Logo Przewdonik Katolicki

Dwie śmierci Gajowniczka

Monika Białkowska
Fot.

Franciszek Gajowniczek zmarł 13 marca 1995 r. Ale śmierć po raz pierwszy upomniała się o niego 54 lata wcześniej, kiedy jako więzień numer 5659 przebywał w obozie w Auschwitz.

 

 

Był koniec lipca 1941 r. Franciszek Gajowniczek miał 40 lat, żonę i dwóch synów, a na ramieniu wytatuowany obozowy numer. Ważniejsze jednak, że wśród blokowych współwięźniów miał ojca Maksymiliana, polskiego franciszkanina. To on sprawił, że śmierć ominęła Franciszka Gajowniczka.

 

Więzień 5659

Jeszcze przed wojną Franciszek Gajowniczek był żołnierzem, służył zawodowo jako sierżant Wojska Polskiego. Urodzony w 1901 r., pod koniec sierpnia 1939 r. został skierowany jako szef batalionu do Wielunia. To właśnie na to miasto spadły pierwsze bomby 1 września 1939 r. batalion Gajowniczka został zdziesiątkowany, a pozostali przy życiu żołnierze dotarli do twierdzy Modlin.

W październiku 1939 r. Gajowniczek próbował przedostać się na Węgry. Wydany przez słowacką wieśniaczkę Gestapo, trafił do więzienia w Zakopanem, następnie do Tarnowa, wreszcie we wrześniu 1940 r. do Auschwitz. Tam przydzielono go do pracy przy rozładunku materiałów budowlanych z wagonów.

 

Apel 29 lipca

29 lipca 1941 r. po południowym apelu w obozie zawyła syrena alarmowa, oznaczająca, że w jednej z brygad zabrakło więźnia. Przerwano pracę, wszyscy więźniowie zostali sprowadzeni z miejsc pracy na plac apelowy. Tam okazało się, że więźnia brakuje w bloku, w którym przebywał Franciszek Gajowniczek i o. Maksymilian Kolbe, polski franciszkanin. Pozostali więźniowie mogli odejść,  tylko ci z jednego bloku musieli zostać na placu: stojąc na baczność, bez czapek, przez cały dzień i całą noc. Rano oficer oznajmił, że skoro więźniowie nie przeszkodzili w ucieczce, dziesięciu z nich umrze śmiercią głodową. Miała to być nauczka i ostrzeżenie dla tych, którym przyszłoby do głowy iść śladem uciekiniera.

 

„Du!”

– Wolałbym oszczędzić sobie przypominania szczegółów tej przerażającej sytuacji. Opowiem, jak wyglądała selekcja – wspominał po latach jeden z ówczesnych więźniów, Michał Micherdziński. – Cała grupa poszła na początek pierwszego szeregu, na przodzie dwa kroki przed nami stał niemiecki kapitan. Patrzył w oczy jak sęp, mierzył każdego i co chwilę podnosił prawą rękę i mówił: „du!”, czyli „ty”. To „du!” oznaczało, że to ty umrzesz śmiercią głodową. I szedł dalej. Esesmani wywlekali biedaka z szeregu, zapisywali numer i odstawiali pod strażą na boku. „Du!” brzmiało jak uderzenie młota w pustą skrzynię. Każdy bał się, że za chwilę palec może pokazać na niego. Przeglądnięty szereg szedł kilka kroków naprzód, tak że między szeregiem przeglądniętym a szeregiem do przeglądu powstało coś w rodzaju korytarzy, wolnych pasów o szerokości 3–4 metrów. W ten korytarz wchodzili esesmani i znowu padały słowa: „du! du!”. Serca waliły nam jak młotem. W głowie szum, krew pulsowała w skroniach, zdawało się nam, że krew wyskoczy nosami, uszami i oczami. Coś tragicznego.

 

Nie znaliśmy się

W siódmym rzędzie stał o. Maksymilian. Esesmani przeszli obok niego i wskazali na stojącego na końcu szeregu Gajowniczka. – Zdrętwiałem cały i, jak mi koledzy później powiedzieli, straszliwie jęknąłem, że mi jest żal żony i dzieci – wspominał Gajowniczek. – Wtedy z szeregów wyszedł jakiś więzień przed Lagerführera i powiedział, że on chce za mnie pójść na śmierć do bunkra i na mnie wskazał ręką. Poznałem, że tym więźniem jest o. Kolbe. Lagerführer zadał o. Kolbemu kilka pytań i zgodził się na tę zamianę. Ja wyszedłem z grupy dziesięciu skazanych i wróciłem do szeregu, a o. Kolbe zajął wśród nich moje miejsce – opowiadał po latach Gajowniczek. Wspominając o. Maksymiliana, mówił: – Nie znaliśmy się albo inaczej mówiąc, ja go poznałem po jego przyjeździe do obozu w maju 1941 r. On przedstawił się tym z mojego obozu jako ksiądz katolicki. W ciągu dwóch miesięcy przeżytych z nami o. Kolbe podtrzymywał nas swoją modlitwą i wypowiedzią świętą. Pracował z innymi, więcej niż inni przyjmował cierpienia, które mu były zadawane i coraz cięższe zadania, które były dla niego zarezerwowane, ponieważ był kapłanem.

 

„Pan”

Moment wyjścia o. Maksymiliana z szeregu wspominał także Michał Micherdziński. – Skończyła się selekcja, dziesięciu więźniów zostało już wybranych – mówił. – Dla nich był to ostatni apel. Myśleliśmy, że zakończy się ten koszmar stania: głowa bolała, jeść się chciało, nogi popuchły. A tu naraz zrobiło się jakieś poruszenie w moim szeregu, ktoś zaczął się przeciskać między więźniami. Był to o. Maksymilian. Szedł krótkim krokiem, bo w drewniakach długim krokiem iść się nie dało, trzeba było je trzymać palcami nóg, żeby nie spadły. Szedł prosto ku grupie esesmanów, stojących w pobliżu pierwszego szeregu więźniów. Wszyscy drżeliśmy, ponieważ było to złamanie jednego z najostrzej i najbrutalniej przestrzeganych zakazów. Wyjście z szeregu oznaczało śmierć. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali jak skamieniali. O. Maksymilian szedł w więziennym pasiaku, z miską u boku, w drewniakach. Nie szedł jak żebrak, ani też jak bohater. Szedł jak człowiek świadomy misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Wreszcie opamiętał się kierownik obozu. Wściekły, zapytał swojego zastępcę: „Was will dieses polnische Schwein?” („Co chce ta polska świnia?”). Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. O. Maksymilian odpowiedział spokojnie: „Ich will sterben für ihn”, wskazując ręką na stojącego obok Gajowniczka („Ja chcę umrzeć za niego”). Jeżeli wcześniej Niemcy stali jak oniemiali, to teraz pootwierali ze zdumienia usta. Padło drugie pytanie: „Kto ty jesteś?” O. Maksymilian odpowiedział: „Jestem polskim księdzem katolickim”. W tym dialogu o. Maksymilian ani raz nie użył słowa „proszę”. Jest tylko jego żądanie, którym złamał Niemca. Zachował się jak wytrawny dyplomata, choć za frak, wstęgę i ordery, służył mu pasiak, miska i drewniaki. Panowała wtedy cmentarna cisza, każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”: „Dlaczego pan chce umrzeć za niego?” Upadły wszystkie kanony, które esesman wyznawał wcześniej. Przed chwilą nazwał go „polską świnią”, a teraz zwraca się do niego per „pan”. Tylko jeden raz w historii obozów koncentracyjnych zdarzyło się, aby wysoki oficer, który zamordował tysiące niewinnych ludzi, zwrócił się do więźnia w ten sposób. O. Maksymilian odpowiedział: „On ma żonę i dzieci”. Oto cały katechizm w pigułce. Wszyscy czekali, co się dalej stanie. Po upływie kilku sekund esesman powiedział: „Gut” („Dobrze”). Zgodził się z o. Maksymilianem, przyznał mu rację. Oznaczało to, że dobro zwyciężyło zło, maksymalne zło.

 

Nowe życie

Franciszek Gajowniczek wrócił do szeregu. Skazańcy zdjęli drewniaki. Ojciec Maksymilian szedł do głodowego bunkra w ostatniej parze, pomagając iść innemu więźniowi. Przed blokiem wszyscy ściągnęli pasiaki. Ojciec Maksymilian w komorze śmierci żył 386 godzin, dobito go dwoma śmiertelnymi zastrzykami.

Gajowniczka w październiku 1944 r. przetransportowano do obozu Sachsenhausen. W maju 1945 r. został z niego uwolniony przez Amerykanów, przebywał potem krótko w Lubece i w Szczecinie. Kiedy w październiku 1945 r. dotarł do żony, do Rawy Mazowieckiej, dowiedział się, że jego synowie już nie żyją, zginęli w styczniu 1945 r. Zamieszkali w Brzegu nad Odrą, Franciszek wziął udział w beatyfikacji o. Maksymiliana Kolbego. Zmarł w wieku 94 lat i został pochowany na cmentarzu w Niepokalanowie, wśród zmarłych zakonników.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki