Logo Przewdonik Katolicki

Ukradziony krzyż

ks. Artur Stopka
Fot.

Czy Kościół katolicki w Polsce, który broni obecności krzyża w sferze publicznej, powinien angażować się w usuwanie go sprzed Pałacu Prezydenckiego?

 

Czy Kościół katolicki w Polsce, który broni obecności krzyża w sferze publicznej, powinien angażować się w usuwanie go sprzed Pałacu Prezydenckiego?


 

Gdy kilka dni po katastrofie smoleńskiej polscy harcerze z różnych organizacji stawiali przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie krzyż, zapewne przez myśl im nie przeszło, że ich emocjonalny czyn stanie się zarzewiem gorszącej „wojny o krzyż”, do której dojdzie trzy miesiące później. Dla nich było oczywiste, że to krzyż jest tym symbolem, który w takiej chwili i w takim miejscu należało postawić. Harcerze zakończyli swoją misję przed pałacem i odeszli. Ale nie zabrali ze sobą znaku, który postawili. Krzyż pozostał, z przymocowaną do niego tabliczką, apelującą o postawienie pomnika upamiętniającego ofiary tragedii z 10 kwietnia br. Stopniowo zaczął nabierać znaczenia. Dziś o jego obecności w tym konkretnym miejscu dyskutują tłumy medialnych komentatorów i zwykłych obywateli. Znaleźli się też jego obrońcy. A przede wszystkim znaleźli się ci, którzy chcą go stamtąd usunąć.

 

Krzyż bez zgody

Rodzą się pytania: „Czyj jest ten krzyż? Kto może i powinien decydować o jego losie?”. Pozornie odpowiedź jest prosta. Krzyż postawili harcerze. Do nich więc należy decyzja co do jego dalszych losów. Co prawda postawili krzyż, nie pytając władz, czy mogą to w tym konkretnym miejscu zrobić, ani nie pytając Kościoła, czy mogą do wyrażenia swoich uczuć wykorzystać właśnie ten konkretny religijny symbol, ale w sensie szczegółowym to oni są za sprawę krzyża odpowiedzialni i oni powinni jak najszybciej problem rozwiązać. Rzecz jednak w tym, że stracili nad nim kontrolę. Potężniejąca symbolika tego konkretnego krzyża ich przerosła. Kto powinien wobec tego przejąć za niego odpowiedzialność?

Tu nagle przypomniano sobie o Kościele. W pierwszym po wyborach wywiadzie prasowym prezydent elekt Bronisław Komorowski oświadczył niespodziewanie: „Krzyż przed Pałacem Prezydenckim to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce”. A szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski przed kamerami jednej z telewizji informacyjnych przypominał: „Krzyż to symbol męki Chrystusa, trzeba do tego podejść z wielką powagą” i sugerując jako miejsca, w które można przenieść krzyż, Świątynię Opatrzności Bożej, archikatedrę warszawską lub cmentarz Powązkowski, gdzie znajduje się kwatera osób, które zginęły w katastrofie smoleńskiej, dodał: „Liczymy na daleko idącą współpracę z kurią”.

 

Zresztą nie tylko politycy zaczęli oczekiwać, iż kłopotliwy problem krzyża rozwiąże Kościół. Znany publicysta katolicki Zbigniew Nosowski napisał: „Oczekuję też zdecydowanej postawy ze strony Kościoła hierarchicznego. Przed 11 laty spór wokół krzyży na oświęcimskim żwirowisku został rozwiązany dzięki jednoznacznemu stanowisku Episkopatu Polski, który przypomniał, że krzyż nie może być nadużywany do walki politycznej. Wówczas Episkopat ściśle współdziałał z rządem. Również w sprawie krzyża przed Pałacem Prezydenckim oczekiwałbym ze strony Kurii warszawskiej nieumywania rąk, jak słyszeliśmy do tej pory, lecz pomocy, czy wręcz inicjatywy, w rozwiązaniu problemu”.

 

Z funeralnego powodu

Odwołanie do sprawy krzyży na oświęcimskim żwirowisku nikogo nie dziwi. Chociaż powinno. Ponieważ tam - przynajmniej początkowo - chodziło jednak o krzyż postawiony z motywów religijnych. Motywację, dla której krzyż stanął na Krakowskim Przedmieściu chyba dobrze streścił w telewizji publicysta Jan Wróbel. „Krzyż postawiony ku pamięci osób zmarłych nie jest w Polsce żadnym dziwolągiem światopoglądowym. Po prostu wszyscy tak robią” - powiedział i przywołał przykład krzyży stawianych przy drogach w miejscach wypadków samochodowych. Jego zdaniem stawianie symbolu religijnego, jakim jest krzyż, „z funeralnego powodu, ma się nijak do sprawy światopoglądowej”. „Co tam miałoby stanąć? Krasnal? Wieniec?” - pytał znany komentator i podsumował: „U nas się stawia krzyże i cześć”.

Jan Wróbel w bardzo dosadny sposób zwrócił uwagę na fakt, o którym w Polsce bardzo rzadko się głośno mówi. Chodzi o postępującą faktyczną desakralizację znaku krzyża. To nie jest zjawisko nowe. Krzyż - symbol wydawałoby się na wskroś religijny - nabrał i wciąż nabiera nowych znaczeń. Nie bez powodu w pieśni sprzed lat znalazło się sformułowanie „wolność krzyżami się mierzy”. Nie bez powodu pobocza polskich dróg pełne są krzyży, upamiętniających niekoniecznie niewinne ofiary wypadków, ale również tych, którzy kompletnie pijani rozbili się o drzewo. Mało tego.  Nie bez powodu krzyż od dawna używany jest jako ozdoba w postaci wyrobów jubilerskich. Czasy, kiedy księża i katecheci zwracali uwagę uczennicom i uczniom noszącym kolczyki w kształcie krzyża, raczej bezpowrotnie minęły.

Europoseł Zbigniew Ziobro, który jako pierwszy wystąpił ze stanowczą obroną krzyża na Krakowskim Przedmieściu, co prawda odwołał się do argumentacji religijnej, ale również zauważył, że stanął on tam z potrzeby serca tysięcy ludzi, nie tylko wierzących. „Krzyż, który stanął przed Pałacem Prezydenckim to też symbol tamtych dni, kiedy Polacy zjednoczeni w bólu przyszli w to miejsce, by okazać swą solidarność i żałobę” - napisał Ziobro.

Również prezes Jarosław Kaczyński nadał krzyżowi sprzed pałacu nową treść, mówiąc m. in.: „Jeżeli prezydent Komorowski usunie krzyż, to będzie zupełnie jasne, kim jest i po której, w różnego rodzaju sporach dotyczących polskiej historii, jest stronie”.

 

Antyteza

Publicysta Jacek Rakowiecki, w tym samym programie telewizyjnym, w którym wypowiadał się Jan Wróbel, stwierdził, że ustawiony po katastrofie smoleńskiej krzyż „stanowi kompletne odwrócenie roli krzyża w chrześcijaństwie”. „To jest krzyż nienawiści, a nie krzyż miłości” - zdiagnozował ostro Rakowiecki. „Krzyż, który jest antytezą idei krzyża” - czy wobec takich głosów Kościół może nadal stać z boku i nie angażować się w sprawę stojącego od trzech miesięcy przy Trakcie Królewskim krzyża?

Kościół katolicki w Polsce nie od dziś bardzo mocno broni obecności krzyża w przestrzeni publicznej. W połowie czerwca br. polscy biskupi podkreślili: „Kościół nie może odstąpić od prawa do obecności krzyża w sumieniach ludzi i w przestrzeni publicznej”. Dodali, że krzyż przypomina o godności człowieka, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Ale też przypomnieli, dlaczego go bronią. „Krzyż jest podstawowym symbolem chrześcijaństwa, znakiem odkupienia i zbawienia, ofiary ponoszonej dla innych, symbolem miłości i miłosierdzia, a także cierpienia i zwycięstwa nad śmiercią. Dla wszystkich chrześcijan jest bezcennym znakiem i dlatego umieszczany jest nie tylko w domach i mieszkaniach, ale także w miejscach pracy, nauki i kultury. Korzenie europejskie są chrześcijańskie”. To niezwykle ważne przypomnienie, ponieważ coraz wyraźniej widać, że nie wystarczy bronić obecności krzyża. Trzeba również, aby Kościół bronił jego pierwotnego znaczenia i treści, które krzyż niesie.

„Na Krakowskim Przedmieściu politycy ukradli krzyż Kościołowi i nim wymachują jak tępym narzędziem” - stwierdził bez żalu w głosie Piotr Najsztub w jednej z telewizyjnych dyskusji. Drastyczna wypowiedź. Ale czy nie ma w niej ziarna prawdy? Obawiam się, że jest i to całkiem duże. Chyba najwyższa pora, aby Kościół krzyż odzyskał. I nie chodzi o ten wiotki i skromny ustawiony w Warszawie przez harcerzy w przypływie emocji.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki