Logo Przewdonik Katolicki

Amber Gold - nauczka dla państwa i dla nas

Marek Magierowski
Fot.

Początek sezonu politycznego na Wiejskiej był jak z filmów Hitchcocka zaczęło się od trzęsienia ziemi, czyli od całodniowej debaty na temat afery Amber Gold, firmy, przez którą oszczędności straciło kilka tysięcy osób. Nadal jednak nie wiemy, kto, z kim i w jakich warunkach robił interesy z tą firmą i kto te interesy chronił.

Początek sezonu politycznego na Wiejskiej był jak z filmów Hitchcocka – zaczęło się od trzęsienia ziemi, czyli od całodniowej debaty na temat afery Amber Gold, firmy, przez którą oszczędności straciło kilka tysięcy osób. Nadal jednak nie wiemy, kto, z kim i w jakich warunkach robił interesy z tą firmą i kto te interesy chronił.

 

Tusk wydaje się specjalistą od gaszenia lontów, które mogłyby zdetonować groźną dla jego partii polityczną bombę. Sens i ton jego przemówienia z debaty podsumowującej aferę ubiegłego czwartku można było przewidzieć: premier przyznał, iż w przypadku działalności Amber Gold państwo nie zareagowało właściwie i zawiodło, lecz z drugiej strony starał się odsunąć winę od siebie i od własnego rządu. Przestrzegał opozycję przed ,,upolitycznianiem” skandalu, co zabrzmiało o tyle groteskowo, że to właśnie PO na początku poprzedniej kadencji ,,upolityczniała” wszystkie rzekome zbrodnie IV RP, ze sprawą samobójstwa Barbary Blidy na czele. Sejmowe komisje śledcze, które zajmowały się ,,nieprawidłowościami” za czasów rządów PiS po kolei się kompromitowały. Zaś jedyna komisja, która badała ciemne sprawki PO (tzw. komisja hazardowa) została skutecznie ubezwłasnowolniona przez jej przewodniczącego Mirosława Sekułę.

 

Teflonowy Tusk

Tusk i jego partia mają od tego czasu alergię na wszelkiego rodzaju ,,speckomisje”. Można było stawiać orzechy przeciwko dolarom, że propozycja stworzenia ciała badającego interesy i powiązania Amber Gold, przedstawiona przez PiS, zostanie odrzucona. Niewykluczone, że taka komisja okazałaby się dużo bardziej uciążliwa i nieprzyjemna dla Platformy niż w przypadku afery hazardowej. Tak czy inaczej, możemy w tym wypadku używać jedynie trybu warunkowego. Komisja nie powstanie i nikogo nie przesłucha. Ani Marcina P., ani Michała Tuska, ani Pawła Adamowicza. Choć to właśnie im powinno zależeć na jak największym nagłośnieniu sprawy i jak najbardziej medialnym widowisku. Jeżeli Tusk junior, prezydent Gdańska i wielu, wielu innych bohaterów tej opowieści jest przekonanych o swojej niewinności, wszak chcieliby zapewne, by jej dowody pokazać jak najszerszej publiczności.

Nie będzie jednak spektakularnych transmisji telewizyjnych, będzie za to długotrwała przepychanka, w której Platforma postara się obciążyć częścią winy poprzedniego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę (po części jej się to udało), a PiS zasypie rząd górnolotnymi oskarżeniami o działanie na szkodę państwa.

Tusk przyjął starą, dobrą taktykę. Mówi: owszem, państwo nie działa najlepiej, ale jest to wynik wieloletnich zaniedbań, a my postaramy się je naprawić. Musicie nam jednak w tym pomóc, a nie ciągle przeszkadzać i jątrzyć.

Sądząc po ostatnich sondażach, taka argumentacja dociera do dużej części elektoratu. W badaniu TNS Polska dla TVP Platforma Obywatelska osiągnęła 40-procentowe poparcie, wyprzedzając PiS o 11 punktów. Paradoskalnie, w tej samej ankiecie zdecydowana większość opowiedziała się za powołaniem komisji śledczej. Schizofrenia? A może po prostu kolejny PR-owski sukces ,,teflonowego” Tuska, do którego nie może się jakoś przykleić żaden brud.

Premier ma jednak problem – nie tylko z powodu uwikłania w skandal jego syna. Już po raz drugi za jego rządów państwo poniosło dotkliwą klęskę. Podobnie jak w przypadku katastrofy smoleńskiej (zachowując oczywiście proporcje – tamta tragedia jest nieporównywalna z utratą oszczędności kilku tysięcy Polaków), mieliśmy do czynienia z decyzyjnym bałaganem, biurokratycznym paraliżem i brakiem stosownego nadzoru. Chociaż akurat Komisja Nadzoru Finansowego była prawdopodobnie jedyną instytucją, która monitorując działalność gdańskiej firmy, zachowała trzeźwość i zrobiła to, co do niej należało. Jednak prerogatywy KNF w pewnym momencie się skończyły – resztę mieli załatwić prokuratorzy, sędziowie i urzędnicy skarbowi. I tutaj doszło do blamażu.

 

Cienka czerwona linia 

Trudno stwierdzić po fakcie, czy jedną z przyczyn było rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Problem nie leży w konstytucyjnym umocowaniu obu stanowisk, lecz w praktyce. Stopień upolitycznienia prokuratury był w Polsce zawsze bardzo wysoki, nierzadko wypełniała ona po prostu polecenia partyjnych przywódców, a jeśli jakiś prokurator nierozważnie nadepnął ważnemu dygnitarzowi na odcisk, zazwyczaj kończyło się to dla niego źle. ,,Niezależna” prokuratura nie stanie się niezależna tylko dlatego, że tak ją nazwiemy. Przykład śledztw w sprawie katastrofy smoleńskiej pokazuje, że wielu prokuratorom zależało przede wszystkim na tym, by ,,nie nadepnąć na odcisk” nikomu ze szczytów władzy. W sprawie Amber Gold mogło być tak samo.

PiS mówi o ,,układzie gdańskim” i za wszelką cenę chce wplątać w niego premiera. Czy ,,układ gdański” rzeczywiście istnieje i czy faktycznie przybrał quasi-mafijną formę, jak chcieliby liderzy największej partii opozycyjnej? Tak się składa, że prezydenci miast, posłowie z danego okręgu czy wojewodowie muszą z racji zajmowanych stanowisk utrzymywać kontakty z prezesami czy właścicielami firm. Zwłaszcza gdy pełnią swoją funkcję od kilkunastu lat. W takich kontaktach nie ma nic zdrożnego dopóty, dopóki nie przekroczy się cienkiej czerwonej linii, która wyznacza granicę między owocną współpracą dla dobra miasta czy regionu, a jawnym wspieraniem jednego przedsiębiorstwa kosztem innych.

Paweł Adamowicz nie miał nic przeciwko temu, by jego nazwisko było wykorzystywane w materiałach promocyjnych Amber Gold. Dopiero dziś sugeruje (m.in. w tekście napisanym dla ,,Gazety Wyborczej”), iż nie do końca wyraził na to zgodę. Jednak wcześniej mu to nie przeszkadzało. A powinno – nawet jeśli nie docierały do niego ostrzeżenia KNF, nawet jeśli nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo podejrzaną firmą jest Amber Gold i jej szef. Można sobie jeszcze wyobrazić Adamowicza udzielającego werbalnego wsparcia jakiejś dużej, państwowej spółce, która ma swoją siedzibę w Trójmieście i chce np. przejąć pewną firmę zagraniczną. Ale w przypadku Amber Gold prezydent Gdańska postąpił co najmniej nierozważnie. Jeśli zrobił to nieświadomie, powinien jak najszybciej posypać głowę popiołem. Jednak jego tekst w ,,Gazecie Wyborczej” wskazuje, że nie ma takiego zamiaru i nie widzi w swoich zachowaniu niczego karygodnego. ,,Jak udowodnić, że nie jest się wielbłądem? Jak przekonać, że nigdy nie promowałem Amber Gold? Na konferencji prasowej z uznaniem wyraziłem się o OLT Express. Ale to subtelna różnica. O ile się orientuję, OLT nie zajmował się działalnością parabankową. W każdym razie nikt jeszcze takiego zarzutu nie postawił” – kontratakuje Adamowicz.

 

Kogo ściga skarbówka

Obecna afera powinna być nauczką dla premiera, dla lokalnych polityków ,,zblatowanych” z lokalnymi biznesmenami, dla prokuratorów oraz wszystkich państwowych urzędników, odpowiedzialnych za sprawne i bezpieczne funkcjonowanie rynku finansowego. Czy mamy żyć w kraju, w którym jeden prokurator „zapomina” pokazać ważny dokument swojemu przełożonemu i w którym skarbówka przymyka oko na milionowe zaległości podatkowe, a jednocześnie ta sama skarbówka z uporem maniaka ściga ludzi, którzy pomylili się o 50 groszy w swoim zeznaniu rocznym? Obawiam się jednak, że mimo zapewnień premiera, iż wszystkie tego typu patologie zostaną wykorzenione, nie należy oczekiwać w tym względzie zbyt wielkiej poprawy – Platforma nigdy dotąd nie wykazała się jakimś nadzwyczajnym zapałem w walce z korupcją i oszustwami na styku państwa i sektora prywatnego. Dlaczego teraz miałoby się to zmienić?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki