Logo Przewdonik Katolicki

Piękno tradycji, piękno zagrożone

Ks. Mariusz Pohl
Fot.

Piękno jest jednym z najwspanialszych darów Boga dla człowieka, darem całkowicie bezinteresownym, poza wszelkim pragmatyzmem. Zasługuje na najwyższy szacunek i podziw. Piękno trzeba odkrywać i ukazywać je innym, dzielić się swym zachwytem i przeżyciami estetycznymi, uczyć estetycznej wrażliwości, kontemplować fenomen artyzmu i niepoliczalną wartość dzieł sztuki. Piękno potrafi...

Piękno jest jednym z najwspanialszych darów Boga dla człowieka, darem całkowicie bezinteresownym, poza wszelkim pragmatyzmem. Zasługuje na najwyższy szacunek i podziw.

Piękno trzeba odkrywać i ukazywać je innym, dzielić się swym zachwytem i przeżyciami estetycznymi, uczyć estetycznej wrażliwości, kontemplować fenomen artyzmu i niepoliczalną wartość dzieł sztuki. Piękno potrafi uczynić człowieka lepszym – jeśli tylko umiemy z nim obcować i poddać się jego wpływowi. Piękno może zbawić świat, jak uczył Fiodor Dostojewski, a przynajmniej wydatnie w tym dopomóc. Bo piękno jest odblaskiem Boga i prowadzi do Niego – jeśli tylko ktoś chce podążać tym śladem. Osobiście mogę zaświadczyć, że w moim przypadku odkryłem na nowo Boga, a potem powołanie kapłańskie przez piękno ikony, gotyckiej architektury i chorału gregoriańskiego.

Choć piękna wokół nas nie brakuje – bardzo często przecież natrafiamy na zachwycające dzieła natury i podziwiamy arcydzieła ludzkich rąk i natchnionego ducha, to jednak zasoby wartości estetycznych i artystycznych nie są niewyczerpane. Dlatego trzeba to piękno szanować i chronić, otaczać troską, by przekazać je następnym pokoleniom w stanie nienaruszonym, a jeśli już, to pomnożone i wyeksponowane. Dotyczy to szczególnie tego piękna i tych dzieł, które nie mają uznanej marki, nie cieszą się światową sławą ani nawet klasą zerową, więc nie są też otoczone specjalną ochroną konserwatorską i prawną. Na ogół jest to piękno, pośród którego żyjemy, które nam nieraz spowszedniało do tego stopnia, że nie potrafimy docenić jego wartości. Dopiero gdyby miało tego piękna zabraknąć, odkrylibyśmy poniewczasie, jak bezcenny skarb utraciliśmy.

Naga cerkiew
Piszę te słowa na gorąco, pod wielkim wrażeniem tego, co zobaczyłem. Pierwotnie zamierzałem na zakończenie tego wakacyjnego cyklu poruszyć zupełnie inny temat, ale sytuacja, której byłem niedawno świadkiem w okolicach Krynicy, zmieniła moje plany. Pojechałem odwiedzić znaną mi drewnianą cerkiew, otoczoną przepięknym starym murem, z luźno ułożonych na glinianą zaprawę kamieni, pośród lip i jesionów. Niestety, nie było już ani drzew, ani muru. Pozostała osamotniona, naga cerkiew i kamienna kapliczka, zachowana pośród resztek muru. W miejscu muru zaś był oszalowany wykop, zalany cementem i sterta kamieni zmieszanych z gliną. Kilku robotników zalewało dalszy ciąg fundamentu, a całości prac przyglądał się ze smutkiem stary kościelny.

Rozumiem, że taka jest kolej rzeczy. Czas płynie, ludzie się starzeją, drzewa, budowle i płoty także. Stare i zużyte przedmioty muszą ustąpić nowym. Modernizacja jest nieuniknioną koniecznością. Dwa lata temu w mojej parafii również odnawialiśmy ogrodzenie cmentarza, wkrótce to samo czeka mur wokół kościoła. W miejsce starych ceglanych słupków i świerkowych sztachet stoją teraz prościutkie klinkierowe słupki i lakierowane przęsła z idealnie równych, olchowych desek. Wszyscy podziwiają to dzieło – i rzeczywiście, jest na co popatrzeć. Parafianie czują się dumni i wywierają presję, by iść za ciosem i dalej modernizować kolejne elementy parafialnej architektury. Ale patrząc na dawne fotografie ze starym ogrodzeniem, czegoś mi jednak żal. Może omszałych cegieł albo spatynowanych, cementowych, trochę popękanych kapeluszy na słupkach, może powypaczanych na wietrze, deszczu i słońcu sztachet, kutej w żelazie furtki…?



Bluszcz w drewnianej balustradzie
Byłem przed laty w Taizé – to mała francuska wioska, którą upodobał sobie brat Roger i jego ekumeniczna wspólnota. Z jaką pieczołowitością bracia dbali o każdy kamień w murze, każdą belkę, szczebel w drabinie. Wewnątrz domów było nowoczesne ogrzewanie i Internet, ale na zewnątrz wszy­stko musiało wyglądać po staremu. Bluszcz na drewnianej balustradzie balkonu rozrastał się całe dziesiątki lat, winna latorośl oplatająca drewniane podpory domu była tak powykręcana, spękana i dostojna, że pamiętała pewnie czasy Drugiej Republiki. Pamiętam gruby drewniany bal, na którym wspierał się daszek nad wejściem do jednego z domów. Słoje drewna były głęboko wyrzeźbione wiatrem i słońcem, ściemniałe na niepowtarzalny, szarobrązowy naturalny kolor. Jak bardzo gospodarze dbali o tę belkę, jak była im droga i bliska: bez niej to nie byłby już ich dom.

Na wagę złota
Podobną dbałość o oryginalne detale w architekturze obserwowałem w Asyżu. Miasto św. Franciszka, zbudowane z umbryjskiego wapienia, jest w całości pokryte charakterystyczną korytkową dachówką. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dachówka ta liczy sobie już kilkadziesiąt, a często i kilkaset lat. Każde ceramiczne korytko jest na wagę złota. Nie da się go kupić w żadnej hurtowni, bo takich korytek się po prostu nie produkuje. Można je co najwyżej pozyskać przy okazji rozbiórki czy remontu starego budynku. Czy Włochów nie stać byłoby na nowoczesne dachy i domy? Na pewno, ale mieszkańcy Asyżu i w ogóle całej Umbrii, Toskanii, Veneto wiedzą, co to jest tradycja, co znaczy historia ich miast, długie wieki kultury, przekazywane z pokolenia na pokolenie dziedzictwo. Czują się za nie odpowiedzialni, potrzebują go do życia jak powietrza.

Chochołowskie chaty
Kto był kiedyś w Chochołowie, na pewno podziwiał starą, drewnianą zabudowę tej jedynej w swoim rodzaju wsi. Wszystkie domy przy głównej drodze są drewniane. Ale to nie jest nowe, równiutkie, impregnowane i lakierowane drewno z komputerowo sterowanych frezarek. Wszystkie jodłowe czy świerkowe płazy liczą sobie ponad kilkadziesiąt i więcej lat. Złotobrązowy kolor nie pochodzi z nowoczesnej mieszalni lakierów, lecz jest efektem corocznego, wiosennego szorowania ścian ługiem i szczotkami. Gospodynie wychodzą w kwietniowy, słoneczny poranek z wiadrami wody, ryżowymi szczotkami i lnianymi ścierkami, by przez wiele godzin żmudnej pracy obmyć całą chałupę wodą. Jeśli zapytać, po co to robią, popatrzą zdziwione: „Jak to po co, przecież tak się robi, moja matka i babcia też tak robiły, bo tak trzeba”. Czy może być prostsza odpowiedź? Czy bez tej wiedzy i wierności pradawnej tradycji istniałby Chochołów?

Starość ma swój urok
Każde miasto, każda wioska, każdy dom może mieć taką tradycję, a jeśli jeszcze jej nie ma, to przynajmniej powinien zacząć ją tworzyć. Powinniśmy zacząć szanować i cenić to, co pozostawili nam nasi ojcowie. Dziś świat idzie szybko do przodu. Mit nowoczesności i wszechmocnej technologii, presja reklamy, oglądanie się na obce kulturowo wzorce z Zachodu mogą sprawić, że utracimy, a raczej sami się pozbawimy tego, co najcenniejsze, czego nie zdoła wytworzyć nawet najnowsza technologia. A wówczas człowiek poczuje się wykorzeniony, wyobcowany, zagubiony w świecie, w którym nie będzie już miał nic swojego. Czy zdołamy w takiej kulturowej pustce żyć, czy bez pamięci o przeszłości, o swoich korzeniach i historii, człowiek zdoła pozostać sobą?

W przypadku architektury starość ma swój urok, wartość i sens. Tworzy niepowtarzalny koloryt, aurę tradycji i szacowności. Dziś każdy, kto ma odrobinę grosza, może sobie postawić dowolne ogrodzenie: z klinkieru, drewna, żeliwa, betonu – na co kogo stać i co się komu podoba. Ale starego muru z kładzionych na glinianą zaprawę płaskich kamieni, porośniętego grubym mchem i darnią złotego roz­chodnika, takiego muru nie da się zbudować za żadne pieniądze, przynajmniej nie od razu. Bo taki mur potrzebuje dziesiątek lat, by doszedł do swojej właściwej postaci. Uczy to pokory wobec czasu, piękna i Boga: nie wszystko da się kupić i zbudować za pieniądze. Tak, piękno jest darem, nie towarem. Na szczęście.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki