Logo Przewdonik Katolicki

Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej

Łukasz Krzysztofka
Fot.

Zniszczył dziedzictwo kulturowe kilkunastu narodów. Doprowadził do powstania masowego zjawiska głodu oraz załamania wielu krajowych gospodarek. W samym tylko ZSRR jego ofiarami padło około 20 milionów ludzi. Stalinizm nie oszczędził także Polski. Sprawy znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych byłych polskich oficerów, urzędników, obszarników, policjantów, agentów...

Zniszczył dziedzictwo kulturowe kilkunastu narodów. Doprowadził do powstania masowego zjawiska głodu oraz załamania wielu krajowych gospodarek. W samym tylko ZSRR jego ofiarami padło około 20 milionów ludzi. Stalinizm nie oszczędził także Polski.

„Sprawy znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych byłych polskich oficerów, urzędników, obszarników, policjantów, agentów wywiadu – rozpatrzyć w trybie specjalnym, z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelanie”. W takich słowach przedstawił Józefowi Stalinowi zamiar rozwiązania „problemu katyńskiego” Ławrientij Beria, szef sowieckiego NKWD. Dokument, zatwierdzony również przez Woroszyłowa, Mołotowa, Mikojana, Kalinina i Kaganowicza, nosi datę 5 marca 1940 roku. To bezprecedensowy dowód zbrodni ludobójstwa dokonanej przez Sowietów na tysiącach Polaków osadzonych w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. W dalszej części tegoż dokumentu czytamy: „Sprawy rozpatrzyć bez wzywania aresztowanych i bez przedstawienia zarzutów, decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia”.

Trudna prawda
Jeńców mordowano pojedynczo, strzelając w tył głowy. Zbrodni dokonywano przez ponad dwa miesiące – każdej nocy w Charkowie, Twerze i Smoleńsku-Katyniu ginęło dwieście pięćdziesiąt osób. Zwłoki były później ładowane do ciężarówek i wywożone do lasu, a następnie wrzucane do olbrzymich dołów. Prawdę o tej straszliwej zbrodni starannie ukrywano i zniekształcano. Kiedy trzy lata później świat dowiedział się o wydarzeniach w Katyniu, Stalin zrzucił winę na Hitlera, a zaistniałą sytuację wykorzystał do zerwania niewygodnych dla niego stosunków dyplomatycznych z Polską. Prawdy przestraszyły się również światowe mocarstwa, decydując – na konferencjach w Teheranie i Jałcie – o poddaniu Polski sowieckiej jurysdykcji. Rozpoczął się pięćdziesięcioletni okres afirmacji kłamstwa. Ks. prałat Zdzisław Peszkowski, cudem ocalony jeniec obozu w Kozielsku, wspominając tamten straszliwy i bolesny czas, mówi, że najpierw dokonano mordu tysięcy bezbronnych ludzi, a później zamordowano prawdę. W okresie Polski Ludowej wszelkie jej przebłyski były szybko i krwawo tłumione przez wyspecjalizowane organa, a wielu „niepokornych” dotykały surowe represje za samo opowiadanie o tym, co stało się wiosną 1940 roku w Katyniu. Dopiero pięćdziesiąt lat później – w kwietniu 1990 roku – z ust Michaiła Gorbaczowa padły długo oczekiwane słowa, iż odpowiedzialność za mord w Katyniu ponosi NKWD.

Las na Opolszczyźnie
Niewielka wioska Barut na Opolszczyźnie również kryje w sobie mroczną i niewyjaśnioną do dziś tajemnicę stalinowskiego terroru. Przez wiele lat w okolicy obawiano się mówić o tym, co stało się w pobliskim lesie. Strach przed zemstą tych, którzy dokonali zbrodni skutecznie maskował i tłumił prawdę. Nawet dzisiaj ludzie wspominający tamto wydarzenie wolą pozostać anonimowi.

Według relacji mieszkańców Barutu, którzy pamiętają tamte czasy, pod koniec września 1946 roku teren w promieniu kilku kilometrów od wioski został dokładnie otoczony przez wojsko, a drogi prowadzące do niedalekiego lasu i znajdującego się w nim zameczku oraz stodoły, zamknięto. W nocy przez wieś przejechała kolumna samochodów, wśród których cztery pojazdy dokładnie zamaskowano i przykryto plandekami. – Jedno auto zepsuło się akurat we wsi i wtenczas mogli my obejrzeć, że w środku stoli nieogoleni mężczyźni ubrani w mundury – opowiada pani Maria, która nie chce podawać swojego nazwiska. To wydarzenie pamięta bardzo dobrze, była wtedy kilkunastoletnią dziewczyną. – Drap się z tym uwinęli i wartko pojechali w strona lasu – mówi. – Następnego dnia, tak kole piątej rano, wszystkich nos obudził srogi huk, tak, że szolki pospadały ze kredynsu. Potem, tak bez pół godziny, słyszeli my jeszcze strzały z karabinów – dodaje, wyraźnie poruszona. Jak się później okazało, owych mężczyzn w mundurach – mogło ich być około dwustu – umieszczono w murowanej stodole, którą następnie obłożono ładunkami wybuchowymi, oblano benzyną i wysadzono w powietrze. Przez kilka dni po wybuchu nadal nie można było dostać się choćby w pobliże lasu, a uzbrojeni wartownicy niszczyli ślady zbrodni. Mimo to jeszcze w miesiąc później mieszkańcy Barutu odnajdywali w pobliżu miejsca egzekucji ludzkie szczątki, strzępki mundurów z naszywkami „Poland” oraz biało-czarnymi szachownicami, zakrwawione buty, resztki popalonych dokumentów. – Mój ojciec ze starszym bratem byli tam dwa razy i zawsze wracali bardzo wystraszeni tym, co obejrzeli – mówi pani Maria. – Przez długi czas koło lasu czuć było zapach zgnilizny.

Wszystkie ślady znalezione w baruckim lesie były skrzętnie ukrywane w obawie przed represjami ze strony komunistycznych władz ówczesnej Polski. Choć wtedy nikt nie przeprowadzał dochodzenia, wszyscy wiedzieli, kto mógł tej zbrodni dokonać. Do dziś nie udało się jednak ustalić szczegółów ani wyjaśnić jej okoliczności. Wiadomo jedynie, że zbrodnia ta miała miejsce we wrześniu 1946 roku, a ofiarami jej padli żołnierze ubrani w mundury II Korpusu gen. Andersa. Byli to najprawdopodobniej członkowie NZS, AK oraz WiN, walczący nadal, mimo zakończenia wojny w maju 1945, o prawdziwie wolną i niepodległą Polskę. W ich szeregi przedostali się komunistyczni konfidenci, obiecujący pomoc w przeprawie do Armii Polskiej gen. Andersa we Włoszech. Jednak cel tej przeprawy okazał się zupełnie inny... Śledztwo w sprawie masowego mordu rozpoczęło się w styczniu 1990 r. i trwało półtora roku. Zostało umorzone głównie z powodu braku zeznań świadków tragedii.

Dziś w miejscu zbrodni – na niewielkiej leśnej polanie, nazywanej wymownie „Śląskim Katyniem” – znajduje się kopiec, na którym umieszczono wysoki, betonowy krzyż, przepasany czerwoną, metalową stułą. Tuż przy drodze, wiodącej do tej naznaczonej krwią polany, na sporej wielkości tablicy widnieją słowa: „Gdziekolwiek polegliśmy, polegliśmy za Ojczyznę, a nie mieliśmy w niej nawet symbolicznego grobu”.

Miejsc, takich jak to, jest w Polsce jeszcze z pewnością wiele. Każde z nich kryje w sobie smutną tajemnicę niewyjaśnionych po dziś dzień śmierci wielu osób, dla których słowa „wolność” i „niepodległość” nie były tylko pustymi frazesami. U progu IV RP nie można o tym zapomnieć.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki