszawy przyznały, że są nieprzygotowane do ich wywozu na nowych zasadach. Krajowa Izba Odwoławcza nakazała stolicy zmianę specyfikacji istotnych warunków zamówienia przetargu, gdyż faworyzowały spółkę miejską. W efekcie stanowisko stracił wiceprezydent miasta Jarosław Kochaniak, odpowiedzialny za przetarg. Do dziś nie wiadomo, kto i za ile będzie wywoził śmieci w stolicy, której grozi chaos i bałagan nie tylko metaforyczny.

Arogancja pani prezydent

Żeby tego wszystkiego było mało, pani prezydent zalicza co chwila medialne wpadki. „Ten objazd jest dzisiaj bardzo chwalony, bo jest z widokiem, czego nie będzie, jak otworzymy tunel” – starała się w rozmowie z Polskim Radiem znaleźć dobre strony zamknięcia tunelu Wisłostrady. Z kolei kiedy stacje metra Centrum i Świętokrzyska zostały dłużej zamknięte, niż planowano i doszło do kompletnego paraliżu, pani prezydent winą obarczyła… media. „No niestety media trochę się nie spisały, ponieważ nie było informacji w nocy wysłanej do mieszkańców. Na naszej stronie oczywiście ona od razu była zamieszczona” – mówiła Gronkiewicz-Waltz. Jednak to nic w porównaniu do sytuacji opisanej przez „Nasz Dziennik”. W czasie zwiedzania Muzeum w Wilanowie Hanna Gronkiewicz-Waltz nie chciała uiścić opłaty w wysokości 5 zł za wstęp do znajdującego się przy Pałacu Wilanowskim ogrodu. „Strażnik nie chciał jej wpuścić, argumentując, że nie ma takiego zapisu w regulaminie, który uprawniałby do takiej darmowej wizyty. Na to ona odparła, że jest prezydentem Warszawy i może wejść” – relacjonował świadek zdarzenia. Gronkiewicz-Waltz miała mu nawet zagrozić, że jeżeli jej nie wpuści, to będzie w jego sprawie „interweniować u samego dyrektora”. Pracownik obsługi, młody chłopak, najwidoczniej przestraszył się i ostatecznie wpuścił prezydent Warszawy bez biletu. Po ujawnieniu tej informacji internet zalała fala złośliwych komentarzy, memów i parodii. Gronkiewicz-Waltz zyskała mało zaszczytne miano „chytrej baby z Warszawy”. Prezydent stolicy nie sprzyja nawet pogoda. Gwałtowne burze sprawiły, że ostatnio zostały zalane metro, a także trasa Armii Krajowej. Choć pani prezydent za ulewy nie odpowiada, jednak jak zwykle potrafiła zareagować na całą sytuację z właściwym sobie „taktem”. „Klimat nam się zmienia, stąd nawałnice. Musimy się przyzwyczaić, zamiast na nie pomstować” – tyle miała do powiedzenia zdenerwowanym mieszkańcom. I znów internet zapełnił się złośliwymi komentarzami pod jej adresem. Prawdziwym hitem stało się zdjęcie zalanych samochodów na trasie Armii Krajowej z podpisem – Hanna Gronkiewicz-Waltz: „Ruch w stolicy odbywa się płynnie”. Prezydent stolicy jest też przedstawiana jest jako osoba, która stworzyła „nowy basen narodowy” albo „warszawską Wenecję”. – Hanna Gronkiewicz-Waltz jest naszym największym sojusznikiem. Praktycznie nie musimy prowadzić kampanii w sprawie jej odwołania, ona robi to za nas – podkreśla Piotr Guział, burmistrz Ursynowa i inicjator referendum w sprawie odwołania prezydent stolicy.

Najważniejsza frekwencja

Zainteresowanie referendum przeszło jak dotąd najśmielsze oczekiwania. Do stolików przy których zbierane są podpisy ustawiają się długie kolejki. W ciągu zaledwie trzech tygodni zebrano już ponad 110 tys. podpisów. Aby referendum lokalne mogło się odbyć, pod wnioskiem w tej sprawie musi podpisać się 10 proc. uprawnionych do głosowania, czyli w przypadku Warszawy ok. 130 tys. osób. Już wiadomo, że będzie ich znacznie więcej. – Chcemy zebrać co najmniej 200 tys. podpisów – mówią zbierający. – To ma pomóc nam zaktywizować ludzi, żeby później poszli do urn i odwołali Hannę Gronkiewicz-Waltz – wyjaśniają ci , którzy dziś stoją na ulicach miasta z listami poparcia referendalnego wniosku. A wielka mobilizacja będzie potrzebna, bo mimo wszystko cel jest bardzo ambitny. Referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego pochodzącego z wyborów bezpośrednich jest ważne tylko w przypadku, gdy udział w nim wzięło nie mniej niż 3/5 liczby biorących udział w wyborze odwoływanego organu.
W wyborach prezydenta Warszawy w 2010 r., w których zwyciężyła Gronkiewicz-Waltz, wzięło udział 649 049 osób. Oznacza to, że referendum w sprawie jej odwołania będzie ważne, jeśli weźmie w nim udział co najmniej 389 430 osób. To poważne wyzwanie biorąc pod uwagę fakt, że władze stolicy zrobią wszystko, co tylko możliwe, by frekwencja była jak najniższa. Dlatego głosowanie odbędzie się zapewne w sierpniu w środku sezonu wakacyjnego. Wydaje się, że już tylko to może uratować stanowisko Gronkiewicz-Waltz. Na niekorzyść prezydent stolicy przemawia jednak fakt, że w kampanię przeciwko niej włączają się powoli wszystkie partie opozycyjne. Za jej odwołaniem będzie agitować PiS, Solidarna Polska, Kongres Nowej Prawicy, stowarzyszenie Republikanie, a nawet Ruch Palikota. Jedynie SLD na razie dystansuje się od tej inicjatywy.

Wizerunkowa katastrofa PO

Problemy Gronkiewicz-Waltz o ból głowy przyprawiają władze Platformy z Donaldem Tuskiem na czele. Partia rządząca ma ostatnio fatalną passę. Z kretesem przegrała wybory uzupełniające do Senatu w Rybniku, wyborcy odwołali też reprezentującego PO urzędującego prezydenta Elbląga. To wszystko jednak byłoby niczym w porównaniu do porażki w stolicy. Warszawa uchodziła do tej pory za prawdziwy bastion partii rządzącej.

To od wygranej Gronkiewicz-Waltz w 2006 r. zaczął się triumfalny marsz Platformy po władzę w kraju. Od tej pory PO wygrywała wybory w stolicy w cuglach. Teraz nastroje są jednak zupełnie inne, o czym najlepiej świadczy zaangażowanie mieszkańców w zbieranie podpisów za jej odwołaniem. Jeśli prezydent stolicy straci stanowisko może to oznaczać dla Platformy początek złego pasma. A przed nami w nie tak bardzo odległej perspektywie wybory do Parlamentu Europejskiego i samorządowe. Jedno jest pewne – latem warszawiacy od polityki nie odpoczną.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki