Nu, pagadi. O historii.

MEN narzeka na żenujący poziom wiedzy historycznej uczniów. I dlatego wprowadza program naprawczy… ograniczający liczbę lekcji historii. Ten arytmetyczny absurd firmują zaś dwie nauczycielki matematyki była minister edukacji narodowej Katarzyna Hall i obecna, Krystyna Szumilas.
Czyta się kilka minut

MEN narzeka na żenujący poziom wiedzy historycznej uczniów. I dlatego wprowadza program naprawczy… ograniczający liczbę lekcji historii. Ten arytmetyczny absurd firmują zaś dwie nauczycielki matematyki – była minister edukacji narodowej Katarzyna Hall i obecna, Krystyna Szumilas. 

 

Jest taka scena w filmie Władysława Pasikowskiego Kroll: młody żołnierz służby zasadniczej skarży się, że na sali brakuje prześcieradeł. Sierżant-kwatermistrz bierze kilka z nich i przedziera na pół, mówiąc: „Teraz się zgadza”. A przyglądający się temu oficer kwituje z aprobatą: „Sztuka jest sztuka”.

Dokładnie w taki sam sposób Ministerstwo Edukacji Narodowej próbuje załatwić sprawę nauki historii w polskich szkołach ponadpodstawowych.

Odmóżdżanie przez odchudzanie

Kluczowe decyzje dotyczące polskiej edukacji zapadły tak naprawdę już dawno temu, w grudniu 2008 r., kiedy to ówczesna szefowa MEN Katarzyna Hall podpisała rozporządzenie w sprawie nowych podstaw programowych dla szkół publicznych. Pełzająca rewolucja edukacyjna objęła najpierw szkoły podstawowe, potem gimnazja, a od września 2012 r. dotrze także do placówek ponadgimnazjalnych. W największym skrócie określić ją można jako „wielkie wietrzenie” podstawy programowej za pomocą łączenia, syntetyzowania, a nade wszystko odchudzania, odchudzania i jeszcze raz odchudzania. Wszystko to rzekomo w celu uaktywnienia uczniów i nauczenia ich samodzielnego myślenia, a nie tylko wkuwania suchych faktów. Pięknie. Tylko że w praktyce skutek jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. Nowe podstawy programowe są bowiem infantylne, płytkie, ubogie i – nie bójmy się tego słowa – odmóżdżające.

Najbardziej klinicznym przykładem nietrafionych założeń nowej „reformy” jest program nauczania historii – program tak fatalny i tak dalece absurdalny, że już w na początku 2009 r. grupa ponad stu profesorów historii wystosowała apel protestacyjny pod nazwą „Ratujmy historię, ratujmy polski kanon”. Sygnatariusze listu, wśród nich m.in.: Andrzej Nowak, Andrzej Paczkowski, Wojciech Roszkowski, Ewa Thompson, Włodzimierz Bolewski, Piotr Wandycz, Andrzej Chojnowski i Paweł Wieczorkiewicz, napisali, że nowy program doprowadzi do „destrukcji, a na pewno infantylizacji” historii rozumianej jako „zintegrowany, wspólny przedmiot nie tylko przekazujący zestaw faktów czy umiejętności, ale także współtworzący rdzeń obywatelskiej, patriotycznej edukacji”.

Apel czołowych polskich historyków został oczywiście zlekceważony przez resort edukacji i całą klasę rządzącą. I trzeba było dopiero niedawnego protestu głodowego sześciu b. opozycjonistów z Krakowa, by sprawa przedostała się do szerszej opinii publicznej i – mimo ewidentnej blokady informacyjnej ze strony największych stacji telewizyjnych – nabrała w końcu należnego (czyli ogromnego) rozgłosu.

Pomysły rodem z MEN

Głównym celem nadciągającej z wielkim hukiem reformy jest podzielenie nauki historii na dwa etapy. W pierwszym z nich uczeń gimnazjum ma poznawać materiał od starożytności do 1918 r. Następnie, w pierwszej klasie licealnej, będzie kontynuował naukę historii od 1918 r. aż do czasów współczesnych. Sam pomysł nie jest może nawet taki zły, szkopuł w tym, że na tym etapie właściwie skończy się systematyczny wykład historii dla wszystkich polskich uczniów. Masz 16 lat i finito. Nie chcesz być historykiem? No to nie będziemy cię już więcej męczyć historią. Oficjalnie nazywa się to „indywidualizacją ścieżek edukacyjnych”, de facto oznacza jednak koniec liceum ogólnokształcącego i początek szkoły zawodowej.

W praktyce wyglądać ma to tak, że uczniowie, którzy nie wybiorą profilu historycznego, będą obowiązkowo realizować okrojony program nauczania pod nazwą „Historia i społeczeństwo”. Niby liczba godzin pozostanie ta sama, ale z historią będzie to miało już niewiele wspólnego. We wspomnianym wyżej apelu profesorowie historii wskazali, że w nowym programie nie będzie już „żadnego wspólnego kanonu historii Polski w Europie, a jedynie 9 bloków tematycznych do wyboru, takich jak <<Kobieta i mężczyzna, rodzina>>, <<Język, komunikacja i media>>, <<Wojna i wojskowość>> czy <<Gospodarka>>. Cztery dowolnie wybrane spośród owych wątków (jako jedna z dziewięciu możliwości pojawi się temat <<Ojczysty Panteon i ojczyste spory>>) – to będzie cały program edukacji historycznej dla większości młodych Polaków i Polek w wieku 17–19 lat” .

Tymczasem MEN uzasadnia potrzebę reformy, stwierdzając, że klasyczne, czyli chronologiczne nauczanie historii zajmowało zbyt wiele czasu, w rezultacie czego nie starczało już miejsca na rzetelną naukę dziejów najnowszych. „Realia z nauką historii są takie, że trzykrotnie uczono o piramidach, natomiast z braku czasu nie dochodziło się do współczesności” – argumentowała była szefowa resortu edukacji Katarzyna Hall w rozmowie z portalem Fronda. No tak, ale czy trzeba od razu robić przechył w drugą stronę, amputując wiedzę podstawową? Zresztą luki w nauce i zatrważające mylenie faktów dotyczą całego obszaru historii: uczniowie w takim samym stopniu mają problem z odpowiedzią na pytanie, co się wydarzyło w czerwcu 1956 r. w Poznaniu, jak i z okresem rządów Chrobrego, nie wiedzieć czemu nazywanego z uporem „Władysławem”.

Z pewnością zmiany są więc konieczne, bo w dzisiejszej szkole zbyt wiele jest wkuwania dat, manifestów i trzeciorzędnych faktów. Ale przecież historia, jak mało który przedmiot, nadaje się wprost idealnie do edukowania z wykorzystaniem internetu i nowoczesnych narzędzi multimedialnych. Nie może być to jednak tylko i wyłącznie prymitywne ograniczanie programu, bo jak słusznie zauważył na łamach „Rzeczpospolitej” prof. Andrzej Nowak – w nowym programie „przeciętny maturzysta będzie miał w całym swoim wykształceniu ukończony kurs historii na poziomie dawnej podstawówki”.

Zaklinanki, pogadanki

Resort edukacji upiera się jednak nadal, że nowy program jest fantastyczny i rewolucyjny. „Zajęcia z «Historii i społeczeństwa» mają pomóc zrozumieć uczniom zainteresowanym naukami ścisłymi, jak ważna jest historyczna ciągłość i jak wiele doświadczeń współczesnych jest zakorzenionych w doświadczeniach poprzednich pokoleń” – twierdzi ministerstwo. Zupełnie inne zdanie mają jednak na ten temat krytycy reformy, m.in.. historycy z Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, którzy podważając wartość zajęć z „Historii i społeczeństwa”, nazywają je „pogadankami o historii”. „Już teraz absolwenci liceów są słabi z historii, co będzie, jeśli skończą naukę przedmiotu w wieku 16 lat? Szkoły będą mogły wybrać dowolnie spośród tematów zaproponowanych przez MEN, w efekcie jedna będzie uczyła o wojskowości, a druga o rodzinie. I uczniowie będą mieli luki w wykształceniu” – załamywał ręce w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” prof. Stanisław A. Sroka, szef Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeszcze ostrzej wypowiedział się poseł PiS, historyk, prof. Ryszard Terlecki, stwierdzając, że nowy program ogranicza się jedynie „do rozumienia prostych zdań w internetowych encyklopediach”.

Co ciekawe, sam MEN na swojej stronie internetowej przyznaje, że nowa podstawa programowa „odchodzi od tradycyjnego wykładu historii kultury i społeczeństwa zmierzającego do odmalowania względnie kompletnego obrazu epoki”. Czyli należałoby to rozumieć w ten sposób, że od tej pory będzie już tylko wybiórczo? Nauczyciel weźmie garnek, do którego wrzuci trochę powstań narodowych, trochę losów polskich Żydów, dorzuci garść Piłsudskiego, szczyptę wypraw krzyżowych i podleje wszystko rewolucją francuską, czy tak? Pół biedy jeżeli belfer będzie zdolnym kucharzem, co jednak, gdy okaże się kulinarnym partaczem niepotrafiącym łączyć smaków albo ideologicznym zaślepieńcem wybierającym tylko składniki z grupy „Kobieta i mężczyzna”?

Wszystkie te obawy szefowa MEN kwituje jednym zdaniem: proszę się rzetelnie zapoznać z podstawą programową. „Wiele informacji i uwag przekazywanych na ten temat przez różne środowiska formułowanych jest na podstawie nieuprawnionych opinii” – stwierdziła kilka dni temu Krystyna Szumilas. Problem w tym, że protesty nie biorą się z niewiedzy. O nie, przeciwnicy reformy przeanalizowali nową podstawę programową aż nazbyt dokładnie. I stąd właśnie tak dramatyczna forma sprzeciwu, jaką jest głodówka.

Szumilas sugeruje również, że za protestami kryją się doraźne interesy polityczne. Jak widać, pani minister nie zauważyła jeszcze, że sprzeciw wobec reformy już dawno temu wykroczył poza ramy myślenia w kategoriach opozycja – rząd. Dziś rozszerza się w błyskawicznym tempie, jednocząc niemal całe środowisko historyczne, niezależnie od wyznawanych poglądów politycznych. Może więc już najwyższy czas na prawdziwe – a nie tylko pozorowane „szerokie konsultacje społeczne”?!


Wielkie kłamstwo MEN

Z  prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem rozmawia Łukasz Kaźmierczak

Panie Profesorze, czy mniej może oznaczać więcej?

– To jest niestety bardzo przygnębiające, kiedy ktoś próbuje udowodnić, że cztery jest więcej niż siedem. A tak właśnie zachowuje się MEN. Zgodnie z ministerialnym rozporządzeniem przedmiot historia ma kończyć się na klasie pierwszej dla przytłaczającej większości uczniów. Ministerstwo edukacji i obrońcy tej reformy próbują zasugerować w sposób szokująco bezczelny i szokująco kłamliwy, że oferowany w zamian przedmiot uzupełniający „Historia i społeczeństwo” jest równym ekwiwalentem wobec istniejącego do tej pory przedmiotu historia.

A nie jest?

– Zdecydowanie nie jest. Zgodnie bowiem z tym samym rozporządzeniem przedmiot uzupełniający „Historia i społeczeństwo” jest połączeniem wcześniej istniejących przedmiotów: historii, wiedzy o społeczeństwie i przysposobienia obronnego. Do tej pory w klasie drugiej i trzeciej liceum były cztery godziny przeznaczone na historię, dwie godziny na WOS i jedna godzina na PO. W sumie siedem godzin. Teraz natomiast będą cztery godziny. Łącznie. I dlatego, jak powiedziałem, wystarczy umiejętność dodawania do siedmiu i postawienie pytania: czy cztery jest więcej niż siedem, czy też mniej? Otóż, moim zdaniem cztery jest mniej niż siedem.

No, to mamy przynajmniej matematyczną jasność.

– Na tym jednak nie koniec. Rozporządzenie MEN stwierdza również, że przedmiotu „Historia i społeczeństwo” nie muszą wcale uczyć historycy. Mogą to robić poloniści, filozofowie, nauczyciele WOS-u. I to także pokazuje faktyczne intencje ministerstwa. To już nie jest historia, tylko coś rozwodnionego; coś, co tylko próbuje udawać historię.

Ale Ministerstwo Edukacji Narodowej mówi, że chce jedynie nauczyć uczniów samodzielnego myślenia…

– Cóż, generalne założenie, że nauka powinna abstrahować od wiedzy, a skupiać się wyłącznie na umiejętnościach – głównie na umiejętności pozyskiwania informacji ze źródeł znajdujących się poza naszą głową –  jest tendencją złą i niebezpieczną, ponieważ sprawia, że nasz „twardy dysk”, czyli mózg, staje się pusty. Potrafimy tylko wkładać do niego dyskietki z zapisanymi informacjami z zewnątrz, a po wyjęciu znowu jest pusto. Tylko że bez twardej wiedzy nie można uzyskać ani osobowości, ani tożsamości, ani głębszej znajomości świata. Do tego potrzebna jest wiedza, znajomość faktów i procesów dziejowych.

Wierzy Pan, że MEN ugnie się i cofnie to nieszczęsne rozporządzenie?

– Dramat polega na tym, że potrzebna była aż głodówka, żeby w ogóle zwrócić uwagę największych mediów na ten problem. Natomiast rząd nadal udaje, że żadnej sprawy nie ma. Nie widzę także dużych szans na to, by ministerstwo podjęło rozmowy, skoro do tej pory unikało ich tak konsekwentnie. W 2009 r. w odpowiedzi na list ponad stu profesorów historii z wyższych uczelni – w tym najwybitniejszych nazwisk, bez żadnego politycznego klucza – doszło do jednego spotkania z wiceministrem Zbigniewem Marciniakiem, na którym przedstawiliśmy nasze postulaty. Zaraz potem Marciniak został jednak odwołany ze stanowiska i na tym kontakt z MEN się urwał. Nasze argumenty zostały całkowicie zignorowane.

Dziś wracamy do punktu wyjścia.

– Sytuacja jest o tyle inna, że wszystkie ważniejsze środowiska historyczne w Polsce i wszystkie najwybitniejsze i najważniejsze postacie naszej myśli historycznej mają w tej chwili jednoznacznie negatywne zdanie o tej reformie. Pytanie tylko, czy ministerstwo nadal będzie udawało, że jest to sprawa polityczna, albo „awantura opozycji” – bo takie komentarze spotykam np. w „Gazecie Wyborczej”. To są głęboko nieprawdziwe i obraźliwe insynuacje. MEN tkwi w bezsensownym uporze przy złej, katastrofalnej reformie, a tymczasem postulaty środowisk historycznych – przynajmniej w części minimalnej – są niezwykle łatwe do zrealizowania.

W części minimalnej?  

– Naszym zdaniem głównym błędem tej reformy jest likwidacja wspólnej podstawy nauczania najdojrzalszych licealistów, czyli 17-, 18- i 19-latków. Dlatego postulujemy przywrócenie obowiązkowego wspólnego rdzenia mającego charakter edukacji obywatelskiej. To nie wymaga żadnych dodatkowych kosztów ani żadnej rewolucyjnej zmiany. Wystarczy tylko, że jeden z tych dziewięciu proponowanych modułów do wyboru, mianowicie „Ojczysty Panteon i Ojczyste spory” stanie się obowiązkowy i poszerzony do wymiaru 60 godzin, a nie tylko 30. Pozostałe 60 godzin można wypełnić treściami do wyboru. To żadna filozofia. No, ale do tego potrzebna jest wola dialogu, a nie zamknięcie się rządzących w wieży z kości słoniowej.


Andrzej Nowak – prof. zwyczajny historii, pracownik Instytutu Historii PAN , kierownik Zakładu Historii Europy Wschodniej na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktor dwumiesięcznika „Arcana”.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 15/2012