Logo Przewdonik Katolicki

Ratując pamięć

Natalia Budzyńska
Fot.

Wystawa I ciągle widzę ich twarze powróciła do Narodowej Galerii Sztuki Zachęta po dziesięciu latach wędrówki. Można by powiedzieć, że była to wędrówka naznaczona ogromnym sukcesem: wspaniałe ekspozycje w największych muzeach świata. W tym przypadku jednak słowo sukces nie jest odpowiednie, bo kontekst wystawy jest tragiczny. Z przedwojennego...

Wystawa „I ciągle widzę ich twarze” powróciła do Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta” po dziesięciu latach wędrówki. Można by powiedzieć, że była to wędrówka naznaczona ogromnym sukcesem: wspaniałe ekspozycje w największych muzeach świata. W tym przypadku jednak słowo „sukces” nie jest odpowiednie, bo kontekst wystawy jest tragiczny.

Z przedwojennego świata pewnego narodu pozostały tylko klisze, fotografie przechowywane na strychach, wydobyte z gruzów, przechowywane jako ostatnie pamiątki.

Z kilku tysięcy fotografii patrzą na nas twarze ludzi, którzy kiedyś żyli obok nas – naszych rodzin, w naszych miastach – tworząc swoiste enklawy. Nie było polskiego miasta bez żydowskich sklepików, szkół, bożnic. Nasi dziadkowie siedzieli z żydowskimi dziećmi w jednej ławce, razem grali w piłkę, a babcie bawiły się lalkami z Żydówkami. Od kilku lat wracamy do tamtych czasów dzięki organizowanym tu i ówdzie festiwalom kultury żydowskiej. Co roku festiwal na krakowskim Kazimierzu przekonuje świat o tym, że jednak życie zawsze zwycięża nad śmiercią. Bo Kazimierz żyje, młodzi ludzie uczą się hebrajskiego, śpiewają i bawią się przy muzyce klezmerskiej, restauracje podają koszerne jedzenie, a goje poznają żydowską kulturę. Ale po kilku dniach wszyscy się rozjeżdżają i znów nie ma śladu po tamtym świecie. Bo prawda jest taka, że on zaginął, został z Polski wymazany, wymordowany.

Wystawa, którą przypomina „Zachęta”, robi ogromne wrażenie. Na prezentowanych fotografiach nie ma krwi i przemocy, zdjęcia pokazują tylko codzienne życie, a jednak wstrząsają. Wstrząsa świadomość, że ci ludzie zostali znienawidzeni i skazani na śmierć. Na fotografiach widzimy Ity, Szaje, Abrahamów, Rywki, Estery, Ozjaszy, całe rodziny upozowane przez fotografów w studiu lub podczas familijnych uroczystości. Zdjęcia zrobione w otoczeniu domowych sprzętów każą myśleć nie tylko o losach ludzi, ale i przedmiotów. Bohaterowie fotografii nie wiedzą jeszcze, co ich spotka, są weseli, pełni życia, uśmiechają się. Niczym się od nas nie różnią. Tamten świat przypominają obrazy miasteczek, sztetli: Tarnów, Lublin, Gorlice, w których byłam w tym roku na wakacjach, Kutno, przez które przejeżdżam kilka razy w roku, Kalisz, Zduńska Wola, Łódź. W żadnym innym kraju na świecie nie przenikały się tak bardzo te dwie kultury. Fotografie, które miały zatrzymać chwilę, utrwaliły cały nieistniejący już świat.

Dziesięć lat temu fundacja Shalom ogłosiła apel o nadsyłanie zdjęć polskich Żydów: do dziś nadeszło ich aż dziewięć tysięcy. Ofiarodawcami okazali się ludzie różnego pochodzenia: Żydzi rozsiani po całym świecie, ale przede wszystkim Polacy, którzy w czasie wojennych zawirowań stali się posiadaczami ocalonych zdjęć swoich sąsiadów, przyjaciół lub osób całkiem sobie obcych. W ten sposób zechcieli uratować pamięć – taki też cel przyświecał fundacji.

Wystawę można było dotąd obejrzeć w Monachium, Hamburgu, St. Petersburgu, Paryżu, Brukseli, Los Angeles, Detroit, Bostonie, Meksyku, Jerozolimie i kilku polskich miastach.

Na początku września wróciła na miesiąc do warszawskiej „Zachęty”, jest jednak tak wartościowa, że powinna mieć stałe miejsce ekspozycji. Będzie nim Centrum Kultury Żydów Polskich, które ma powstać w Warszawie przy placu Grzybowskim.

Wystawa czynna jest do 3 października

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki