Logo Przewdonik Katolicki

Kiedy Bachus rządzi miastem

Łukasz Łukasiewicz
Fot.

Przez kilka dni, na początku września, w Zielonej Górze rządzi Bachus. Prezydent miasta z uśmiechem przekazuje mu klucze do winnego grodu. Dwa weekendy zabawy, rozrywki i wina. W tym roku miały tam nawet swoją walutę talary zielonogórskie.

 

Przez kilka dni, na początku września, w Zielonej Górze rządzi Bachus. Prezydent miasta z uśmiechem przekazuje mu klucze do winnego grodu. Dwa weekendy zabawy, rozrywki i wina. W tym roku miały tam nawet swoją walutę – talary zielonogórskie.  

 

 

Karnawał – świąteczne dni

Na starożytnych wazach Bachus (Dionizos) przedstawiany jest najczęściej z pucharem lub rogiem do picia czy też z gałązkami z winnicy. Najpierw jest bogiem wegetacji i płodności, a potem wiązany jest z winoroślą i winem. W tragedii „Bachantki” Eurypidesa ówczesne kobiety odrywane były od swoich obowiązków „krosien i czółenek” i dawały się porwać w ekstatyczną zabawę. W Mitologii Greków i Rzymian Zygmunt Kubiak pisał, że dla owych kobiet „było to doświadczenie szczególne, gdyż kobieta grecka żyła zazwyczaj tylko w domu”. Bachusowe święta były więc zaproszeniem do wspólnej zabawy, do wyjścia z domu. Dziś w Zielonej Górze przez dziewięć dni mieszkańcy miasta i przyjezdni także są zapraszani do uczestnictwa w tym karnawale.

Kubiak, przypominając Eurypidesową sztukę, pisał: „Świat, jak zapewnia nas mityczna tradycja, przemieniał się wokół nich. W rzekach, albo i po murawie, płynęło mleko, wino i miód”. Zielona Góra na kilka dni staje się grodem Bachusa. Niemal całe miasto przechodzi metamorfozę: ul. Kupiecka to targ staroci, Stary Rynek otoczony został domkami winiarzy i sceną, deptak usiany przez niezliczone kramy, stragany i budki z jedzeniem. Co krok można też napić się grzanego wina. W końcu w zamierzeniu to jego święto!  

 

Tradycje winiarskie

Zielona Góra to miasto o kilkusetletniej tradycji związanej z uprawą winorośli, pierwsze wymianki pochodzą z 1314 roku. Rozkwit winiarstwa przypada na XVII wiek, choć właśnie wtedy „nóż w plecy” (określenie Jerzego Piotra Majchrzaka, autora wielu książek o przedwojennej Zielonej Górze) wbiła mu wojna 30-letnia. W XVIII wieku w winnym grodzie wielokrotnie bywał Fryderyk Wielki, który zatrzymywał się tutaj, jadąc z Berlina do Wrocławia. To on w 1781 roku przekazał miastu pieniądze na budowę domów dla sukienników. Na początku XIX wieku było tu podobno ponad 2 tysiące winnic. Wtedy też wyszła w Polsce książka „Kiperstwo praktyczne”,  w której to znajdujemy opis produkowanych wówczas win. Rozróżnia się tam pięć regionów uprawy wina, a Zielona Góra jest wśród nich wydzielona jako region o specjalnym rodzaju win do ciężkich mięs, win wytrawnych, czerwonych.  

Jeszcze w latach 70. ubiegłego stulecia miasto było otoczone winnicami, wiele domów było obrośniętych winem. Choć nigdy nie było tu przemysłowej produkcji win gronowych, to jednak zielonogórzanie z rozrzewnieniem mówią o tradycjach winiarskich.

Na początku XX wieku ówczesne władze uregulowały naukę i pracę w zawodzie winogrodnika – edukacja kończyła się egzaminem czeladniczym. Do tej tradycji powrócono rok temu, kiedy to Zielona Góra stała się jedynym miastem w Polsce, gdzie można kształcić się w zawodzie winiarza. Obecnie w Agencji Rynku Rolnego zarejestrowanych jest dziewięć lokalnych winnic.

 

 

Promocja, targowiska i rozrywka

Z perspektywy człowieka, który mieszkał w Zielonej Górze 20 lat i niejedno winobranie już widział, muszę przyznać, że nie robi to na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Choć od razu dodaję, że tegoroczne było bardzo sympatyczne, a i kiczu było mniej. Być może wynika to z faktu, że od jakiegoś czasu w moim rodzinnym mieście jestem tylko gościem. Jednak nawet w Poznaniu pewnego razu dostrzegłem billboard zachęcający do odwiedzenia winobrania, do „spotkania w gronie przyjaciół”. Impreza promowana jest w całym kraju, billboardy wiszą w 99 miejscach w Polsce. Nie tylko w tych największych. Do zielonogórskich skrzynek pocztowych wysłano 120 tys. informatorów winobraniowych. Każdy mieszkaniec jest zaproszony do wspólnego świętowania. Centrum miasta zamieniało się w istne targowisko (p)różności: poza standardowymi punktami gastronomicznymi, kupić tu można między innymi wina (niestety, po raz kolejny nie te z lokalnych upraw – prawo w Polsce jest nieco bardziej skomplikowane niż w innych europejskich krajach), sadzonki i wyroby z winogron, ale też wyroby z wosku, odzież, meble, wisiorki, patelnie, garnki, baloniki itp. Kiedyś była też, skądinąd bardzo popularna, wróżka. Na szczęście w tym roku jej nie widziałem, ale skoro był popyt na takie usługi, nie mogło zabraknąć innego substytutu – naszą przyszłość zdradzała papuga wyciągająca losy z przepowiedniami. Mam jednak szczerą nadzieję, że był to element jedynie rozrywkowy. Jak zwykle też zaplanowano kilka koncertów – przecież Bachus określany był przydomkiem „Hałasujący”, „Rozgłośny” (gr. Bromios)!

Natomiast bardzo ciekawym novum była winobraniowa waluta – w wielu sklepach można płacić talarami zielonogórskimi o wartości 4 złotych, które przyjmowane będą jeszcze do końca listopada.

 

 

Wspólne świętowanie

Każdy więc powinien tu znaleźć coś dla siebie. Oczywiście, można by sobie ponarzekać, ale przecież nie o to chodzi. Grunt, żeby się dobrze bawić. Badacze humanistyki podkreślają, że w zabawie najistotniejsze są bezinteresowność i brak jakichś ukrytych celów. Holenderski historyk Johan Huizinga zajmujący się między innymi zabawą w książce „Homo ludens” (czyli człowiek bawiący się) pisał wprost, że ona „jest celem sama w sobie, (…) a nad nagrodą zewnętrzną przeważa nagroda wewnętrzna”. Bawimy się więc po to, by się bawić! Aby oderwać się od rzeczywistości i dać się włączyć w nurt niecodziennego święta. Znany psycholog Jean Piaget dodawał, iż zabawa nie narzuca się człowiekowi, lecz odwrotnie – pozwala mu czerpać z rzeczywistości to, co mu najbardziej odpowiada. Jego zdaniem zabawa jest ogólnym nastawieniem do świata zewnętrznego i własnych działań podczas zabawy. Wydaje mi się, że dobrze jest zastosować receptę Piageta do każdego święta: na zielonogórskim winobraniu papuga przepowiadająca przyszłość zupełnie mnie nie przekonuje, ale wysłuchanie koncertu z przyjaciółmi przy grzanym winie w chłodny, wrześniowy wieczór jak najbardziej. Zatem wybór należy do nas!

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki