Logo Przewdonik Katolicki

Anka, ta walka jest fascynująca!

s. Ines Krawczyk MChR
Fot.

ZAnną Dymną, aktorką, założycielką iwolontariuszką Fundacji Mimo wszystko, opiekującej się osobami niepełnosprawnymi umysłowo, rozmawia s. Ines Krawczyk MChR Utworzenie fundacji to odważny pomysł. Wjaki sposób udało się Pani pokonać wątpliwości iobawy? Gdybym zastanawiała się zbyt długo, albo gdybym zdała sobie sprawę ztego,...

Z Anną Dymną, aktorką, założycielką i wolontariuszką Fundacji „Mimo wszystko”, opiekującej się osobami niepełnosprawnymi umysłowo, rozmawia s. Ines Krawczyk MChR



Utworzenie fundacji to odważny pomysł. W jaki sposób udało się Pani pokonać wątpliwości i obawy?


– Gdybym zastanawiała się zbyt długo, albo gdybym zdała sobie sprawę z tego, jaka to odpowiedzialność, i co będę miała na głowie, pewnie zabrakłoby mi odwagi. Może dobrze, że nie miałam czasu na kombinowanie – decyzja zapadła szybko.

Współpracowałam z Fundacją Brata Alberta, przygotowywałam festiwal i przyjaźniłam się z niepełnosprawnymi. Nagle okazało się, że na mocy nowelizacji ustawy o rehabilitacji i zatrudnieniu osób niepełnosprawnych 29 osób traci prawo do korzystania z warsztatów terapeutycznych. Ustawa stanowi, że jak ktoś mieszka w Domu Opieki Społecznej, dostaje wyżywienie i ma gdzie spać, to nie należy się mu warsztat.

Dla osób niepełnosprawnych warsztaty to jedyny sens ich życia. Chorzy robiąc coś, czują się potrzebni. Okazało się, że drzemią w nich nieprawdopodobne talenty kolorystyczne, graficzne i inne. Potrzebna była tylko odrobina chęci i to, żeby się nad każdym z nich pochylić i zobaczyć, co w nim tkwi.

Wiedząc o tym wszystkim, nie wyobrażałam sobie, że niepełnosprawni nagle pójdą do pracy, że będą siedzieli w swoich pokojach i kiwali się przy ścianach. Kiedyś ludzie niepełnosprawni umysłowo żyli do trzydziestego któregoś roku życia, później umierali, bo byli nikomu niepotrzebni. Odkąd są warsztaty, chorzy są szczęśliwi. Bardzo dobrze pamiętam słowa ks. Zalewskiego, który powiedział mi: „Tak nie może być, zróbmy coś!”. „Ale co?”– pytałam. Na to ksiądz: „Załóż fundację i otwórz warsztaty”. „Jak?”. „Normalnie” – powiedział.



Czy program „Spotkajmy się” pomógł w tej decyzji?


– Może. Rozmawiając z chorymi, cierpiącymi i umierającymi, dostrzegłam, jak bardzo potrzebują pomocy. Pamiętam, że pewnego dnia zadzwoniła do mnie jakaś pani i oznajmiła, że ma dla mnie 30 tys. zł. Zdziwiłam się, gdyż nikomu nie pożyczałam pieniędzy. Powiedziała, że ma pieniądze i chce zrobić coś dobrego. Wzbraniałam się, jednak w końcu wzięłam i przekazałam Towarzystwu do Walki z Kalectwem. Za tę sumę pomogliśmy zrobić windę dla jednego z moich rozmówców z programu. Od tego czasu jego życie się zmieniło. Wtedy ponownie usłyszałam: „Dlaczego nie ma pani osobowości prawnej? Niech pani założy fundację”. Zdecydowałam się. Napisałam statut i oddałam sprawę do sądu. Sądziłam, że procedura potrawa ze dwa lata. Jednak już po dwóch miesiącach miałam fundację. Wtedy trochę się przestraszyłam – byłam sama. Szybko jednak otoczyli mnie życzliwi ludzie, którzy w tej chwili są pracownikami fundacji.

Nadal jestem aktorką, pracuję zawodowo, a w fundacji jestem i będę wolontariuszem. Nie biorę za swoją pracę ani grosza i nigdy nie wezmę, bo gdybym wzięła, to nie miałabym siły tego robić. I dopiero teraz widzę, że gdyby doba miała sto godzin, to i tak zabrakłoby mi czasu. Na początku martwiłam się, że nie będę miała z czego utrzymać warsztatów terapii artystycznej. Zastanawiałam się, jak opłacę terapeutów i psychologów itd. Dostałam jednak tytuł „Pożytku Publicznego”, rozpoczęłam walkę o ten 1 procent i udało się.

Następnie zaczęłam robić z TVP2 Festiwal Zaczarowanej Piosenki dla osób niepełnosprawnych, utalentowanych wokalnie. Mimo że niektórzy pomawiają mnie o to, że udaję przed kamerami, że jestem dobra, to wiem, że jako człowiek publiczny, który przez prawie 40 lat pracuje na swoją twarz, mogę ją wykorzystywać w dobrej sprawie. Przyszedł czas, by o sobie zapomnieć. A że ludzie nadal lubią Barbarę Radziwiłłównę czy Małgorzatę z „Mistrza i Małgorzaty”, łatwiej otwierać mi zamknięte drzwi.



Spytam pretensjonalnie: dlaczego Pani to robi?




– Ciągle odpowiadam na to pytanie i – tak naprawdę – nie znam zadowalającej odpowiedzi. Nie ma z tym problemu np. Janka Ochojska, która jest też niepełnosprawna. Kiedyś ludzie jej pomogli, teraz ona pomaga innym – prosta odpowiedź. Tak samo Ewa Błaszczyk czy s. Małgorzata Chmielewska nie muszą nikomu niczego tłumaczyć. A co ja mam powiedzieć? Moje dziecko jest zdrowe, Panem Bogiem tak łatwo się nie wytłumaczę. Nie mam żadnego usprawiedliwienia. I martwi mnie tylko to, że to nie może być normą, tak jak na przykład oddychanie. Mam na to siłę, chcę to robić, to robię! To smutne, że żyjemy w czasach, kiedy dobro jest dość podejrzane.



Komu fundacja pomaga?


– To trochę skomplikowane. Z jednej strony w konkretny sposób  pomagamy chorym ludziom (kupujemy protezy, pomagamy w rehabilitacji, a czasem nawet ratujemy im życie i budujemy teraz dwa ogromne obiekty, które będą służyły tym najbardziej poszkodowanym).

Z drugiej, bardzo mnie cieszy, że fundacja uruchamia w ludziach zdrowych coś dobrego. Przychodzi do nas coraz więcej młodych osób, którzy są cudowni, otwarci na drugiego człowieka, mniej kombinują. Coraz więcej mamy wolontariuszy, że aż serce rośnie.

Kiedy organizujemy Festiwal Zaczarowanej Piosenki, borykamy się z mnóstwem przeciwności. Jest to ciężka praca, jednak kiedy patrzę na gwiazdy, które „wchodzą” w taki projekt i są z nami, to nagle wracają siły. Kiedy np. Ewa Bem ze łzami w oczach mówi mi: „Anka, to był najpiękniejszy dzień w moim życiu”, to chce się żyć. Widzę, jak w kontaktach z ludźmi chorymi i niepełnosprawnymi coś się w nas zmienia. Zdajemy sobie nagle sprawę z wielu bardzo ważnych rzeczy.

Dlatego uważam, że to, co tutaj robimy, nie jest tylko pomocą dla osób niepełnosprawnych, ale swego rodzaju „machiną”, uruchamiającą dobre myślenie u innych.

Program „Spotkajmy się” przeznaczony jest dla osób niepełnosprawnych, bo pomaga im odważniej chodzić po ziemi, pozbywać się kompleksów i otwierać się na świat.

Ale pomaga też widzom, coś w nich otwiera. Dostaję mnóstwo listów, w których ludzie piszą np.: „Żyję jak idiota. Tracę czas, życie mi ucieka, co ja do tej pory dobrego zrobiłem? Trzeba się za coś zabrać”.

Zatem osoby niepełnosprawne są też nam potrzebne.



Cierpienie okalecza, deformuje czy uszlachetnia?


– „Na świecie nic nie jest bez sensu” – tak mówią chorzy, z którymi rozmawiam. Odkąd istnieje człowiek, istnieje cierpienie – to znaczy, że jest ono bardzo ważne. Wielu cierpiących, umierających mówi, że są wybrani. Są to zwykle ludzie wierzący, im jest łatwiej, ponieważ czują się wybrani do bardzo trudnego zadania. Często mówią: „Chyba ktoś mnie kocha, że mnie do czegoś takiego wybrał”. To bardzo często są młodzi ludzie.

Mocno zapamiętałam słowa Papieża: „Cierpienie to jest taki ogień, który wypala zło świata”. Mimo że cierpienie nie jest dobrem, to daje czyste pole do miłości i pozwala znajdować prawdziwy sens życia.

Kiedyś pewien przystojny mężczyzna, któremu dokonano przeszczepu szpiku kostnego z powodu raka, trzy lata był w dobrym stanie, ale nastąpił nawrót choroby. Przeżył potworny kryzys. Dokonano ponownie przeszczepu szpiku i cały czas walczy, by nie doszło do remisji. Powiedział mi coś takiego: „Anka, wiesz, jakie to jest fascynujące, ta walka o życie codzienne. Ona jest naprawdę fascynująca”.

Cierpienie staje się ogromnym ciężarem, kiedy człowiek jest samotny. Znam chorych, którzy są niemal męczennikami, ale mają wsparcie ze strony kochanej osoby i nie mówią o tym, że cierpią, ale zupełnie o czymś innym.

Inna jest sytuacja, kiedy człowiek rodzi się z chorobą dziedziczną lub genetyczną. Ma tego świadomość i od początku szuka sensu w tym swoim istnieniu. A jeszcze inaczej jest, kiedy choroba dotyka człowieka nagle, znienacka. To jest dopiero walka z Bogiem, z upokorzeniem, nienawiścią do świata, goryczą. Znam takich. Czasem opowiadają, jak przeżywają poszczególne etapy swojej choroby, od braku akceptacji, przez odwracanie się od bliskich, od Boga, do próby samobójstwa.

Najcudowniejsze są rozmowy z ludźmi, którzy mają przeszczepione serca, wątroby itd. Są to osoby, jakby już skazane na śmierć, którym na nowo podarowano życie. To życie łączy się ze śmiercią kogoś innego. Pozostaje dylemat…

Odbyłam taką cudowną rozmowę z Marcinem, który miał przeszczepione serce w styczniu, a w marcu urodził mu się synek Jasio. Program zaczyna się od tego: „Ile ma Jasio? 5 miesięcy. A ty masz ile? 7 miesięcy”.

Pytam: „Co się zmieniło w twoim życiu?”. „Aniu, nie wiedziałem, że życie jest takie piękne; że jest cudownie, kiedy pada deszcz, wieje wiatr. Ja tego nie wiedziałem, że życie jest takim darem…”.



Zatem po co jest cierpienie?


– Wszyscy szukamy na to odpowiedzi. Jan Paweł II przez ostatnie tygodnie swojego życia próbował nam pokazać, że jest istotnym elementem każdego życia. Przekazywał jakąś współczesną drogę krzyżową.

A ja? Odpowiem słowami Joli, czterdziestokilkuletniej kobiety, która jest sparaliżowana i przykuta do wózka.

Któregoś dnia na moje prowokujące pytania odpowiedziała: „Aniu, ty wiesz, jak ktoś tylko na mnie spojrzy, to w ułamku sekundy uświadamia sobie, jaki jest szczęśliwy”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki