Logo Przewdonik Katolicki

Zbrodnia doskonała

Hubert Kubica, Natalia Araszkiewicz
Fot.

Wyjazd karetką więzienną w celkach (straszne!). Przywieziono gdzieś do lasu; coś w rodzaju letniska. Tu szczegółowa rewizja. Zabrano zegarek, na którym była godzina 6.30. Dzięki tej relacji majora Adama Solskiego możemy, choć w niewielkim stopniu, odtworzyć ostatnie chwile polskich jeńców przetrzymywanych w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Był policjantem, to...

„Wyjazd karetką więzienną w celkach (straszne!). Przywieziono gdzieś do lasu; coś w rodzaju letniska. Tu szczegółowa rewizja. Zabrano zegarek, na którym była godzina 6.30”. Dzięki tej relacji majora Adama Solskiego możemy, choć w niewielkim stopniu, odtworzyć ostatnie chwile polskich jeńców przetrzymywanych w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie.

Był policjantem, to wystarczy, by go rozstrzelać – powiedział na jednym z przesłuchań szef kalinińskiego NKWD Dimitrij Tokariew. Istotnie, Polacy internowani w trzech sowieckich obozach zapłacili cenę życia tylko za to, że należeli do elity intelektualnej II RP. To był ich grzech śmiertelny.

Jeden z wielu
Stefan Szczepan Rymarkiewicz był policjantem pochodzącym z Wielkopolski. Urodził się 12 sierpnia 1913 roku w Chełmnie, w powiecie szamotulskim. Jego rodzice, ojciec Jan – powstaniec wielkopolski i zarządca majątku rodziny von Lehmannów w Chełmnie i matka – Anna, z domu Gołochowicz, mieli sześcioro dzieci, a Stefan był czwartym z kolei.

W latach 1920-1927 uczęszczał do szkoły powszechnej w Chełmnie. Następnie podjął naukę zawodu u mistrza ślusarskiego w Pniewach. W zawodzie tym pracował do chwili rozpoczęcia służby wojskowej w 1934 roku. Odbywał ją w Poznaniu, na Golęcinie. Po ukończeniu Szkoły Podoficerskiej służył do 1937 roku w VII Kompanii Batalionu Łączności. Potem został skierowany do Szkoły Policyjnej w Mostach k. Warszawy. Po odbyciu tejże edukacji otrzymał przydział służbowy do miejscowości Horodenka (woj. stanisławowskie, na pograniczu Polski, Rumunii i ZSRR).

W czerwcu 1939 roku był na urlopie w domu. Wojna zbliżała się wielkimi krokami i intuicyjnie wyczuwał, że jest to ostatnie spotkanie z rodziną. Miał rację. Po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie 17 września 1939 roku został internowany w obozie jenieckim w Ostaszkowie. 15 lutego 1940 r. ojciec, Jan Rymarkiewicz, otrzymał od niejakiej panny Willerówny (u której prawdopodobnie Stefan mieszkał na stancji) kartkę pocztową z informacją, że syn znajduje się w obozie w Ostaszkowie. To była ostatnia wiadomość o nim. Brat Wiktor poszukiwał go jeszcze wielokrotnie za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Bez rezultatu.

Przed decyzją o podjęciu służby w policji Stefan planował wyjazd i pracę w rozwijającym się wówczas na południu Polski Centralnym Okręgu Przemysłowym (Stalowa Wola). Gdyby z tego planu nie zrezygnował, uniknąłby rozstrzelania w Miednoje, w wieku zaledwie dwudziestu siedmiu lat.

Tysiące takich historii
Takich historii jak ta można przytoczyć tysiące. Ileż życiorysów urywa się w 1940 roku? Ilu zdolnych, młodych ludzi z głowami pełnymi planów i marzeń nigdy już nie wróciło z obozów w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku? Ile rodzin zasypywało Czerwony Krzyż listami, z nadzieją, że może ich ojciec, brat lub syn nie został rozstrzelany?

We wszystkich trzech obozach przebywało od listopada 1939 roku do początku kwietnia 1940 blisko 15 tys. polskich jeńców, z czego 9 tys. stanowili oficerowie.

5 marca 1940 roku Biuro Polityczne WKP(b) podpisało rozkaz rozstrzelania polskich jeńców bez sądu i bez wzywania oskarżonych. W rozkazie czytamy, że „polscy jeńcy są zajadłymi, nierokującymi poprawy wrogami ZSRR”.

Jednocześnie Rosjanie zaczęli rozpowszechniać wśród Polaków pogłoski, że w najbliższych dniach zostaną zwolnieni i wrócą do kraju. Wśród więźniów zapanował umiarkowany optymizm. Jedynie najwięksi pesymiści uważali, że zostaną przekazani Niemcom i wysłani do obozów koncentracyjnych. Chyba nikt nie sądził, że ich los jest już przesądzony.

Autobus śmierci
Akcja likwidacji wszystkich trzech obozów rozpoczęła się równolegle w pierwszych dniach kwietnia. Nad ranem do sali wchodził oficer NKWD, wywołując po kolei jeńców, których poddawano pobieżnej rewizji i którym wydawano skromny prowiant: dwa śledzie, chleb i woreczek cukru. Następnie czekał ich marsz do odległej o kilka kilometrów stacji i wielogodzinna jazda pociągiem. W sześcioosobowych wagonach konwojenci upychali dwa, trzy razy więcej osób niż rzeczywiście mogło się tam pomieścić. Jeńców z Kozielska przywieziono do stacji Gniezdowo, a potem brutalnie popychając, ładowano do autobusów z zamalowanymi wapnem oknami. Autobus prawdopodobnie przejeżdżał niedaleko wykopanych już dołów ze zwłokami.

„Coś w rodzaju letniska”
Powszechnie uważa się, że jeńców w Lasku Katyńskim zamordowano tuż nad wykopanymi dla nich dołami. Być może cześć Polaków z obozu w Kozielsku zginęła właśnie w ten sposób. Jednak na pewno w tej grupie nie znalazł się major Solski. Gdyby tak było, nie zdążyłby zrobić swoich ostatnich zapisków o tzw. letnisku, które widział w lesie. Tak nazwał prawdopodobnie willę NKWD, w której chwilę później zginął.

Sposób mordowania był perfekcyjnie dopracowany. Więźniów wprowadzano pojedynczo do specjalnego dźwiękoszczelnego pomieszczenia, aby nikt z czekających w „kolejce” nie słyszał strzału. Padał najczęściej znienacka, w momencie, gdy internowanemu zadawano pytanie o nazwisko.

Tak zginęli jeńcy ze Starobielska i Ostaszkowa. Przywieziono ich do piwnic okręgowych zarządów NKWD w Kalininie i Charkowie. Ich ciała spoczywają w masowych grobach w Miednoje i Piatichatkach.

Daremne poszukiwania
Po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych ze Związkiem Radzieckim rząd polski na uchodźstwie wielokrotnie pytał Rosjan o los polskich jeńców. Odpowiedzi były wymijające: „uciekli do Mandżurii”, „zostali zwolnieni”, „zmarli w drodze z obozów”. Tymczasem polskie władze miały dokładne dane dotyczące liczby jeńców, z których 14 tys. przepadło bez śladu. Prawda pozostałaby zapewne tajemnicą do dzisiaj...

13 kwietnia 1943 roku Niemcy podali przez radio wstrząsającą wiadomość o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w Katyniu i oskarżyli o jej popełnienie NKWD. Rosjanie odpowiedzieli, że jeńcy polscy wpadli w ręce niemieckie w 1941 r. i wówczas zostali zamordowani. Rząd londyński poprosił Międzynarodowy Czerwony Krzyż o wyjaśnienie sprawy. Reakcja Stalina była histeryczna. Oskarżył rząd Sikorskiego o kolaborację z Niemcami, zrywając równocześnie stosunki dyplomatyczne.

Zbiorowe milczenie
Przez następne pół wieku prawda o losie Polaków z Katynia była ściśle strzeżoną tajemnicą. Zachodni alianci, choć doskonale znali prawdę, to w imię jedności antyhitlerowskiej koalicji milczeli. W styczniu 1944 roku do Katynia przybyła radziecka komisja Burdenki, potwierdzając winę Niemców. Głównym dowodem miały być listy pisane w 1941 roku, które były jednak sfałszowane. Podczas procesu zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze radzieckie oskarżenie nie znalazło przekonywujących dowodów. Wyrok w tej sprawie nie zapadł. Dopiero w miarę narastającego konfliktu Wschód-Zachód w 1952 roku specjalna komisja Kongresu USA ogłosiła winę Rosjan.

Polacy na ujawnienie prawdy musieli czekać pół wieku. 13 kwietnia 1990 roku prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow przyznał, że zbrodni dokonali Sowieci.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki