Szaleństwo pastora Jonesa

Za namalowanie wizerunku Mahometa niewierny straci najpewniej rękę, oko, a być może nawet i życie. Publiczne spalenie Koranu grozi podłożeniem ognia pod całą zachodnią cywilizację.
Czyta się kilka minut

 

Za namalowanie wizerunku Mahometa „niewierny” straci najpewniej rękę, oko, a być może nawet i życie. Publiczne spalenie Koranu grozi podłożeniem ognia pod całą zachodnią cywilizację.

 

Świat poznał mściwe oblicze wyznawców islamu i ich zerowy margines tolerancji w kwestiach wiary za sprawą historii Salmana Rushdiego i jego „Szatańskich wersetów”. Brytyjski pisarz indyjskiego pochodzenia, żyjący do dziś z oddechem fatwy na szyi – wyrokiem śmierci wydanym przez potężnego ajatollaha Chomeiniego - stał się symbolem cienkiej granicy, której dotyka każdy, kto zamierza wspominać o islamie z minimalnie choćby krytycznych pozycji. Warto przypomnieć, że choć Rushdi nadal żyje i cieszy się całkiem dobrym zdrowiem, to znacznie mniej szczęścia mieli japoński tłumacz jego książki, Hitoshi Iragashi, zamordowany w 1991 r., włoski translator Ettore Capriolo, zaatakowany nożem w swoim domu w Mediolanie, czy też norweski wydawca „Szatańskich wersetów” William Nygaard, którego postrzelono na ulicach Oslo w 1993 r.

Od tamtego czasu wiele się jednak zmieniło. To, co w latach 90. wydawało się jeszcze egzotyką, mało realnym zagrożeniem, odosobnioną historią, która spotkała jednego niepokornego pisarza, dziś staje się normą współczesnego świata.

 

Siekiera i kreska

Katalizatorem przemian świadomościowych był oczywiście zamach terrorystyczny z 11 września 2001 r. Z jednej strony stanowił on zielone światło dla części najradykalniejszych wyznawców islamu, którzy potraktowali go jako sygnał do fizycznej i werbalnej agresji w kierunku „niewiernych”, z drugiej zaś okazał się sprężyną nakręcającą spiralę strachu wśród zachodnich społeczeństw. Nieprzypadkowo, dosłownie z dnia na dzień, zmniejszyła się wówczas liczba klientów robiących zakupy w orientalnych sklepach, tak jak nagle opustoszały wagony metra na trasach uczęszczanych przez islamskich imigrantów.

Ten strach pozostał w ludziach do dziś, choć już nie tak silny jak w dniach ataku na WTC. Pogłębiały go zresztą kolejne tragiczne wydarzenia: nowe zamachy terrorystyczne w Madrycie i Londynie, a także seria ataków na osoby krytykujące lub w jakiś sposób ośmieszające islam. Jedną z najgłośniejszych tego rodzaju spraw było zabójstwo holenderskiego reżysera i pisarza Theo van Gogha (prawnuka brata słynnego malarza), autora niezwykle krytycznych publikacji na temat Koranu i jego współczesnych interpretacji, który został zamordowany w listopadzie 2004 r., w biały dzień, na ulicy spokojnego Amsterdamu. Zabójca, 26-letni Holender marokańskiego pochodzenia, oddał doń siedem strzałów z pistoletu, a następnie podciął mu gardło i przybił do torsu kartkę z nienawistnym antyzachodnim manifestem i ostrzeżeniem dla wszystkich „krzyżowców” zamierzających podążać droga van Gogha.

Wkrótce potem światem wstrząsnęła seria gwałtownych manifestacji antyeuropejskich, będących protestem przeciwko publikacji w prasie karykatur Mahometa, autorstwa trzech duńskich rysowników. Protestujący na ulicach europejskich miast muzułmanie zaczęli już wtedy wprost domagać się „gardeł karykaturzystów”. W ślad za tym posypały się kolejne zaoczne wyroki śmierci, ba - muzułmański minister indyjskiego stanu Uttar Pradesh, Yaqoob Quereshi, zaoferował nawet 11,5 tys. dolarów za zabicie autorów rysunków plus dodatkowo tyle złota dla zabójcy, „ile sam waży”. Po raz kolejny okazało się przy tym, że radykalny islam celuje w odpowiedzialności zbiorowej: w Nigerii rozwścieczony publikacją rysunków tłum plądrował oraz podpalał kościoły i sklepy chrześcijańskie, zabijając przy okazji 45 wyznawców Chrystusa.

I choć od tamtych wydarzeń minęło już prawie pięć lat, to gniew muzułmanów wcale nie ustał. W styczniu tego roku somalijski radykał przedostał się z siekierą i nożem do domu Kurta Westergaarda – jednego z autorów karykatur Mahometa. Rysownik - żyjący od paru lat pod stałą ochroną policji - zdążył jednak w porę schronić się w łazience, w której udało mu się przetrwać atak do czasu przybycia pomocy. Była to już któraś z rzędu próba zamachu na życie duńskiego karykaturzysty.

 

Ogień gaszony ogniem

W tym kontekście trudno więc dziwić się przerażeniu Zachodu na wieść o planach pastora Terry'ego Jonesa z niewielkiej wspólnoty religijnej na Florydzie, który zapowiedział publiczne spalenie 200 egzemplarzy Koranu w rocznicę ataków terrorystycznych z 11 września 2001 r. - Jeśli planowane palenie Koranu przez pastora z USA dojdzie do skutku, istnieje duże prawdopodobieństwo brutalnych zamachów na niewinnych ludzi - ostrzegał w specjalnym oświadczeniu Interpol, ogłaszając jednocześnie „światowy alarm” dla wszystkich swoich 188 państw członkowskich. O opamiętanie apelowali do Jonesa wszyscy najważniejsi światowi politycy, najwyżsi rangą wojskowi oraz przedstawiciele największych wspólnot religijnych. Sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen stwierdził, że zamiar pastora to „straszliwy akt”, który może zagrozić bezpieczeństwu żołnierzy Sojuszu stacjonujących w Afganistanie. Z kolei Papieska Rada do spraw Dialogu Międzyreligijnego określiła plany Jonesa „gestem ciężkiej obrazy księgi uważanej za świętą”, a Rada Kościołów Ziemi Świętej „odrażającą zbrodnią przeciwko nauczaniu Jezusa Chrystusa oraz wszelkim wartościom wyznawanym przez Kościół”.

Koniec końców wielebny Jones zrezygnował w ostatniej chwili ze swoich, tyleż idiotycznych co niewątpliwie bardzo medialnych piromańskich pomysłów. 11 września 2010 r. w Nowym Jorku i Waszyngtonie nie brakowało jednak innych radykałów, palących Koran, wyrywających zeń kartki, wycierających nimi buty i plujących na świętą księgę islamu. To oczywiście musiało wywołać wściekłość tysięcy muzułmanów, którzy na ulicach m.in. Kabulu, Kairu i Dżakarty mogli skandować swoje ulubione hasła: „Śmierć Ameryce”, „Śmierć chrześcijanom” oraz „Spalisz Koran – spłoniesz w piekle”. Tego dnia w starciach z policją zginęło w sumie prawie 20 muzułmańskich demonstrantów. Z kolei w Pakistanie islamiści zaatakowali trzy kościoły chrześcijańskie w dystrykcie Narwal, paląc jedną ze świątyń, w Kaszmirze zaś podpalili katolicką szkołę. A to dopiero początek spodziewanej fali antychrześcijańskiej przemocy.

 

Angela w szpagacie

Trudno właściwie o jakiekolwiek dobre wyjście z obecnej sytuacji. Gołym okiem widać, że odpowiadanie agresją na agresję to woda na młyn dla islamskich radykałów. Zachowania w stylu Geerta Wildersa, lidera antyimigracyjnej Partii Wolności, który w swoim głośnym filmie „Fitna” porównał „Koran” do „Mein Kampf”, działają jak płachta na byka i dostarczają raczej islamistom dodatkowych argumentów dla antyzachodniej krucjaty.

Bierność i pokojowa uległość także nie dają dobrych rezultatów, ponieważ kończy się to zwykle mniej lub bardziej zakamuflowanym „szantażem terrorem”. Świetnie widać to na przykładzie gwałtownej debaty wokół pomysłu budowy meczetu w pobliżu nowojorskiej Strefy Zero, czyli miejsca, gdzie kiedyś stały dwie wieże WTC. Oto bowiem, kiedy pojawiły się głosy nawołujące do wycofania się z budowy meczetu, wpływowy nowojorski imam Feisal Abdul Rauf oświadczył, że może to zostać uznane jako atak na islam, a co za tym idzie, zagrozić bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych. Czy słowa owego „umiarkowanego” muzułmanina można odebrać inaczej niźli zawoalowaną groźbę?

Coraz częściej więc politycy decydują się na wykonywanie swoistego ideowego szpagatu. Tak jak niedawno uczyniła Angela Merkel – z jednej strony wręczyła Kurtowi Westergaardowi nagrodę za niezłomność w obronie wolności słowa, z drugiej zaś po raz kolejny nawoływała do pokojowej współpracy z islamem, otwarcia i próby asymilacji muzułmańskich mniejszości. Tyle tylko, że na dłuższą metę w takim rozkroku stać się po prostu nie da.

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 39/2010