Słuchając słów Ewangelii o triumfalnym przybyciu Jezusa do Jerozolimy, można by odnieść wrażenie, że Jego życie było pasmem sukcesów. Oto – chciałoby się powiedzieć – Jego kariera proroka i nauczyciela osiągnęła szczyt. Witano Go jak bohatera, wznoszono radosne okrzyki. Ten fragment Ewangelii – wyrwany z całości – nadawałby się dobrze na reklamówkę chrześcijaństwa. Jednak kto by uwierzył w taki obraz, srodze by się rozczarował. Na szczęście w dzisiejszą niedzielę słuchamy również opisu Męki Pańskiej, który przedstawia cały realizm zbawienia. Ukazuje też cenę, za którą zostaliśmy wykupieni z niewoli grzechu i śmierci. Jest to cena krwi, cierpienia i śmierci Syna Bożego. Ten opis mówi także o prawdzie naszego życia. Jezus w radykalny sposób przyjął wszystko, co należy do ludzkiej egzystencji. Wziął na siebie także to, co bolesne i nieprzyjemne. Według kategorii społeczeństwa nastawionego na sukces i przyjemność, Jego życie zakończyło się katastrofą.
W trakcie swej publicznej działalności Jezus uzdrawiał chorych na ciele i duszy. Ale w tym decydującym momencie konfrontuje się nie tylko z cierpieniem innych, ale również ze swoim własnym. On – Syn Boga – nie ucieka przez fizycznym i duchowym bólem. Ostateczną konsekwencją takiej postawy jest Jego śmierć na krzyżu. Dlatego wszyscy, którzy czują się przegrani i zepchnięci na margines, mogą odnaleźć w opisie męki nadzieję i sens. Jezus się z nimi do końca utożsamił. Jednocześnie wiemy, że ta historia ma zupełnie inny finał, niż skłonni bylibyśmy przypuszczać, słuchając tego typu opowiadań. Okazuje się bowiem, że śmierć nie jest końcem, lecz początkiem. Trzeba tylko trochę cierpliwie poczekać na zmartwychwstanie.
Już u początków chrześcijaństwa krzyż Jezusa był znakiem sprzeciwu. Głupstwem dla jednych, zgorszeniem dla innych. Tak jest do dziś. Kto nie patrzy na krzyż oczami wiary, dla tego krzyż pozostanie narzędziem tortur i znakiem okrucieństwa. To nieporozumienie wciąż dochodzi do głosu. Pokazują to choćby powracające dyskusje na temat obecności krzyża w miejscach publicznych. Chrześcijanie zawsze widzieli w krzyżu znak zbawienia i nadzieję na zmartwychwstanie. Przez swoje powstanie z martwych Jezus skruszył kajdany śmierci i osiągną życie wieczne – nie tylko dla siebie. Odtąd niebo jest otwarte dla wszystkich. Krzyż nie jest dla nikogo zagrożeniem. Dla nas – uczennic i uczniów Chrystusa – jest mocą i mądrością Bożą. Mocą w słabości i mądrością w poszukiwaniu prawdziwego sensu. Głęboko w to wierzę, ponieważ Jezus nigdy nie zwodził nas obietnicami łatwego szczęścia. Potraktował na serio ciemne i trudne aspekty naszego życia. Nie zbył ich milczeniem, by się komukolwiek przypodobać. Wziął na siebie nasze słabości i porażki po to, by je przemienić w źródło życia. Bo z krzyża wypływa życie. Możemy mu z całym przekonaniem uwierzyć, bo opis Jego męki w niczym nie przypomina reklamowej oferty. Na pewno się nie rozczarujemy.