Logo Przewdonik Katolicki

Surowe piękno walki

O. Wojciech Jędrzejewski OP
Fot.

Podczas lekcji języka polskiego większość znas poznała średniowieczną Legendę ośw. Aleksym. Zurodzenia książę, zwyboru asceta. Czyli kto? Żebrak leżący anonimowo 16 lat pod schodami domu swego ojca, oblewany pomyjami. Decyzja oskrajnym upokorzeniu icałkowitym przekreśleniu możliwego, doczesnego szczęścia. Oto ideał ascety płynący zutworu. Rzecz jasna, tak prawdziwy jak sama opowieść.


Wprawiać się w bliskości

Słowo „asceza” pochodzi z języka greckiego i dosłownie oznacza „ćwiczenie”. Każdy, kto dąży do wielkich zwycięstw, musi bronić się przed tyranią rozleniwienia i powierzchowności. Skoro, chcąc nauczyć się języka obcego, potrzebuję systematyczności, to tym bardziej, kiedy pragnę podtrzymać swą otwartość na Tego, który chce, bym Go poznał. Asceza w języku wiary oznacza więc podjęcie pewnej wymagającej, niekiedy nużącej regularności duchowych praktyk. Wszystko po to, by wprawiać się w bliskości z Tym, który mnie kocha. 

Zaprzyjaźnione ze mną małżeństwo – niezależnie od nastroju – raz w miesiącu przeprowadza długą rozmowę dotyczącą najważniejszych sfer ich związku. Rozmawiają o emocjach, pieniądzach, seksie, wychowaniu dzieci, kontaktach z innymi: co warto zmienić, co ich ucieszyło, co było bolesne. Bardzo często nie mieli ochoty podejmować takiego dialogu, ale pokonywali swoje opory, aby pozostać na bieżąco z tym, co się dzieje w ich myślach i uczuciach.

Celem pobożności jest pielęgnowanie więzi z Tym, w którego miłość dane mi było uwierzyć. „Choć bliscy śmierci – z łaski Pana żyjemy, gdyż nieskończone Jego miłosierdzie każdego ranka objawia się na nowo” (Lam 3, 23). Każdego dnia – na nowo – trzeba nam odkrywać Jego życzliwość i doświadczać, z jaką miłością słucha naszych wyznań, opowieści, tęsknot i nieporadnych westchnień.

Kto nie odkryje owego świeżego smaku codziennych spotkań z Nim, nie rozsmakuje się w tej miłości.


Przez wytrwałość ocalicie wasze życie

„Pan wrócił do uczniów i zastał ich śpiących. Powiedział do Piotra: nie mieliście tyle siły, aby jedną godzinę czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie. Duch wprawdzie gorliwy, ale ciało słabe” (Mt 26, 40–42).

Jezus w Ogrójcu przeżywa agonię. Boleśnie zmaga się z trwogą i smutkiem. Przeciska się przez wąską bramę decyzji, by wejść w śmiercionośną ciemność grzechu. Po ludzku łaknie wsparcia przyjaciół i boli Go ich poddawanie się senności. Czując, jak gęstnieje wokół Niego mrok, i odczuwając zimny oddech śmierci – doświadcza niepokoju o uczniów. W obliczu zła, które się sroży, człowiek potrzebuje mocnego oparcia się na kochającym Ojcu, by nie ulec pokusie ucieczki, rozpaczy i niewiary.

„Bądźcie trzeźwi, czuwajcie. Przeciwnik wasz diabeł jak lew ryczący krąży szukając, kogo by porwać” (1 P 3, 8). Lwy polują w nocy. Odstrasza je jednak blask ognia. Czuwać więc oznacza dokładać wytrwale drew, aby nie przygasł płomień. Tym pokarmem dla płomienia wiary jest Słowo Boga i tchnienie Ducha. W powieści Williama Goldinga Władca much grupa chłopców znajduje ocalenie z tonącego okrętu w szalupie wyrzuconej na brzeg niezamieszkałej wyspy. Nikt z dorosłych nie przeżył katastrofy. Bardzo szybko dzieci tworzą dwie oddzielne społeczności: zdecydowanie większą – myśliwych, oraz drugą – kilkuosobową grupę strażników ognia. Ci właśnie mają świadomość, że płomień powinien być nieustannie podtrzymywany, by obecność na wyspie zasygnalizować poszukującej ich ekipie ratowniczej. Ta postawa zyskuje coraz większą dezaprobatę większości, aż po próbę ich fizycznej eliminacji.

Czuwać – to niestrudzenie, każdego dnia podsycać ogień wiary. Niezależnie, jak żyją inni, chcę trwać w nadziei ocalenia, które przynosi poszukujący owiec Pasterz.

„Jeszcze bowiem nie stawiliście oporu grzechowi, walcząc aż do krwi” (Hbr 12, 4). Takie wezwanie jest jak mobilizujący sygnał do stanowczej obrony przeciw agresorowi. Nie wolno nam się poddać! Wielu z nas miewało różne okresy w swoim życiu: od walki do upadłego, by po jakimś czasie przestraszyć się na myśl o możliwej religijnej nerwicy, aż po zupełne odpuszczenie sobie. Trzeba wziąć to, co najlepsze z perspektywy psychologicznej – podjąć próbę zrozumienia różnorakich motywów swoich słabości i w nowy sposób sięgnąć po stanowczy język duchowego zmagania.

 

Przyjąć upomnienie

Kiedyś na katechezie w VI klasie jeden z uczniów, który sprawiał niemało trudności, wypalił: mój ojciec mnie nie kocha! Dlaczego tak uważasz, zapytałem. –  Nigdy nie zwraca mi uwagi, jak coś zrobię źle – odpowiedział. „Jakiż to syn, którego by ojciec nie upominał”, pisze autor Listu do Hebrajczyków. Asortyment Bożej nieobojętności wobec naszych niewierności jest ogromny. Zawsze działa adekwatnie do potrzeb każdego ze swoich dzieci. Gdy sobie folguję, idę po linii najmniejszego oporu, ulegam słabościom, nie stawiam sobie wymagań, zdradzam, oddalam się – Bóg rusza do walki. „Kochać, to ruszać na ratunek temu, co zagrożone w tym, kogo się kocha”, pisał J. Bourbon de Busset.

Biblia aż wrze od Boskich upomnień, które przybierają różny koloryt: od awantury, aż po skargę. „Czemu wymieniasz moje przykazania i na ustach masz moje przymierze. Ty, co nienawidzisz karności, a słowa moje odrzuciłeś za siebie! Ty widząc złodzieja, razem z nim biegniesz i trzymasz z cudzołożnikami” (Ps 50, 16–18). „Ty Jakubie nie wzywałeś Mnie, bo się Mną znudziłeś Izraelu” (Iz 43, 22). „Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani! Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście” (Mt 23, 37).

Słowo upomnienia zawsze odsłania pewien rodzaj osobistego wyznania: naprawdę zależy mi na tobie. Dojrzała pobożność umie dostrzec głębokie zaangażowanie Boga w moje życie,  nawet jeśli wyraz tej troski ma surowe rysy. Co więcej – ową surowość uczę się praktykować w moim własnym podejściu do samego siebie.


Nie bądź dezerterem

Jeden ze swoich najbardziej osobistych listów św. Paweł  pisze z więzienia w Rzymie do Tymoteusza. Dowiadując się, że jego sporo młodszy przyjaciel przeżywa duchowy kryzys, pragnie go umocnić i wesprzeć. Paweł poznał już okoliczności bolesnych i napełniających Tymoteusza zniechęceniem wydarzeń: młody biskup odczuwa lekceważenie, krytykę i sceptycyzm. Zamyka się, ucieka, czuje się rozczarowany. Wycofuje się z ważnych rozmów, dotyczących wiary, oddaje pole agresywnym pyskaczom. O takich to właśnie pisał dużo później Jerzy Lec: „zwycięstwo w dyskusji należy do perkusji”. Św. Paweł tak oto wzywa przyjaciela do walki: „przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez nałożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga!” (2 Tm 1, 6–8). Paweł sięga po obrazy sportowych zmagań: „Czyż nie wiecie, że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą. Ja przeto biegnę nie jakby na oślep; walczę nie tak, jakbym zadawał ciosy w próżnię, lecz poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego” (1 Kor 9, 24–27).

Głównym zadaniem tak pojętego zmagania, będącego siostrą prawdziwej pobożności, jest całkowite poddanie się Jezusowi, który podjął na krzyżu najbardziej wspaniałą i dramatyczną walkę, abyśmy żyli w wolności dzieci Boga.             

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki