Wydawałoby się, że dyskusje na temat sensu istnienia w środku Warszawy budynku, który przypomina nam o poddaństwie Związkowi Radzieckiemu, są daleko poza nami. Odkąd wpisano go w rejestr zabytków w 2007 r., jest przecież nie do ruszenia. Tymczasem w styczniu, podczas debaty podsumowującej polską prezydencję w Unii Europejskiej, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski nagle stwierdził, że Pałac powinien zostać wyburzony. Sikorski dzielił się tym pomysłem już wielokrotnie, tak jakby nie wiedział, że jest to niemożliwe. Chciałby, aby w tym miejscu powstał park centralny dla mieszkańsców Warszawy. W internecie od razu wywołał burzę. Powstały strony zwolenników i przeciwników pomysłu. „Pałac Kultury trzeba wreszcie zburzyć! Dość już tego koszmaru w centrum Warszawy!” – krzyczą jedni. Drudzy przekonują: „Warszawa bez Pałacu Kultury jest jak Paryż bez wieży Eiffla, jak żołnierz bez karabinu. Tu dziś bije serce Warszawy”. Tak zwany Pekin (od skrótu PKiN) wciąż wzbudza emocje i kontrowersje. Na mieście pojawiły się wlepki: sylwetka Pałacu z napisem „Prezentów się nie oddaje”.
Oswojony przez popkulturę
Pomijając fakt, że nie miałabym ochoty spacerować czy odpoczywać w parku usytuowanym w centrum miasta, otoczonym przez najbardziej ruchliwe ulice stolicy, to jednak bliski jest mi punkt widzenia Tadeusza Konwickiego. W rozmowie ze Stanisławem Beresiem powiedział kiedyś: „Pałac Kultury to jednak symbol naszego podbicia i zniewolenia. To jest obca świątynia, która zbudowana została po to, by nas straszyła i przypominała nieustannie o naszym zniewoleniu. I ona spełnia tę funkcję, mimo iż ludzie twierdzą, że się do niej przyzwyczaili”. Jednak na szczęście mamy popkulturę. Popkultura tak nam Pałac Kultury oswoiła i ośmieszyła, że z tego zniewolenia mogliśmy sobie w czasach komuny zrobić żart i dziś również umiemy puścić oko w kierunku socrealistyczej radzieckiej bryły. Trudno sobie wyobrazić Warszawę bez owego architektonicznego „daru narodu radzieckiego dla bratniego narodu polskiego”. Niektórzy łapią się za głowę, lecz większość warszawiaków ma do Pałacu sentyment. Ci najmłodsi są zupełnie pozbawieni politycznych naleciałości, a turyści podobno Pałacem są zachwyceni. Rzeczywiście, takiego wieżowca w Polsce i w całej Europie Zachodniej nie spotkamy. Kiedy zaczęto rozmowy na temat wpisania budynku w poczet zabytków, zastanawiano się na tą sprawą szerzej: czy w ogóle powinno się ratować zabytki PRL-u? Niektórzy ironizowali: bo może na przykład lepiej nie ruszać dworca Warszawa Wschodnia? Architekci i historycy sztuki przekonywali, że architektura czasów PRL to architektura modernistyczna i socrealistyczna i jako taka ma swoje miejsce w historii sztuki. Powstała lista „nowych zabytków” powojennej Warszawy, na której znalazły się 130 obiekty uznane za tzw. dobro kultury współczesnej. Nie można ich zburzyć, a na remonty i renowacje trzeba mieć zgodę miejskiego architekta. Prezent Stalina dla stolicy jest więc chroniony prawem.
„Marksistowska cerkiew”
Ponadpięćdziesięcioletni Pałac Kultury i Nauki ma już swoją legendę i mitologię. Wystąpił w wielu polskich filmach, był bohaterem książek, prowadzi się na jego temat badania naukowe nawet z zakresu antropologii kulturowej. Władysław Broniewski nazywał go „koszmarnym snem pijanego cukiernika”, dla Stefana Kisielewskiego to „marksistowska cerkiew”, dla Konwickiego „statua niewolności”, ale Jan Brzechwa pisał, że Pałac „będzie trwał jak wiara w człowieka” i „jak miłość do dziecka” (co się doskonale uzupełnia z dalszym ciągiem wiersza: „jak miłość polsko-radziecka”). Powstała nawet książka opisująca proces budowy PKiN autorstwa Jana Dąbrowskiego pt. Podniebny pomnik przyjaźni. Mimo że jest napisana w tonie propagandowej miłości do bratniego narodu, miłośnicy „miejsca kultowego” w stolicy zaczytują się w niej. Z kolei Pałac wiecznie żywy Agaty Passent to pozycja wyjątkowa, ironiczna historia najwyższego budynku w Polsce, pełna anegdot i dystansu.
Miejsce, w którym stoi dziś „dar Stalina”, było przed wojną poprzecinane szachownicą ulic. Po wojnie zachowało się sporo – jak na warunki warszawskie – budynków, do których powoli wracało życie. Najstarsze fotografie z placu budowy Pałacu pokazują jeszcze istniejące tam kamienice. Zespół radzieckich architektów pod przewodnictwem Lwa Rudniewa wyruszył w 1951 r. na wycieczkę po Polsce. Chcieli zapoznać się z polskim dziedzictwem architektonicznym, bo zależało im na tym, żeby budynek ofiarowany z miłości spodobał się Polakom. Budowa rozpoczęła się w 1952 r. uchwałą Bolesława Bieruta i trwała trzy lata. Z oficjalnych danych wynika, że przy budowie pracowali sami robotnicy sowieccy, ale wspomagani byli przez trzystu polskich budowlańców. Podobno w fundamentach pozostało na zawsze kilku robotników – czarna legenda mówi, że wpadających w zastygający beton nie wyciągano. W połowie budowy zmarł Stalin, więc Pałac otrzymał jego imię, a pomnik wielkiego darczyńcy miał stanąć przed głównym wejściem. Nie stanął, bo Bierutowi nie spodobał się żaden projekt.
Socrealistyczny gigant
Początkowo PKiN był pilnie strzeżony. Tak pilnie, że gdy towarzysz Bierut przyszedł tam bez zapowiedzi, nie wpuszczono go. Mówi się, że zatrzymali go pracownicy o nazwiskach Kieliszek, Biskup i Bania. Pałac był z powodu niedostępności otoczony tajemnicą. Miejskie legendy mówiły o kilku podziemnych kondygnacjach, schronie atomowym, tajemniczych pokojach i własnej stacji kolejowej. Wszystko to jednak nie istnieje. Wnętrza i tak robią wrażenie. To jedyny aż tak porażający przykład architektury socrealistycznej w Polsce. Wśród marmurów i żyrandoli znajdziemy tu płaskorzeźby o dziwnym tytule Pokój niosący ludziom życie, fryzy sztukatorskie, kolumnady, kopuły. Istnieją sale Tiereszkowej, Kopernika, Skłodowskiej, Starzyńskiego (pierwotnie Dzierżyńskiego), Gagarina, Broniewskiego i Rudniewa – głównego architekta. Ta ostatnia ma wyjątkowe szczęście – zachowało się w niej całe autentyczne wyposażenie: od grzejników po stoły i pokój tłumaczy. Wystrój sal jest w dużej mierze dziełem polskich artystów i rzemieślników. Można powiedzieć, że dziś PKiN jest najciekawszym muzeum sztuki użytkowej z lat 50. Interesujące jest również otoczenie Pałacu. Nad wejściem widnieje ogromna płaskorzeźba przedstawiająca alegorię władzy socjalistycznej: chłopi, robotnicy i inteligenci pracują obok siebie dla chwały swojej socjalistycznej ojczyzny. Ponad nim istnieje wykuty napis z pełną nazwą Pałacu, od jakiegoś czasu miejsce to zakryte jest blachą. No i cykl rzeźb – personifikacji. Szczególnie ciekawe są te stojące przy Sali Kongresowej: sowiecka inteligentka, sowiecki młodzieniec, komsomołka, mieszkanka Chin i najbardziej znany: młodzieniec z tomem klasyków. Na trzymanej przez niego księdze zapisano nazwiska: Marks, Engels, Lenin. Czwarte: Stalin, wymazano w 1956 r. Rzeźby wykonane zostały ze sztucznego kamienia przez rzeźbiarzy radzieckich w Azeryjskiej Fabryce Ceramicznej im. 60-lecia Wszechzwiązkowego Leninowskiego Komunistycznego
Związku Młodzieży w Estonii.
Pałac wrósł w tkankę miasta i nie ma się co zastanawiać, czy to dobrze, czy źle. Jest najbardziej charakterystycznym miejscem Warszawy, rozpoznawalnym nawet bardziej niż Syrenka. No cóż, chciałoby się powiedzieć: takie jest życie. Nierealne pomysły pokrycia całego budynku bluszczem pokazują tylko, jaki mamy do niego dystans i to z tego należy się cieszyć. A zwolennikom zburzenia Pałacu musi wystarczyć filmowa rujnacja z Rozmów kontrolowanych Sylwestra Chęcińskiego. Wprawdzie bohater zrównał Pałac z ziemią, pociągając za spłuczkę od toalety, jednak wygrzebując się spod gruzów, powiedział: „To się odbuduje…”.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













