Logo Przewdonik Katolicki

Konkurs Widziałem Powstanie - Tak skończyło się dzieciństwo

PK
Fot.

Byłem rówieśnikiem Romka Strzałkowskiego, kiedy to w krótkich spodenkach i białej koszuli przyjechałem w 1956 roku z Leszna do Poznania na Targi Poznańskie pod opieką siostry mojej mamy. Żyłem targami od miesięcy, bo pragnąłem w pawilonie amerykańskim zobaczyć siebie na ekranie telewizora i to w kolorze. Sceny z Czarnego Czwartku wracają z wielką siłą i jeszcze dzisiaj, po 50...

Byłem rówieśnikiem Romka Strzałkowskiego, kiedy to w krótkich spodenkach i białej koszuli przyjechałem w 1956 roku z Leszna do Poznania na Targi Poznańskie pod opieką siostry mojej mamy. Żyłem targami od miesięcy, bo pragnąłem w pawilonie amerykańskim zobaczyć siebie na ekranie telewizora i to w kolorze.

Sceny z Czarnego Czwartku wracają z wielką siłą i jeszcze dzisiaj, po 50 latach, widzę zaciśnięte ręce robotników, krew na ich twarzy i wystraszonych ubowców.

Uciekaj, mały!
Był piękny słoneczny ranek, kiedy znalazłem się na targach. Jak się okazało – pawilony były pozamykane, a z głośników ciągle było słychać: „Prosimy o opuszczenie terenów targów”. Byliśmy zdezorientowani. Co się dzieje? Dlaczego?

Znalazłem się w Poznaniu na wielkim placu – zgubiłem ciocię i krążyłem koło robotników, ubranych w robocze stroje. W pewnym momencie obok mnie zakotłowało się. To robotnicy chwycili jakiegoś człowieka z aparatem fotograficznym. Pamiętam, że człowiek ten był w szarym prochowcu. Jedni krzyczeli: „Zabić ubowca!”, drudzy: „Nie robić mu krzywdy!”. W tym gęstym tłumie robotników byłem pchany do pobliskiej bramy razem z tym człowiekiem. Patrząc na jego twarz, miałem wrażenie, jakby mu młynarz mąką posypał głowę… Przed samą bramą ktoś chwycił mnie za ramię i krzyknął: „Uciekaj mały, bo cię zadepczą!”. Ale długo w tym tłumie robotników nie miałem możliwości gdziekolwiek się przesunąć. Słyszałem wtedy, jak z auta przemawiali różni ludzie.

To ubowiec
W południe zacząłem myśleć o cioci i stwierdziłem, że najlepiej byłoby znaleźć się na poznańskim dworcu, ale nie było to proste dla chłopca, który we wrześniu 1956 r. kończył dopiero 14 lat. Po dużych kłopotach i pytaniach różnych osób o drogę, znalazłem się na moście blisko dworca. Tam z innymi przeżyłem chwilę grozy, bo z nieba „nurkowały” samoloty. Balustrada, której na klęczkach się trzymałem, co chwilę drgała. Ludzie krzyczeli, że widzą sowieckie gwiazdy na samolotach, chociaż ja widziałem polskie barwy. Jakiś człowiek zasłabł, krzyczano, aby dzwonić po pogotowie. Dotarłem na poznański dworzec, ale tam nie było mi dane spokojnie czekać na pociąg. Na peronie zobaczyłem, jak robotnicy gonią człowieka w jednym bucie. Wskakiwał na tory, potem wdrapywał się na peron i dalej uciekał. Po godzinie pobytu na dworcu udałem się do toalety, gdzie przeżyłem horror!

Wchodząc tam, musiałem ustąpić drogi człowiekowi o wyglądzie szafy: wysoki na dwa metry; nie zapomnę go do końca życia. Ręce miał pokrwawione, na twarzy krew, szara koszula w plamach krwi, tak samo spodnie. Ciężko dyszał, oczy patrzyły z dziką złością gdzieś w dal. Minął mnie, podbiegłem do pisuaru i nagle usłyszałem za plecami charczenie; odwróciłem się, w dali w ubikacji siedział jakiś człowiek i charczał. Wystraszyłem się bardzo, przez moje ciało przebiegły dreszcze. Wybiegłem na peron, stałem przerażony i sparaliżowany. Po około półgodzinie przyjechało pogotowie. Robotnicy zaczęli kołysać tę sanitarkę, nikt z niej nie wysiadł, odjechała. Po pewnym czasie przyjechała druga – tak samo, ale ta już nie odjechała. Mówiono, że to ubowiec i musi zginąć; nie zrozumiałem wtedy, co on takiego robił, że musi w męczarniach umrzeć.

Rozjechany bruk
Było już około godz. 16 czy 17, kiedy poznańscy kolejarze podstawili pierwszy pociąg w kierunku Leszna. Nie mogłem dostać się do środka, po dłuższych perypetiach ludzie wsadzili mnie na środek dachu wagonu. Po godzinie pociąg ruszył; po czterech godzinach wolnej jazdy stanął na dworcu w Lesznie.

Na drugi dzień zobaczyłem, jak na „rozmowy” z robotnikami do Poznania pędziły przez leszczyński rynek czołgi, jak fruwały na zakrętach kostki bruku – po ich „rajdzie” nie było drogi, tylko ziemia, a po bokach kostki bruku. Potem w głowie pozostało jeszcze to, jak polski premier Cyrankiewicz chciał odrąbać ręce robotnikom, którzy je podnoszą na władzę – dziwną władzę, bo to miała być przecież władza robotnicza – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Ludzie słuchali Wolnej Europy, a ja czułem, że skończyło mi się dzieciństwo.

Jerzy Karwik
Katowice

Praca nadesłana na konkurs „Przewodnika Katolickiego” – „Widziałem Powstanie”

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki