Logo Przewdonik Katolicki

Wicek

Monika Białkowska
Fot.

Przyszło zginąć dzień po rocznicy urodzin założyciela ruchu skautowskiego, Roberta Baden-Powella i jego żony Olave. Ale to nie zbieżność dat zdecydowała, że to właśnie on został patronem polskiego harcerstwa. Zdecydowało o tym całe życie ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego, błogosławionego Wicka.

 

Jego historię rozpocząć można od końca, od gnieźnieńskiego śladu w biografii. Kiedy w obozie w Dachau zmarł na tyfus, przebywający tam kapłan archidiecezji gnieźnieńskiej, Dobromir Ziarniak, zachował kostkę z jego palca – po to, by po świętym pozostały relikwie.

 

Jakiś tam Stefek

Urodził się w 1913 r. w Chełmży, jako jeden z sześciorga rodzeństwa. Jego ojciec prowadził cukiernię i piekarnię, początkowo w Bydgoszczy, a następnie w Chełmży. Siostra Wincentego Marianna wspominała: – Mieliśmy wspaniałych rodziców. Mama, bardzo energiczna kobieta, trzymała nas wszystkich w ryzach. Z wieloma sprawami chodziło się do tatusia, który zawsze nas wysłuchał i pomagał. Kiedy urodził się Stefan, jego chrzestny mówił: „Jak można mu nadać takie imię, będą mówić na niego jakiś tam Stefek. Musi mieć na imię Wincenty – jak patron jego dnia narodzin, to brzmi tak męsko i okazale. Wy możecie mówić na niego Stefan, ale ja zawsze będę mówił Wicek”. To drugie imię, a właściwie zdrobnienie, tak do niego przylgnęło, że wszyscy zaczęli tak go nazywać.

 

W kościele i przy stole

Jako kilkuletni chłopiec Wincenty rozpoczął swoją ministrancką przygodę. Jego rodzice dużo i często modlili się do Anioła Stróża, żeby pomógł im upilnować chłopca, który nie umiał usiedzieć w jednym miejscu. – Był bardzo wścibski, wszystko musiał wiedzieć, wszędzie być – wspominała pani Marianna. Zdarzało mu się zostać na noc w kościele, bo kościelny zamknął drzwi albo spaść z wysokości pierwszego piętra, co przypłacił jedynie lekkim zranieniem i solidną burą od pielęgniarki. Stałym punktem w zabieganym życiu małego chłopca był dom dziadków i dom rodzinny – oba pełne ludzi, wspólnych posiłków, śpiewania, gry na pianinie i na skrzypcach oraz modlitwy, do której dołączali również czeladnicy pana domu. Potrzeba wspólnych posiłków przy rodzinnym stole była zresztą w Wicku żywa nawet wtedy, gdy dawno odszedł już z rodzinnego domu...

 

Cząstka świętości

Harcerstwo poznał jako gimnazjalista, złożył przyrzeczenie harcerskie i został drużynowym. Jednym z przełomowych momentów jego życia była śmierć brata – to wtedy Wincenty po raz pierwszy zaczął zastanawiać się nad wstąpieniem do seminarium duchownego. Myśl ta wracała później wielokrotnie. Rodzice nie wywierali żadnego nacisku – czekali na decyzję syna. A ten w 1931 r. wstąpił do seminarium w Pelplinie. Rok wcześniej w swoim dzienniku notował: „A czy ja wiem, jakie będzie moje życie? Mój Boże, to już niemal osiemnaście lat życia. Jakim ono będzie? Tak, to zależy od Boga i od mej woli, charakteru. Muszę sobie wyrobić silny charakter, wolę nieugiętą, będę uparty. Tak uparty jak byli święci. Muszę dążyć do cząstki świętości, być dobrym chrześcijaninem”.

 

Kleryk-harcerz

Podczas formacji w seminarium działał w ruchu abstynenckim, akcji misyjnej, w diecezjalnej Caritas, a jednocześnie nie zaniedbywał harcerstwa. Jego siostra Marianna opowiadała po latach: – Wicek jeszcze przed seminarium zaangażował się w harcerstwo. Czynił to bardzo rozważnie i odpowiedzialnie. Modlił się, czy przyjąć funkcje w harcerstwie, ale kiedy już coś podjął, to był temu wierny. Kiedyś w czasie wakacji przywiózł do naszego domu rodzinnego licealistę, harcerza z jego pelplińskiej drużyny, który po śmierci matki nie mógł znaleźć wspólnego języka z ojcem. Młodzieniec ten przyjeżdżał do nas przez trzy lata z rzędu, aż do zdania matury. Wiemy, że w pewnym momencie Wickowi zabroniono działalności harcerskiej. Był posłuszny, ale bardzo cierpiał z tego powodu. Już jako kapłan kontynuował swoją pasję. Harcerze przyjeżdżali też często do naszego domu.

 

W Toruniu

Stefan Wincenty Frelichowski przyjął święcenia kapłańskie w marcu 1937 r. i został skierowany do pracy jako sekretarz i kapelan biskupi. – Kiedy otrzymał nominację, był zaskoczony i prawdopodobnie nie do końca zadowolony – opowiada pani Marianna. – Rodzice zawsze powtarzali, że chciał pracować w parafii. Musiał jednak poczekać. Dopiero po kilkunastu miesiącach otrzymał nominację na wikariusza parafii Najświętszej Maryi Panny w Toruniu.

Mniej więcej w tym samym czasie do Torunia przeniosła się cała rodzina Wincentego. Jako że wikariusze parafii pw. NMP nie stołowali się na plebanii, Wincenty znów mógł codziennie zasiadać do stołu razem ze swoją rodziną. – Nie przebywał w domu często – wspominała siostra. – Przychodził na posiłki: na śniadanie czasami, na obiad zawsze, a na kolację bardzo rzadko. Dużo pracował. Przed południem w szkole, a po południu zawsze miał coś dodatkowego do zrobienia.

 

Z domu do Dachau

Ks. Wincenty Frelichowski opiekował się chorymi, troszczył o dzieci i młodzież, rozwijał prasę religijną, był kapelanem harcerzy. 1 września 1939 r. przyszedł rano do domu i poświęcił całą rodzinę Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Po raz pierwszy aresztowany został 11 września, po raz drugi – tydzień później. Przetrzymywano go w toruńskim Forcie VII. Na początku stycznia został przewieziony do obozu przejściowego w Gdańsku-Nowym Porcie, gdzie pracował przy uprzątaniu zniszczeń na Westerplatte, a następnie do obozu w Stutthofie. W połowie grudnia 1940 r. trafił do Dachau, gdzie nadal spowiadał, potajemnie odprawiał Msze św. i rozdawał Komunię św. Wraz z innymi księżmi zorganizował w baraku małą Caritas, pomagając tym, którzy nie otrzymywali żadnej pomocy z zewnątrz. – Już po wojnie otrzymaliśmy na przykład podziękowania od jednego z księży niemieckich, który był wdzięczny za pomoc udzieloną mu przez Wicka – opowiadała pani Marianna. – On też przysłał nam krzyżyk, z którym umierał Wicek.

 

Oczekiwany

Ks. Wincenty nie zaprzestał posługi duszpasterskiej nawet wtedy, gdy na przełomie 1944 i 1945 r. w obozie wybuchła epidemia tyfusu. Wojna powoli zbliżała się ku końcowi, w domu czekano na jego powrót, na każdy dzwonek biegano radośnie do drzwi. Mama Wicka snuła plany: – Ja na pewno będę myła podłogę, dzwonek, wejdzie Wicek, uniesie mnie do góry i uściska – powtarzała.

Nie wiedziała, że jej syn zaraził się śmiertelnym tyfusem. Choroba ta, w połączeniu z zapaleniem płuc, doprowadziła ks. Wincentego Frelichowskiego do śmierci. Zmarł 23 lutego 1945 r.

 

Wspomnienia w ubikacji

Władze obozowe wydały zgodę na wystawienie ciała  na widok publiczny, w trumnie wyłożonej kwiatami. Zanim ciało zostało spalone, przebywający w obozie student medycyny zdjął pośmiertną maskę. – Pytał, które z palców księdza są konsekrowane – wspomina pani Marianna. –Wyciągnął z nich kostki. Jedną z nich zagipsował w masce, drugą umieścił w kawałku wapna, z którego zrobił mały kawałek kredy. Wieczorem księża wpadli na pomysł napisania wspomnień o bracie. Najwięcej natrudzili się przy tym ks. Czapliński i ówczesny kleryk werbistów Marian Żelazek. Ten ostatni spisywał wspomnienia w ubikacji, bo tylko tam można było to niepostrzeżenie czynić. Następnie maskę wraz ze wspomnieniami wyniesiono na plantację i zakopano. Postanowiono, że ten, kto przeżyje, przewiezie zakopane rzeczy do Polski.

Trzecią kostkę z palca wywiózł z obozu ks. Dobromir Ziarniak. Jan Paweł II beatyfikował ks. Wincentego Frelichowskiego w czerwcu 1999 r. w Toruniu.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki