Logo Przewdonik Katolicki

Wszystko przemawia przeciw in vitro

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

z prof. dr. hab. Januszem Gadzinowskim, neonatologiem, pediatrą, ginekologiem położnikiem, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

 

Panie profesorze, porozmawiamy o polityce?
O polityce?
 
Owszem, o in vitro – o najgorętszym temacie tegorocznego politycznego lata.
– Niestety to prawda – mam świadomość, że nie medycyna, a politycy zadecydują ostatecznie o dalszych losach i kształcie ustawodawstwa regulującego kwestię in vitro. Moje obawy wynikają zaś z faktu, że parlamentarzyści mają bardzo małą wiedzę na tematy medyczne i biologiczne. Tymczasem będą przesądzać o sprawach niezwykłej wagi, także tych dotyczących zagadnień medycznych. Choć oczywiście trudno w przypadku in vitro nie uwzględniać również argumentów natury ideologicznej i religijnej.
 
Pan także traktuje je poważnie.
– Tak, jestem lekarzem, ale jestem także katolikiem. I nie mogę zaakceptować in vitro, choćby tylko z najbardziej oczywistego powodu: bo to oznaczałoby złamanie piątego przykazania – „nie zabijaj”. Natomiast od jakiegoś czasu staram się powstrzymywać od komentarzy o podłożu religijnym czy etycznym, a opierać się jedynie na aspektach medycznych. Współczesna medycyna ma wystarczająco dużo argumentów przeciwko in vitro.

Doskonale rozumiem powody Pańskiej powściągliwości.

 – Kiedy poprzednio wypowiedziałem się negatywnie o in vitro – jako lekarz i jako katolik – zostałem publicznie bardzo ostro zaatakowany. No cóż, to tylko dowodzi braku prawdziwej demokratycznej debaty w naszym kraju. Konstytucja zapewnia co prawda swobodę głoszenia własnych poglądów, ale mi takiego prawa nie dano. Najwyraźniej miałem „złe” poglądy. Co ciekawe, te same media, które tak bardzo mnie atakowały, milczą cały czas na temat negatywnych następstw in vitro.

 

To prawda, zewsząd słyszymy tylko o samych dobrodziejstwach tej metody.

– Uważam, że z medycznego punktu widzenia powinno się wymusić na ośrodkach wykonujących in vitro publikowanie raportów z ich działalności. Bo dziś wszelkie negatywne

następstwa stosowania tej metody są skrzętnie ukrywane. Moim zdaniem każda para, która decyduje się na procedurę in vitro powinna być poinformowana nie tylko o tym, że może mieć dziecko, ale także, że to dziecko może mieć wady, że może się przedwcześnie urodzić i  że mogą wystąpić różne komplikacje – zarówno u kobiety ciężarnej, jak i u dziecka.

 

Jakiego rodzaju mogą to być komplikacje?

– W przypadku in vitro mamy do czynienia przede wszystkim ze zwiększonym prawdopodobieństwem wystąpienia ciąż mnogich. I nawet w takich krajach jak Szwecja, gdzie liczbę wszczepianych zarodków ograniczono do jednego, nie unika się patologii związanych z niską masą urodzeniową dziecka oraz z wadami wrodzonymi. Chodzi tu zwłaszcza o wady przewodu pokarmowego i wady serca – te wady występują kilkakrotnie częściej niż w przypadku dzieci poczętych w sposób naturalny.  I dlatego jako lekarz nie mogę zaakceptować metody, która niesie tak dużą szkodliwość, a ponadto stanowi ogromną  niewiadomą.

 

Niewiadomą?

– Tak, ponieważ nie znamy dziś następstw genetycznych i epigenetycznych stosowania metody in vitro. Już teraz wielu genetyków wskazuje, że powoduje ona uszkodzenia kodu genetycznego. I to jest przerażające, ponieważ negatywne następstwa tych zmian ujawnią się dopiero w drugiej i  trzeciej generacji.

 

Czyli wśród dzieci i wnuków dzieci z in vitro.

- A wtedy koszty leczenia będą ogromne. Już w tej chwili w Stanach Zjednoczonych ok. 17 proc. noworodków leczonych na oddziałach intensywnej terapii pochodzi z metod wspomagania reprodukcji. W USA za leczenie negatywnych skutków in vitro płacą firmy ubezpieczeniowe, a w Polsce spada to na barki nas wszystkich, jako podatników. Bogacą się jedynie ci, którzy wykonują takie zabiegi.

 

Jak bardzo jesteśmy niedoinformowani w kwestii in vitro?

– Podam przykład, który mnie szczególnie zaskoczył i zbulwersował. Otóż, miałem okazję gościć z wykładem w Gorzowie Wielkopolskim na spotkaniu poświęconym metodom leczenia niepłodności. Wypowiadał się tam również dr Tadeusz Wasilewski – ten sam, który kiedyś zajmował się in vitro w ośrodku prof. Szamatowicza w Białymstoku. Odszedł jednak stamtąd i założył ośródek naprotechnologii. Jego wnioski były zdumiewające.

 

Przypomnę tylko, że prof. Szamatowicz, to jeden z najbardziej zagorzałych zwolenników in vitro w Polsce.

Tymczasem dr Wasilewski poinformował, że zarówno podczas jego praktyki u prof. Szamatowicza, jak również – według jego wiedzy  – w innych polskich ośrodkach zajmujących się in vitro, nie udało się nigdy uzyskać ciąży z zamrożonego zarodka.

 

Przecież to jest fundamentalna informacja! Zupełnie przemilczana w debacie publicznej!

– Dla mnie także jest to szokujące, ponieważ ci, którzy to robią, świadomie fałszują prawdę.  Cały czas trwa polityczna debata wokół tego, czy mrozić zarodki, a tutaj okazuje się, że prawdopodobnie jest to pusta dyskusja, bo zamrożenie oznacza po prostu nicość. Ja opieram się tylko na tej jednej wypowiedzi, ale moim zdaniem słowa dr. Wasilewskiego należy traktować poważnie.

 

W polskiej debacie wokół in vitro najwięcej jest eufemizmów w rodzaju haseł o  „eliminacji płodu”.

– Miałem do czynienia z wieloma szokującymi opisami tego, w jaki sposób zabija się w łonie matki nadprogramowe dzieci z in vitro, np. wstrzykując im truciznę do serca. Dysponuję publikacjami, gdzie wymienia się, które dzieci zabija się najpierw, które w drugiej kolejności, które w trzeciej – wszystko to na zimno, beznamiętnie, zupełnie tak, jakby chodziło o kurczaki. Dla katolika jest to niewyobrażalne. Jak można uśmiercić dziecko w 20., czy 21. tygodniu ciąży – a więc wtedy, kiedy dziecko dochodzi do fazy, w której można je już

utrzymać przy życiu? Co więcej, niektórzy prelegenci traktują taki „zabieg” wręcz jak błogosławieństwo, które ma pomóc rodzicom w uzyskaniu ich upragnionego dziecka. Tylko że nikt przy tym nie wspomina o tragicznych kosztach, jakie niesie procedura in vitro. Ani słowa na temat tego, że na jedno urodzone dziecko przypada często kilkoro uśmierconych.

 

Pan Profesor używa stale słowa „procedura”.

– Procedura, ponieważ in vitro to nie jest leczenie, tylko ominięcie leczenia. In vitro to stara, licząca 50 lat metoda. Natomiast od kilkunastu lat rozwija się szczęśliwie metoda alternatywna, którą jest naprotechnologia. Jest to metoda równie skuteczna, a w wielu przypadkach wręcz skuteczniejsza. Znamy nawet pewien odsetek par, które nie uzyskały ciąży za pomocą in vitro, a udało im się to uczynić dopiero dzięki napro.

 

Ale naprotechnologia ma dzisiaj fatalną prasę.

Za tym czarnym PR stoi oczywiście tzw. przemysł leczenia niepłodności – bo tak się na Zachodzie nazywa ośrodki in vitro. Ten przemysł potrafi skutecznie lobbować w obronie swoich interesów. A gra idzie o olbrzymie pieniądze – dość powiedzieć, że tylko na Wyspach Brytyjskich czysty zysk z in vitro to ok. 500 mln funtów rocznie.

Trudności w upowszechnianiu naprotechnologii wynikają także z faktu, że aby zdobyć stosowne uprawnienia trzeba spełniać określone kryteria moralne – nie przepisywać środków antykoncepcyjnych i nie wykonywać aborcji – oraz zdać bardzo forsowne i wymagające perfekcyjnej znajomości języka angielskiego egzaminy w  Stanach Zjednoczonych. Mimo to liczba ośrodków naprotechnologicznych w naszym kraju stale rośnie.

 

Propagandowa machina wtłacza nam jednak  do głów, że to in vitro jest metodą skuteczniejszą.

– Napro jako metoda naturalna – tak jak wszystko w biologii – wymaga czasu i nie przynosi rezultatów od ręki. A ludzie chcą mieć dziecko „już teraz”. In vitro jest szybsze, jeśli chodzi o uzyskanie ciąży. Tylko że nie jest to jeszcze równoznaczne z tym, że dana para będzie miała dziecko. Ostatecznym efektem metod leczenia niepłodności musi być uzyskanie zdrowego dziecka. I tutaj napro jest skuteczniejsze.

 

In vitro tego nie gwarantuje?

Nie i to mimo całego postępu technologii. Weźmy choćby publikacje szwedzkie z 2011 r.,  oraz publikację w New England Journal Medicine z początku maja tego roku, opisującą sytuację w Australii: okazuje się, że mimo udoskonalania technologii, mimo ograniczenia liczby zarodków populacja ta jest obciążona nadal większą liczbą wad wrodzonych.

 

I pomyśleć, że to przeciwników in vitro nazywa się „zacofańcami”.

– Ja z całą stanowczością chcę oświadczyć, że jestem absolutnie przekonany co do negatywnych następstw medycznych in vitro. Więcej – mogę przedłożyć najnowocześniejsze publikacje medyczne potwierdzające, że to, co mówię, jest prawdą.

Tak, ma pan rację – dzisiaj ten, kto opowiada się za napro jest nazywany „zacofańcem”, a zwolennik in vitro uchodzi za oświeconego. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: to naportechnologia dysponuje najnowocześniejszymi technikami oraz stosuje najnowocześniejsze leki i narzędzia medyczne. Jest znacznie bardziej złożoną i subtelniejszą metodą, która w przeciwieństwie do in vitro dąży do wyleczenia przyczyn niepłodności. I najważniejsze: napro nie powoduje żadnych negatywnych następstw dla sumienia.

 

 


 

Prof. dr hab. Janusz Gadzinowski jest kierownikiem Katedry i Kliniki Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, wojewódzkim konsultantem ds. neonatologii oraz członkiem Rady Społecznej przy Arcybiskupie Poznańskim. W latach 90. był również rektorem Akademii Medycznej w Poznaniu, krajowym konsultantem ds. neonatologii i przewodniczącym „Programu opieki perinatalnej w Polsce”. W 2010 r. wystosował publiczny list, w którym napisał, że „jako lekarz i kierownik największej kliniki neonatologii w Polsce” sprzeciwia się procedurze in vitro. Dodał także, że jako  katolik „uznaje wszystkie poglądy Kościoła katolickiego” w tej materii. Po tej wypowiedzi stał się celem ataków ze strony liberalnych mediów. 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki