Poznański bunt

"Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, (...) w interesie naszej ojczyzny" - grzmiał w przemówieniu radiowym 29 czerwca 1956 roku premier...
Czyta się kilka minut

"Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, (...) w interesie naszej ojczyzny" - grzmiał w przemówieniu radiowym 29 czerwca 1956 roku premier rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Józef Cyrankiewicz.

Histeryczny ton przemówienia premiera był reakcją na krwawe wydarzenia, jakich widownią stał się Poznań 28 czerwca 1956 r. Komuniści zniewalający Polskę od dwunastu lat po raz pierwszy zetknęli się z masowym protestem zwykłych obywateli przeciwko nieludzkiemu systemowi zła. Powstanie poznańskie 1956 roku przez lata nazywane eufemistycznie "wypadkami poznańskimi" zapoczątkowało proces upominania się Polaków o wolność, prawdę i Boga.

Wrzenie w "Cegielskim"

Dnia 28 czerwca 1956 roku w robotniczej dzielnicy Poznania - na Wildzie, we wczesnych godzinach porannych zapanowało nadzwyczajne ożywienie. Na główną ulicę tej części miasta, noszącą wówczas imię Feliksa Dzierżyńskiego, a dziś - 28 czerwca 1956 r., wylała się fala ludzi opuszczających swe miejsca pracy w Zakładach Przemysłu Maszynowego im. Hipolita Cegielskiego (HCP Poznań), przemianowanych w 1949 r. na Zakłady im. Józefa Stalina (ZISPO). Strajk kilku tysięcy robotników tej ogromnej fabryki o XIX-wiecznym rodowodzie dojrzewał od dłuższego czasu.

Protesty robotnicze nasilały się co najmniej od marca 1956 r. Pracownicy przez długie miesiące upominali się u przedstawicieli władz o swe należne prawa.

Podłoże protestu

W marcu i kwietniu 1956 r., pomimo wyśrubowanych norm i wzrostu wydajności pracy o niemal 25 proc., zarobki robotników w ZISPO spadły nawet o 8 proc. W skali kraju Poznań był bardziej "upośledzony" ekonomicznie niż inne miasta. Stolica Wielkopolski konsekwentnie była pozbawiana centralnie rozdzielanych środków budżetowych. Podczas gdy Warszawa na inwestycje w 1956 roku otrzymała 1276 zł na mieszkańca, Kraków - 1147, to Poznań zaledwie 368 zł. W wielu częściach Poznania fatalna była też sytuacja mieszkaniowa. Od 1945 r. liczba ludności w tym mieście zwiększyła się o ponad 120 tys. W tym samym okresie zbudowano tylko dwa niewielkie kompleksy domów mieszkalnych. Społeczeństwo polskie po dwunastu latach wegetacji w warunkach tzw. demokracji ludowej było świadome licznych oszustw i zbrodni władzy komunistycznej, jakimi były: walka z patriotycznym podziemiem i żołnierzami Armii Krajowej, terror towarzyszący parodii referendum w 1946 r. i wyborów w 1947 r., żelazna kurtyna i odcięcie od świata cywilizowanego, walka z Kościołem i religią, wreszcie zbrodnicza działalność Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i jego lokalnych ekspozytur.

Wyzysk robotników

W zakładach ZISPO w Poznaniu już na początku 1956 r. nasiliły się masówki, przerywanie pracy, milczące strajki. W maju i czerwcu 1956 r. było już coraz bardziej widoczne, że władza nie zamierzała realizować najdrobniejszych choćby postulatów robotniczych. W połowie miesiąca robotnicy, zbulwersowani obojętnością władz, zaczęli grozić strajkiem i wyjściem na ulice w okresie, kiedy w Poznaniu odbywają się Międzynarodowe Targi Poznańskie (22-30 czerwca). Władza z jednej strony zdawała sobie sprawę z narastającego zagrożenia, z drugiej tkwiła w naiwnym przekonaniu, że przeciw niej nie może się podnieść robotnicza ręka. Dnia 23 czerwca komendant Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych płk Antoni Filipowicz meldował, że w Poznaniu należy się spodziewać ulicznych rozruchów, do których tłumienia będzie powołane wojsko.

Wybuch powstania

Lawina ruszyła po godzinie 6 rano 28 czerwca 1956 r. Sygnałem do rozpoczęcia protestu był "buczek" w Zakładach Cegielskiego. Na ten sygnał halę fabryczną na wydziale W-3, produkującym wagony kolejowe, opuściło kilka tysięcy robotników ze zmiany nocnej, ale i porannej, która miała się dopiero rozpocząć. Robotnicy wyszli na ulice, by dostać się do centrum miasta. Tam chcieli zamanifestować swe niezadowolenie, pokazać się zachodnim dziennikarzom, odwiedzającym Międzynarodowe Targi Poznańskie, i udać się pod gmach KW PZPR. Tłum przesuwał się wolno miejskimi ulicami, stopniowo gęstniał i powiększał się, gdyż dołączali do niego pracownicy innych wielkich i mniejszych fabryk. Wieść o strajku robotników od "Ceglorza" obiegła miasto lotem błyskawicy. Ze wszystkich części Poznania do centrum, na ówczesny plac Józefa Stalina (dziś Adama Mickiewicza), wśród pieśni religijnych zmierzały pochody robotników, rzemieślników, kupców i innych mieszkańców opuszczających swe zakłady pracy i domy. Po godzinie 10 było już ich na placu Stalina ponad 100 tysięcy. Zajęli rozległą przestrzeń pomiędzy gmachami KW PZPR, Uniwersytetu, dawnego Zamku Cesarskiego, mieszczącego wówczas biura Miejskiej Rady Narodowej. Tymczasem od godziny 7.30 na poligonie w Wędrzynie koło Sulechowa wszczęto alarm we wszystkich jednostkach II Korpusu Armijnego. W stan pogotowia postawiono 11. Dywizję Pancerną oraz 4. i 5. dywizję zmotoryzowaną. Wkrótce uzbrojone jednostki znalazły się w stanie gotowości do marszu. Podobnie o godz. 7.50 na poligonie w podpoznańskim Biedrusku ogłoszono alarm w wielkich jednostkach IV Korpusu Armijnego.

Zajęcie gmachów partyjnych

We wczesnych godzinach przedpołudniowych zdarzenia rozgrywały się w kilku miejscach Poznania. Na placu Stalina uczestnicy protestu rozbrajali bezradnych milicjantów, z których niektórzy przyłączyli się do tłumu. Splądrowano posępne gmachy: Miejskiej Rady Narodowej, gdzie wywieszono białą flagę na znak poddania się władzy, oraz KW PZPR, skąd wyniesiono duże ilości wędlin, szynki i innych wiktuałów. Z rozgoryczeniem tłum przyglądał się wygodnictwu sekretarzy partyjnych, którzy oddawali się "urokom życia" w zaciszu gabinetów, podczas gdy publicznie nawoływali do "zdwojenia wysiłków pracy" i oszczędności. Na gmachach wywieszono napisy: "Dom do wynajęcia", "Wolności", "Chleba". Działacze PZPR bezradnie przyglądali się zajściom, bądź - co częstsze - zbiegli z miejsca rozruchów. Od nielicznych, którzy pozostali w centrum zdarzeń, tłum domagał się natychmiastowego przyjazdu do Poznania premiera Cyrankiewicza lub I sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba.

Pierwsze strzały

W tym samym czasie kilkusetosobowe, a potem także kilkutysięczne grupy poznaniaków przedostały się w dwa inne miejsca. Do oddalonego od centrum o około pół kilometra więzienia przy ulicy Młyńskiej, które bardzo szybko zostało opanowane bez walki. Zdobyta tam broń posłużyła do walki w innym miejscu; przed najbardziej znienawidzonym w całym mieście gmachem przy ulicy Kochanowskiego, który mieścił biura Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Tam przed godziną 10.40 do gęstniejącego na ulicy tłumu padł z okien Urzędu Bezpieczeństwa morderczy strzał. Według wielu świadków, oddała go funkcjonariuszka UB. Na bruk zaczęli padać ranni i zabici. Wśród nich były kobiety - poznańskie tramwajarki, które podążały przez miasto ze sztandarami i transparentami, na których domagano się "Boga, Honoru, Ojczyzny", "religii w szkołach", "pracy i chleba". W ogniu walki znalazły się też dzieci. Jedną z nieletnich ofiar, która urosła do rangi symbolu poznańskiego powstania, był 13-letni Romek Strzałkowski, uczeń szkoły muzycznej, bestialsko zamordowany przez funkcjonariuszy UB na terenie dyspozytorni garażowej przy ul. Kochanowskiego.

Wstrząsające sceny przy ulicy Kochanowskiego wprawiły zgromadzony tłum w stan psychozy. Rozpoczęła się prawdziwa walka. Niewielu ludzi zachowało w tym czasie zimną krew. Wśród bohaterów były m.in. pielęgniarka Aleksandra Banasiak i sanitariuszka Aleksandra Kozłowska, które wśród gradu kul nieustannie przez kilka godzin opatrywały rannych i znosiły ciała zastrzelonych. W kilku kamienicach w rejonie gmachu UB przy Kochanowskiego usadowili się demonstranci, najczęściej młodzi, zaopatrzeni w broń zdobytą w rozbrojonym wcześniej więzieniu przy ul. Młyńskiej. Regularny ostrzał trwał kilka godzin, w napięciu wzajemnej nienawiści między demonstrantami a katami osaczonymi w gmachu UB.

Spacyfikowane miasto

Wkrótce do miasta wkroczyło wojsko, na ulicach pojawiły się czołgi. Ludność pochowała się w domach. W wyniku zdarzeń z 28 czerwca 1956 roku zginęło według różnych statystyk od 73 do 150 osób. Wielu odniosło rany i trwały uszczerbek na zdrowiu. Jeszcze tego samego dnia rozpoczęła się fala aresztowań. Przez cały dzień nie kursowały tramwaje, na ulicy Dąbrowskiego leżały resztki zrzuconej z dachu gmachu ZUS "zagłuszarki" radiowej. Do miasta nie wjeżdżały ani z niego nie wyjeżdżały pociągi. Nieczynne było też radio, z którego dopiero na drugi dzień popłynęły tyle butne, co panikarskie i tchórzowskie groźby premiera Cyrankiewicza, nazywającego robotników Poznania "agentami imperializmu amerykańskiego i prowokatorami" i straszącego ich "odrąbaniem ręki".

Już 12 lipca 1956 r. na specjalnym wiecu solidarności z robotnikami Poznania zwołanym w Paryżu, Cyrankiewiczowi wymownie odpowiedział sam Albert Camus: "Panu Cyrankiewiczowi, przedstawianemu przez pewien odłam prasy jako "łagodny liberał" i rozdającemu rzeczywiście na prawo i lewo dobre słowa, podczas gdy jego oddziały strzelają do robotników, zdarzyło się wypowiedzieć niezbyt fortunne zdanie: "Ktokolwiek - stwierdził on - podnosi rękę na lud, może być pewien, że ta ręka zostanie odcięta". Jeśli rzeczywiście będzie się stosować tę karę, jak zapewnia polski premier, wkrótce rządzić będą jedynie jednoręcy".

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 26/2005