Logo Przewdonik Katolicki

Dwa teatry, czyli polityk w nowej roli

Marek Magierowski
Fot.

Jeśli uznamy, że polityka jest pewnego rodzaju teatrem, musimy także oceniać polityków tak jak oceniamy aktorów: czy mają odpowiednią dozę talentu, czy są naturalni, pracowici, czy potrafią porwać publiczność swoją grą. A i sami politycy chętnie takim ocenom się poddają.

 

Foto: Kaczyński i Tusk

 

 


W Polsce polityka często przyjmuje formę tragifarsy, choć i tak w porównaniu z niektórymi krajami południa Europy czy Ameryki Łacińskiej nasz teatr należy do tych bardziej eleganckich. Choć – co oczywiste – także tutaj zdarzają się wykonawcy mniej i bardziej zdolni.

 

Polityk publicysta

Jarosław Kaczyński i Donald Tusk – od wielu lat aktorzy pierwszoplanowi na polskiej scenie politycznej – rywalizują ze sobą coraz częściej, używając niekonwencjonalnych narzędzi. Strzał startowy w tym wyścigu należał do premiera, który stał się w zaskakująco krótkim czasie jednym z najważniejszych publicystów „Gazety Wyborczej”. Opublikował w niej dwa sążniste teksty o swoich osiągnięciach i porażkach, a także o planach na przyszłość. W mojej macierzystej „Rzeczpospolitej” odpowiedzieli mu szef PiS Jarosław Kaczyński oraz Grzegorz Napieralski, lider SLD. „Wyborcza” zaś udostępniła swoje łamy Kaczyńskiemu, który napisał drugi tekst, Joannie Kluzik-Rostkowskiej i Januszowi Palikotowi. W końcu Tusk w ramach repliki odpowiedział wszystkim krytykom, w kolejnym, trzecim już tekście.

Wszyscy wspomniani politycy najwyraźniej poczuli się w nowej roli całkiem wygodnie. Ich artykuły były cytowane, omawiane, rozbierane na czynniki pierwsze, cytowane raz jeszcze. Próżność świeżo upieczonych publicystów została zaspokojona. Nic dziwnego, że wkrótce niektórzy z nich zapragnęli spróbować jeszcze czegoś innego.

 

Polityk aktor

Donald Tusk przyjął zaproszenie od kilku celebrytów i zjadł z nimi śniadanie w programie Marcina Mellera. Jako polityk wypadł średnio, jako aktor – wybornie. Dla większości widzów był przekonujący, bo celebryci dali mu powiedzieć to, co chciał powiedzieć. Tusk nie musiał tak naprawdę odpowiadać na żadne trudne pytanie. Tę rolę ma wyuczoną do perfekcji – setki razy spotykał się wszak z dziennikarzami, którzy podobnie jak Meller, Hołdys czy Kukiz, nie byli w stanie, lub raczej nie chcieli, drążyć, drażnić i dociekać.

Z kolei Jarosław Kaczyński tak bardzo polubił pisanie, że opublikował ponadstustronicowy „Raport o stanie Rzeczypospolitej”, który jest tak naprawdę długim, publicystycznym esejem, z malowniczymi tytułami rozdziałów: „Polak skorygowany”, „Jest dobrze, bo dobrze jest”, „Filozofia nienawistnej miłości”, „Zaorywanie wsi” czy „Ministerstwo arogancji finansowej Jacka Rostowskiego”. Znów zaczęła się karuzela cytowań, analiz, krytyk, a „Raport” przez kilka dni nie schodził z afisza.

 

Jedyna słuszna siła

Wcielanie się w nowe role nie jest niczym złym w polityce, jeśli nie przesłania polityki jako takiej. Już wcześniej przecież i Tusk, i Kaczyński odgrywali postaci, który wymyślili sobie po to, by osiągnąć doraźne cele. Lider Platformy Obywatelskiej ma być oświeconym, nowoczesnym, na wskroś europejskim księciem, jedyną nadzieją na powstrzymanie niebezpieczeństwa związanego z rządami Ciemnogrodu. Prezes PiS zaś – jedynym obrońcą polskości, zagrożonej zdradzieckimi działaniami PO. Owe role były im potrzebne, aby nakreślić grubą kreską granicę podziału politycznego i wbić w swoje pole sztandar z napisem: „Jedyna słuszna siła”.

 

Goście spektaklu

Jednak w przeciwieństwie do prawdziwych aktorów odgrywających swoje role Tusk i Kaczyński sami wybierają sobie publiczność, do której chcą przemawiać.

Aktor teatralny nie wie, kto zaszczyci obecnością jego przedstawienie. Młodzi, starzy, mądrzy, głupi, naukowcy i ślusarze, biznesmeni i emeryci. Z kolei Tusk i Kaczyński wiedzą doskonale, kto przychodzi na ich spektakle. Okopali się nie tylko w swoich ideologicznym rewirach, lecz także w swoich elektoratach.

To dlatego Tusk w te pędy przyjął zaproszenie na śniadanie u Marcina Mellera, który wcześniej potraktował go w ostrych słowach na Facebooku. Spotkał się z celebrytami, by zatrzymać groźną falę, która mogłaby wkrótce zamienić się w ryczące tsunami. Perspektywa utraty części elektoratu „młodych, wykształconych, z dużych miast” wyraźnie zelektryzowała premiera, nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że większość z nich nigdy nie zagłosowałaby na PiS.

Zaś jego adwersarz zachował się dokładnie odwrotnie. Ustami Mariusza Błaszczaka z miejsca odrzucił potencjalne zaproszenie od Mellera. „Pan prezes nie rozmawia z celebrytami, lecz ze zwykłymi ludźmi” – miał powiedzieć szef klubu parlamentarnego PiS, czym de facto zakończył całą dyskusję. Kaczyński nie zmierzy się z Hołdysem i Kukizem, bo to – w jego mniemaniu – elektorat nie wart zachodu.

 

Dyskwalifikacje

Szef PiS ma jeszcze jedną, dość uciążliwą jak na polityka, przypadłość. Potrafi jednym „zgrabnym” zdaniem zniechęcić do siebie całe grupy społeczne, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy, że to żywi ludzie, którzy oddają żywe głosy i decydują o wyniku wyborów. Wśród większości przedsiębiorców Kaczyński nie będzie mógł liczyć nawet na neutralność, jeśli nie zmieni retoryki, pełnej podejrzeń i oskarżeń o niecne zamiary wielkiego biznesu. Ostatnio zaś nazwał zwolennikami „opcji niemieckiej” wszystkich tych, którzy chcieliby zadeklarować w spisie powszechnym narodowość śląską. Gdyby jakikolwiek kandydat na premiera w Wielkiej Brytanii pozwolił sobie na równie niezręczną wypowiedź na temat Walijczyków czy Szkotów, jego doradcy rwaliby sobie włosy z głowy całymi kępami.

To samo odnosi się do drugiej strony sporu. Od czasów słynnego zdania o „moherowej koalicji” Donald Tusk nie wykonał żadnego gestu, nie wypowiedział żadnego zdania, które choć w drobnym stopniu złagodziłoby jego wizerunek wśród religijnej prawicy. Dla Platformy Obywatelskiej i samego Tuska słuchacze Radia Maryja, czytelnicy „Naszego Dziennika”, obrońcy krzyża z Krakowskiego Przedmieścia to po prostu zindoktrynowani przez ojca Rydzyka fanatycy. Lider PiS nie rozmawia z celebrytami. Przywódca PO nie rozmawia z „radiomaryjnymi”. Każdy rozmawia ze swoimi.

Kaczyński i Tusk mają zatem swoje prywatne teatry, w których wypowiadają napisane zawczasu kwestie. Dwa teatry na dwóch krańcach miasta, z dwiema jakże różnymi publikami.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki