Maryjna legenda z okolic Bydgoszczy

Choć byszewskie sanktuarium leży już na terenie diecezji pelplińskiej, to jest wciąż bliskie sercu wielu mieszkańców grodu nad Brdą i okolic, którzy otaczają kultem tamtejszy słynący łaskami wizerunek Maryi, co przejawia się choćby w corocznej jednodniowej pielgrzymce pieszej Bydgoszcz Byszewo. Przytoczona dziś legenda opowiada zaś o zalążkach byszewskiego kultu maryjnego.
Czyta się kilka minut

Byszewska Maryja

 
(Byszewo-Koronowo)
Szymon Dęboróg obudził się bardzo wcześnie. Słońce wychylało się zza horyzontu, gdy szedł już w kierunku swej kuźni. Otwierał właśnie drzwi, jak zjawił się jeździec w chłopskich portkach i rozchełstanej koszuli. Był to Błażej Grabowski.
Grabowski stanął przy kowalskim miechu. Przyjeżdżał tu od wielu już dni równo ze wschodem słońca, aby pomóc sławnemu na okolicę kowalowi przy wykonaniu paradnego powozu, który miał powieźć do ślubu starszą córkę, Dorotę.
Błażej był ogólnie szanowanym gospodarzem w Byszewie. U niego to zatrzymywał się proboszcz najdłużej podczas kolędy, z nim rozmawiał przed kościołem, jego radził się w różnych sprawach dotyczących byszewskiej parafii.
Dumni byli wszyscy z drewnianego kościółka, który przed wielu laty postawili przodkowie na małej wysepce na jeziorze. Zaraz też zbudowali łodzie. Co niedziela płynęli nimi na nabożeństwo. Jakiś wędrowny, utalentowany artysta, który zwał się Danielkiem, wymalował przepiękny obraz Maryi, trzymającej na ręku swoje Dzieciątko.
Koło południa Szymon – jak co dzień – zaprosił Błażeja do domu.Potem zdrzemnęli się pod kasztanem i znów stanęli do roboty.
W niedzielę już od rana łodzie przewoziły tłumy ludzi z Byszewa i okolic do kościoła na wyspie. Do domu weselnego przybywali goście. Witał ich gospodarz, starym zwyczajem, nisko się kłaniając.
Wreszcie panna młoda wystrojona, z długim welonem i zielonym wiankiem na głowie, wyszła z domu. Obok niej stał Marek, o głowę wyższy od niej, ubrany w granatową sukmanę.
Para ruszyła do powozu, zrobionego przez kowala Szymona Dęboroga. On sam siedział na koźle. Wio!
Ledwie weszli do kościoła, zagrały organy i proboszcz, który już na nich czekał, ukazał się przed ołtarzem. Ludzie pilnie przyglądali się ślubnej ceremonii.
A potem było weselisko.
Kiedy trzecia noc już się skończyła, na weselne podwórze wpadł zdyszany Bartłomiej znad jeziora.
– Ludzie! Ludzie! – wołał. – Nie ma kościoła!
Pierwszy chyba Dominik Kawka zrozumiał grozę!
 – Co się stało? Mówcie! – Chwycił za ramię Bartłomieja.
– Wstałem, aby wypuścić na trawę moje koniki, spojrzałem na jezioro, ażeby przeżegnać się świętym znakiem krzyża. A tu ani wyspy, ani kościoła! Wszędzie lustro wody!
Kto żyw ruszył nad jezioro. Obudzili księdza. Ten, gdy usłyszał nowinę, ubrał w pośpiechu sutannę i wybiegł na drogę, przecierając oczy.
– Łodzie! Dalej do łodzi! – zawołał, gdy stanął na brzegu jeziora.
Ktoś z zebranych przypomniał sobie starą legendę o kościele na wyspie, pochłoniętym przez fale.
– To kara za grzechy nasze! – siostra Honorata upadła na kolana.
A tymczasem łodzie znalazły się w miejscu, gdzie dawniej była wyspa z kościołem. Szymon Dęboróg, który rozglądał się pilnie wokoło, wskazał na coś ręką. Popłynęli we skazaną stronę. Pierwszy Szymon dostrzegł, że na jeziorze unosi się obraz byszewskiej Maryi, ten sam, który jeszcze wczoraj znajdował się na głównym ołtarzu kościoła. Odłożywszy wiosło, chwycił Szymon obraz, uniósł go nad głową. Byszewski proboszcz zapłakał, a ludzie zawołali: – Nie może być! To cud prawdziwy!
Tego samego popołudnia, ślubnym powozem Doroty, Szymon Dęboróg powiózł do Koronowa obraz, podtrzymywany przez Błażeja Grabowskiego, a byszewskiego proboszcza z drugiej strony.
Zajechali pod klasztor, z którego akurat wychodził opat koronowski. Proboszcz byszewski opowiedział, co się stało:
– A więc wasza parafia nie ma kościoła. Póki co, przyjeżdżajcie na Msze do nas. A obraz, który w tak dziwnych okolicznościach znaleźliście na jeziorze, zawiśnie na głównym ołtarzu w naszym kościele, póki swojego nie wybudujecie.
I weszli po kilku stopniach do chłodnego wnętrza świątyni. Niebawem Maryja patrzyła swymi łagodnymi oczami z wysokości koronowskiego ołtarza.
– Musicie co rychlej zabrać się do budowy nowego kościoła – rzekł opat, żegnając proboszcza i byszewskich mieszkańców.
Nie było w Byszewie człowieka, który by nie stanął do roboty przy budowie nowego kościoła. Jedni zwozili drzewo i deski, inni wznosili ściany. Toteż kościół rósł w oczach. Kilka miesięcy później był gotowy.
– W najbliższą niedzielę – powiedział proboszcz – koronowski opat poświęci kościół i odprawi w nim pierwsze nabożeństwo.
– A obraz? Trzeba go przywieźć z Koronowa.
– Pojedziemy po niego po uroczystej sumie – zdecydował proboszcz.
W niedzielę, od rana, wszyscy mieszkańcy oczekiwali przyjazdu opata. Kiedy wreszcie przyjechał w paradnym powozie, organista zaintonował pieśń, a proboszcz otworzył szeroko drzwi kościoła.
Pierwsi weszli do wnętrza księża, za nimi parafianie.
Wtem urwała się pieśń. Tłum padł na kolana.
– Cud! Cud znów!
Na ołtarzu wisiał obraz Maryi byszewskiej, który jeszcze wczoraj znajdował się w koronowskim klasztorze.
 
Spisał Tadeusz Multański

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 34/2011