Logo Przewdonik Katolicki

Boża Opatrzność nie zawiodła

Bernadeta Kruszyk
Fot.

Z księdzem biskupem Bogdanem Wojtusiem, obchodzącym w tym roku 70. rocznicę urodzin, rozmawia Bernadeta Gozdowska Kiedy po raz pierwszy pomyślał Ksiądz Biskup o kapłaństwie? Jeszcze w szkole podstawowej. Byłem wówczas ministrantem. Gdy przyszedł czas wyboru szkoły średniej, ksiądz proboszcz powiedział do mnie: Ty chyba powinieneś zostać księdzem. Nigdy więcej...

Z księdzem biskupem Bogdanem Wojtusiem, obchodzącym w tym roku 70. rocznicę urodzin, rozmawia Bernadeta Gozdowska


Kiedy po raz pierwszy pomyślał Ksiądz Biskup o kapłaństwie?
– Jeszcze w szkole podstawowej. Byłem wówczas ministrantem. Gdy przyszedł czas wyboru szkoły średniej, ksiądz proboszcz powiedział do mnie: „Ty chyba powinieneś zostać księdzem”. Nigdy więcej tych słów nie powtórzył, jednak nie dawały mi one spokoju. To pod ich wpływem zdecydowałem się zdawać do liceum ogólnokształcącego, po którym mogłem wstąpić do seminarium duchownego. Muszę dodać, że wychowałem się w rodzinie bardzo religijnej, darzącej Kościół i kapłanów ogromnym szacunkiem. Każda niedziela była wielkim świętem. Całą rodziną uczestniczyliśmy w Eucharystii, a później siadaliśmy do uroczystego obiadu. Pamiętam również nasze wspólne modlitwy, nabożeństwa majowe i różańcowe. W takim klimacie wzrastałem i sądzę, że miał on niebagatelny wpływ na moje przyszłe wybory. Niemniej tego najważniejszego wyboru nie dokonałem od razu. Myśl o kapłaństwie przypływała i odpływała. Ostateczną decyzję podjąłem dopiero po maturze. Nie było żadnego gromu z jasnego nieba, żadnego olśnienia, żadnego wstrząsu. Odczytywałem powołanie powoli i powoli dojrzewałem do pójścia za głosem Chrystusa.

Jak wspomina Ksiądz Biskup czas spędzony w seminarium?
– Z jednej strony był to czas wspaniały, pełen nadziei i młodzieńczego zapału. Z drugiej niezwykle trudny, nacechowany dotkliwym prześladowaniem Kościoła. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński był uwięziony, bp Lucjan Bernacki zmuszony do opuszczenia naszej archidiecezji. Pamiętam, że w seminarium często ,,gościli” funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Robili rewizje, straszyli, trzech kleryków aresztowali i zapowiedzieli, że niebawem przyjdą po następnych. Baliśmy się. Wielkim wsparciem były dla nas nasze rodziny i starsi koledzy. Mówili do nas: „W nic się nie mieszajcie, trwajcie i zachowujcie spokój”. Trwaliśmy. Pamiętam, że podczas jednego ze spacerów, a chodziliśmy zwykle w stronę Winiar (nie było tam jeszcze osiedli, tylko pola), podeszła do nas jakaś kobieta i powiedziała: „tak mi was żal, oni was wszystkich zniszczą”. Taka była wówczas atmosfera. Być może nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z zagrożenia.

Jak zapamiętał Ksiądz Biskup Prymasa Wyszyńskiego?
– Był to człowiek niezwykłej charyzmy. Promieniowała z niego ogromna siła i moc. Pamiętam, że jego słowa uskrzydlały, podnosiły człowieka na duchu. Byliśmy gotowi głosić Ewangelię wbrew wszystkiemu. Mogli nas za to bić, więzić, nie czuliśmy strachu. Niektórzy zarzucali Prymasowi Wyszyńskiemu, że jest wyniosły. Nieprawda. Miał w sobie wiele godności i dostojeństwa, jednak gdy z kimś rozmawiał, był niezwykle przyjacielski i otwarty. Potrafił skupić się wyłącznie na tym człowieku i on był w danej chwili dla niego najważniejszy.

Po latach wrócił Ksiądz Biskup do gnieźnieńskiego seminarium, najpierw jako profesor, później jako rektor. Czasy były równie niełatwe...
– To prawda. Zostałem mianowany rektorem seminarium w czasie stanu wojennego. Prymasem Polski był już wówczas kard. Józef Glemp. Prosił, bym zrobił wszystko, aby klerycy nie czuli strachu i zagrożenia. My musimy żyć nadzieją – powtarzał. – To wszystko przeminie i zmieni się na lepsze. Niedługo potem rozpoczęliśmy rozbudowę seminarium. W realizacji tego wielkiego dzieła pomogło mi wielu kapłanów, którym jestem ogromnie wdzięczny. Gmach stanął. Był jednak czymś więcej niż nowym budynkiem seminarium. Był znakiem, że Kościół nie dał się złamać i zastraszyć.

Co z perspektywy czterdziestu sześciu lat kapłaństwa uważa Ksiądz Biskup za najważniejsze w życiu kapłana?
– Zawierzyć Bożej Opatrzności. Dać się Panu Bogu prowadzić. To jest najważniejsze w życiu nie tylko kapłana, ale każdego człowieka. Pan Bóg wie najlepiej, co jest dla nas dobre. Doświadczyłem tego wielokrotnie. On ma względem nas swoje plany, nie zawsze zbieżne z naszymi, ale zawsze dla nas najlepsze. Poddajmy się Jego woli, nie buntujmy się i pozwólmy się Panu Bogu prowadzić, a wszystko będzie dobrze.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki