Logo Przewdonik Katolicki

Czekając na przełom

Ryszard Gromadzki
Fot.

Po pięciu latach niepodzielnego panowania Platformy Obywatelskiej coraz bardziej realna staje się zasadnicza zmiana na polskiej scenie politycznej. Pytaniem otwartym jest, czy Prawo i Sprawiedliwość zdoła wykorzystać słabość premiera Tuska i jego ugrupowania i przejąć władzę.

 

Długo wydawało się, że taki scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny. Seria przegranych wyborów, wewnętrzne podziały, które doprowadziły do powstania konkurencyjnych wobec PiS ugrupowań, takich jak Polska jest Najważniejsza, a później Solidarna Polska, czy ogromny negatywny elektorat Jarosława Kaczyńskiego zdawały się wskazywać, że Prawo i Sprawiedliwość  jest skazane na rolę wiecznej opozycji. W ostatnich tygodniach sytuacja zmieniła się jednak radykalnie na korzyść partii Kaczyńskiego. PiS  złapało wiatr w żagle i przeszło do ofensywy. Donald Tusk, jego spin doktorzy i sprzyjający premierowi front mediów wyraźnie nie mają pomysłu, jak tę ofensywę powstrzymać.

 

Dobra passa PiS

Udana debata o kondycji i perspektywach gospodarczych kraju z udziałem kilkudziesięciu znanych ekonomistów, ogromny sukces marszu w obronie Telewizji Trwam, wreszcie wysunięcie kandydatury prof. Piotra Glińskiego na premiera ponadpartyjnego rządu fachowców. Wszystkie te posunięcia tworzą nowy wizerunek PiS, jako partii konstruktywnej, otwartej na współpracę z innymi ugrupowaniami, odpowiedzialnej za kraj. Rządzącej ekipie i jej sojusznikom trudno w tych okolicznościach zakwalifikować Prawo i Sprawiedliwość jako partię awanturniczą, kojarzoną tylko z katastrofą smoleńską, bo wyborcy już tego „nie kupią”. Potwierdza to ubiegłotygodniowy sondaż TNS Polska dla Forum TVP Info, dający partii Kaczyńskiego 39-procentowe poparcie, aż o 6 punktów procentowych więcej od PO. Jeden sondaż wiosny nie czyni. Trudno na jego podstawie formułować zbyt daleko idące wnioski, niewątpliwie jednak mamy do czynienia ze zmianą nastrojów społecznych. Coraz więcej Polaków ma dość krętactw, nieudolności i arogancji Tuska i jego ekipy.  Dla wielu wyborców PiS znów staje się jedyną alternatywą dla jego rządów. Oczywiście trzeba pamiętać, że sondażowe skoki słupków na korzyść PiS miały miejsce także w poprzednich latach, choćby przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi.  Obóz Tuska i sprzyjające mu media potrafiły to jednak skutecznie wykorzystać do mobilizacji swojego elektoratu i zohydzenia Polakom perspektywy powrotu „strasznego Kaczora” do władzy.  Dziś premierowi trudno byłoby z  powodzeniem powtórzyć ten manewr.

 

Tusk pod ścianą

Wszystko z powodu wewnętrznego kryzysu, w jakim znalazła się Platforma. Po w miarę udanym przebiegu piłkarskich mistrzostw Europy wydawało się, że Tusk i jego ugrupowanie mogą dalej trwać w błogim letargu i nawet zaostrzający się kryzys gospodarczy specjalnie im nie zaszkodzi. Kolejne tygodnie przyniosły jednak serię afer (sprawy Elewarr, a przede wszystkim  Amber Gold) , które skompromitowały  samego Tuska, jego otoczenie i zaplecze. Prawdziwą zmorą PO okazała się znów katastrofa smoleńska. Skandal, jaki wybuchł w związku z ekshumacją ciała Anny Walentynowicz, nie tylko raz jeszcze  w jaskrawy sposób obnażył moralną słabość premiera i marszałek Sejmu Ewy Kopacz, ale przypomniał opinii publicznej, jak wiele w tej sprawie rządząca ekipa ma do ukrycia.  Równolegle wypłynęła na światło dzienne afera „sędziego na telefon”. Premier wypierając się bliższej znajomości z sędzią Milewskim, klasycznie „strzeli sobie w stopę” wobec materiałów pokazanych w telewizji TVN. W poprzednich latach Tusk bez szwanku wychodził z różnych opresji, przede wszystkim strasząc naród PiS-em (na zasadzie: może my nie jesteśmy doskonali, ale oni to prawdziwy obciach przed całą Europą) albo karmiąc opinię publiczną jakimiś zastępczymi tematami podsuwanymi przez  usłużnych doradców. Robił to na tyle zręcznie, że media (także te opozycyjne) wykreowały go na prawdziwego demiurga polskiej sceny politycznej. Ale skala obecnego kryzysu, w jakim znalazła się rządząca ekipa, powoduje, że tyle razy sprawdzone tricki polityczne przestają działać. Tę niemoc widać szczególnie w ostatnich dniach, kiedy Tusk i jego obóz nijak nie potrafią zrównoważyć ataku opozycji.

 

Demony przeszłości

Czy ta wykorzysta sprzyjającą koniunkturę i zdoła uchwycić władzę? To możliwe, pod warunkiem że Kaczyński i jego partia przezwyciężą „demony przeszłości”. Mam na myśli przede wszystkim samego lidera, którego osobowość naznaczona jest rysą swego rodzaju autodestrukcji. Wiele razy w przeszłości, szczególnie w okresie rządów PiS w latach 2005–2007 sprowadzało to kłopoty na niego samego i jego partię. Owa autodestrukcyjna rysa Kaczyńskiego przejawia się przede wszystkim w  nadmiernej skłonności do wyrafinowanej gry politycznej, co nieraz kończyło się „przekombinowaniem” skutkującym dziką wrogością  partnerów uczestniczących w tej grze. Drugi poważny problem PiS, to brak klarownej wizji dla polskiej gospodarki. Prezes Kaczyński szermuje na przemian tanimi populistycznymi hasłami, jak choćby to o gospodarczej kolonizacji Polski, z czysto liberalnymi koncepcjami. Mam tu na myśli postulaty obniżenia kosztów pracy, bez czego trudno sobie wyobrazić realne ograniczenie hulającego bezrobocia. Kolejna sprawa to kadrowa słabość PiS, przetrzebionego wieloma wewnętrznymi sporami. Ludzie z najbliższego otoczenia Kaczyńskiego, poza nielicznymi wyjątkami nie grzeszą wyrazistością. To typ partyjnych funkcjonariuszy, a nie sprawnej elity nowej generacji, która mogłaby podjąć się  przebudowy państwa. Próby pozyskania przez PiS tradycyjnie nieprzychylnego tej partii  środowiska intelektualistów czy  menedżerów, czego przykładem jest wysunięcie kandydatury prof. Glińskiego na szefa rządu technicznego, to krok w dobrą stronę, choć zbyt pewnie nieśmiały.  

 

Kwestia zaplecza

Prezes Kaczyński i inni liderzy naszej prawicy często odwołują się do doświadczeń Victora Orbana i  partii FIDESZ na Węgrzech. Orban, będąc w opozycji, cierpliwie budował zaplecze społeczne, co zaowocowało imponującym zwycięstwem w wyborach, i jak się wydaje, trwałym odsunięciem socjaldemokracji od wpływów. W Polsce też wytworzył się  dość szeroki ruch społeczny zdecydowanie opozycyjny wobec polityki ekipy Donalda Tuska, co dobitnie uzewnętrznił wrześniowy marsz w obronie Telewizji Trwam, w którym uczestniczyło kilkaset tysięcy ludzi. Z tym jednak zastrzeżeniem, że ten ruch nie jest owocem pracy działaczy PiS w terenie, ale spontanicznym, raczej oddolnym obywatelskim przedsięwzięciem. Jeśli, ktoś może przypisywać sobie prawo do inspirowania tego nowego zjawiska społecznego, to  tytuł taki ma przede wszystkim  o. Tadeusz Rydzyk. Rzecz w tym, żeby dynamikę,  którą ów społeczny ruch demonstruje w ostatnich tygodniach, skutecznie przełożyć na działania, które w perspektywie doprowadzą do zmiany władzy. Liderzy tego ruchu powinni być naturalnym zapleczem kadrowym dla Prawa i Sprawiedliwości . Byłby to zastrzyk świeżej krwi dla naszej bardzo zrutynizowanej klasy politycznej. Bez  wykorzystania tego rysującego się społecznego zaplecza dla  zasadniczych zmian w państwie, trudno nam będzie wyjść z klinczu partyjniactwa, w którym tkwimy niezmiennie od upadku PRL.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki