Obrona konieczna

To nic, że nikt nam tej nienawiści nie wyznał wprost. Regularne wyrzucanie chrześcijaństwa za drzwi powinno nam wystarczyć, by się zorientować, że trwa już cywilizacyjna wojna, której nie chcieliśmy i nie chcemy.



W przedwojennej Polsce krążył taki szmonces: Moniek Szwarcberg wysłał swego pracownika, Joska Wasersztajna, żeby odebrał dług od Jojne Goldszmita. Josek wraca bez pieniędzy....
Czyta się kilka minut

To nic, że nikt nam tej nienawiści nie wyznał wprost. Regularne wyrzucanie chrześcijaństwa za drzwi powinno nam wystarczyć, by się zorientować, że trwa już cywilizacyjna wojna, której nie chcieliśmy i nie chcemy.

W przedwojennej Polsce krążył taki szmonces: Moniek Szwarcberg wysłał swego pracownika, Joska Wasersztajna, żeby odebrał dług od Jojne Goldszmita. Josek wraca bez pieniędzy. "Czyżby Jojne nie chciał oddać długu?" - pyta zaniepokojony Moniek. "Wyraźnie tego nie powiedział" - odpowiada uspokajająco Josek. - "Tylko mnie wyrzucił za drzwi, a potem spuścił na pysk ze schodów".

Ten smaczny żarcik przypominam sobie co jakiś czas - a ostatnio przy okazji tego, co się dzieje na linii Kościół - Unia Europejska, w spotkaniu żywego chrześcijaństwa z praktyką życiową instytucji unijnych. Jest jak w żarciku: nikt nam, chrześcijanom, nie mówi wyraźnie, że w Unii nie ma miejsca dla naszej wiary i zasad moralnych; po prostu wyrzuca się nas za drzwi, a potem spuszcza na pysk ze schodów. Mówiąc dokładnie: najpierw nie dopuszcza się do choćby wzmianki o Bogu i o dziedzictwie chrześcijańskim Europy w Konstytucji UE, a potem utrąca się kandydaturę kompromisowo nastawionego profesora Buttiglionego, tylko dlatego że nie wyrzekł się w trakcie przesłuchań kandydackich katolickiego poglądu na grzeszność aktów homoseksualnych; że wierzący chrześcijanin nie może być równocześnie wysokim urzędnikiem unijnym - tego wciąż nikt wyraźnie nie powiedział. Po prostu - za drzwi i na pysk ze schodów.

Trochę faktów

W tym samym czasie, gdy na forum Parlamentu Europejskiego daje o sobie znać "silne antychrześcijańskie lobby" (wyrażenie kardynała Renato Martino z watykańskiego Sekretariatu Stanu), w krajach Unii mamy "widoczny wzrost nastrojów antychrześcijańskich" (diagnoza kardynała Christopha Schoenborna, arcybiskupa Wiednia). Fakty coraz wyraźniejszej dyskryminacji antychrześcijańskiej (i w ogóle antyreligijnej) w Europie biją w oczy. We Francji kuratorium jest zaniepokojone już z tego powodu, że jakiś ksiądz katecheta przychodzi do szkoły w sutannie (co za wybryk!), a specjalna ustawa pilnuje, by symbole religijne noszone przez uczniów nie były za duże (w jednej ze szkół francuskich za nielegalne zostały uznane także fundowane od lat przez burmistrza tradycyjne upominki dla dzieci w postaci czekoladek z wizerunkiem św. Mikołaja z krzyżem). We Włoszech trwa debata nad tym, czy krzyże mogą pozostać w salach lekcyjnych - a w te święta Bożego Narodzenia okazało się, że szopka i kolędy obrażają czyjeś uczucia. W Szwecji pastor Green poszedł do więzienia po prostu za to, że w kazaniu powtarzał naukę św. Pawła o grzeszności sodomii… W Hiszpanii rząd socjalistyczny rozkręcił na dobre kampanię przeciw religii, życiu nienarodzonych i rodzinie. To fakty z ostatniego kwartału. Na horyzoncie pojawia się teraz nowa sprawa: odkryto, że angielska minister edukacji, Ruth Kelly, jest katoliczką i - o zgrozo, drżyjcie czytelnicy "Kodu Leonarda da Vinci"! - członkinią Opus Dei. Co prawda, w administracji angielskiej pracuje wielu członków najróżniejszych stowarzyszeń, w tym tak sekretnych i podejrzanych jak masoneria - lecz to nie oni są dziś na celowniku, tylko członkini katolickiej organizacji cieszącej się szczególnymi względami Papieża Jana Pawła II. Co prawda, pani minister Kelly zarzeka się, że jej wiara nie ma wpływu na pracę w rządzie (skądinąd oświadczenie to powinno budzić pewne zażenowanie) - ale prof. Buttiglione też się tak zarzekał i nic mu to nie pomogło.

W trakcie Konferencji Laikatu w Madrycie w listopadzie ub.r. hiszpański kardynał Antonio Rouco Varela powiedział, że "Kościół znalazł się w złowrogim okresie historii. Nie możemy obawiać się świadczyć pomimo braku zrozumienia oraz prześladowań, które nas spotkają". Zwracając się do świeckich katolików, podkreślił: "Jesteście odpowiedzialni za uświęcanie rzeczywistości każdego dnia: od małżeństwa i rodziny, do szkolnictwa, opinii publicznej, ekonomii, pracy i polityki".

Nasze świadectwa

Kardynał Rouco Varela mówi więc o obowiązku postawy chrześcijańskiej także w życiu publicznym. Za tę postawę - twierdzi - chrześcijanie spotykają się już dziś w Europie z niezrozumieniem i dyskryminacją. Czy to przesada? W analizie opublikowanej w listopadzie 2004 r. na łamach jezuickiego periodyku "Civilt? Cattolica" o. Giandomenico Mucci stwierdza, że nowe nastawienie Europy wobec religii naznaczone jest raczej wrogością niż neutralnością. Jak widać z przytoczonych wyżej faktów, dotyczy to tak samo poszczególnych krajów Unii, jak samych instytucji unijnych.

To w tym kontekście powinniśmy rozważać także naszą postawę w narodowym referendum dotyczącym konstytucji europejskiej. Jej autorzy świadomie zamilczeli o Bogu i dziedzictwie chrześcijańskim. Jednak - jak mówi kard. Ratzinger - "nie powinniśmy tej sprawy uważać za zamkniętą, ponieważ nie dotyczy ona jakiejś kwestii marginalnej, ozdobnej. Tu chodzi o zdefiniowanie naszej tożsamości. Europa nie może być wyłącznie wspólnotą interesów i strategii albo handlu. Potrzebujemy głębszej tożsamości, a ona wymaga definicji. Głosimy prawdę historyczną i zarazem żywą dzisiaj, że korzenie chrześcijańskie są niezbędne i że należą do tożsamości europejskiej. Muszą więc znaleźć się w tej instytucji" ("Amico del Popolo", 22 X 2004).

A jednak są wśród nas także ci, którzy uważają - w kontekście unijnego milczenia o Bogu i unijnego sekularyzmu - że nie ma sprawy, że nic się nie stało. W publicznej debacie odbytej 8 listopada 2004 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim bp Tadeusz Pieronek przestrzegał katolików przed "wszczynaniem nagonki" wokół konstytucji europejskiej. Stwierdził, że konstytucja ta "daje nam pewną równowagę między instytucją państwa a instytucjami religijnymi. I to miejsce Kościoła zupełnie mu odpowiada - żeby nie pchał się do roli państwa, żeby nie narzucał nikomu niczego, tylko proponował przez różne świadectwa. Jeśli to świadectwo jest w Unii dopuszczalne, a widzimy to poprzez zapis artykułu 51., to bądźmy po prostu dobrymi chrześcijanami. To wystarczy" ("Gazeta Wyborcza", 9 XI 2004 r.).

Pogodna "atmosfera dialogu"

Jednak opieranie swoich nadziei na wspomnianym artykule konstytucji unijnej (dotyczącym "statusu kościołów i organizacji niewyznaniowych") może być zawodne. Czytamy tam, że "Unia szanuje status przyznany na mocy prawa krajowego Kościołom i stowarzyszeniom lub wspólnotom religijnym w Państwach Członkowskich i nie narusza tego statusu" (oraz że "Unia szanuje na równi status organizacji światopoglądowych i niewyznaniowych przyznany im na mocy prawa krajowego"). Do tego dochodzi jeszcze punkt, że "Uznając tożsamość i szczególny wkład tych Kościołów i organizacji, Unia utrzymuje z nimi otwarty, przejrzysty i regularny dialog". Wszystko to oznacza w praktyce tyle, że Unia ze swej strony nie ma żadnego własnego zdania na temat uregulowań krajowych w relacjach między państwem i Kościołem - jeśli zatem gdzieś Kościół zostanie dotknięty dyskryminacją poprzez jakieś prawodawstwo krajowe, Unia po prostu "uszanuje" ten "status". Unia uzna zapewne bez trudu "nowy status" krzyży usuwanych z sal lekcyjnych, pastora Greena wsadzonego do więzienia, czekoladek ze św. Mikołajem wykluczonych z prezentów i nowy status kolęd czy szopek, a także nowy status jakiegoś ministra usuniętego z powodu przynależności do katolickiej organizacji lub cytowania katechizmu w miejscu publicznym. Kolejny punkt nakłada natomiast na instytucje unijne obowiązek zinstytucjonalizowanego dialogu - równocześnie z Kościołem i np. z niewyznaniowym stowarzyszeniem światopoglądowym zwolenników "homoseksualnego stylu życia", z "lekarzami na rzecz eutanazji", ze stowarzyszeniem "katolicy na rzecz wolnego wyboru aborcji" itd. itp. Oczywiście na zasadach pełnej równości wszystkich tych podmiotów. Nie wiem, czy jest się z czego cieszyć.

Obserwując rozmaite reakcje środowisk katolickich na przejawy antychrześcijańskiej wrogości w Europie, można dostrzec nieraz tendencję do chowania głowy w piasek, a czasami po prostu uparte zamykanie oczu na fakty. Można też odnieść wrażenie, że największą troską np. redaktorów "Tygodnika Powszechnego" jest to, by chrześcijanie w stylu Rocco Buttiglionego (czy inni, gorsi "fundamentaliści") nie burzyli pogodnej "atmosfery dialogu". Jest to myślenie, w którym widocznie nie ma miejsca na uznanie faktu, iż - jak to mówił Buttiglione w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" - "wewnątrz silnych grup realnej władzy w Europie [na styku "pewnych obszarów Parlamentu Europejskiego z obszarem władzy medialnej"] występuje nienawiść do chrześcijan".

To nic, że nikt nam tej nienawiści nie wyznał wprost. Regularne wyrzucanie chrześcijaństwa za drzwi i spuszczanie na pysk ze schodów jego wyznawców powinno nam wystarczyć, by się zorientować, że trwa już ta cywilizacyjna wojna, której nie chcieliśmy.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 7/2005