Logo Przewdonik Katolicki

Boże Narodzenie na wygnaniu

Mateusz Wyrwich
Fot.

Myśleli, że wrócą na następną Gwiazdkę do domu. Tymczasem jedni zobaczyli Polskę po pięciu latach, inni po ponad sześćdziesięciu. Alina Sokołowska, z domu Kułakowska, mieszkała w Nowogródku, w pięknym domu z kilkuhektarowym ogrodem. Jej rodzice przybyli tu jako osadnicy po wojnie polsko-bolszewickiej. Ojciec, porucznik rezerwy, prowadził sklep monopolowy i szereg innych...

Myśleli, że wrócą na następną Gwiazdkę do domu. Tymczasem jedni zobaczyli Polskę po pięciu latach, inni… po ponad sześćdziesięciu.



Alina Sokołowska, z domu Kułakowska, mieszkała w Nowogródku, w pięknym domu z kilkuhektarowym ogrodem. Jej rodzice przybyli tu jako osadnicy po wojnie polsko-bolszewickiej. Ojciec, porucznik rezerwy, prowadził sklep monopolowy i szereg innych interesów gospodarczych. Mama zajmowała się wychowywaniem dzieci. Pani Sokołowska o swym przedwojennym życiu opowiada jak o bajce. Obszerny dom, dostatnia, kochająca się rodzina. I pierwsza przyjaźń - z Ireną Sielicką znają się już 73 lata. Chodziły razem do jednej klasy szkoły podstawowej prowadzonej przez siostry nazaretanki. Wciąż w pamięci mają modlitwy w szkolnym kościółku. I bale.
Podczas ostatnich przedwojennych jasełek grała Heroda. Nie przypuszczała, że będzie to jej ostatnia rola w szkolnym teatrzyku. Jednak już podczas lata rodzice zaczęli przygotowywać zapasy wędzonego mięsa i wędlin.
Ojciec Aliny Sokołowskiej na front wyjechał w sierpniu. Córka do dziś pamięta zdanie wypowiedziane na dworcu: "Jeśli trafię do niewoli niemieckiej, to pewnie się zobaczymy. Jeśli do sowieckiej, to już na pewno nie". Rodzina dopiero przed kilkunastu laty dowiedziała się, że zginął w Katyniu.
Sowieci weszli do Nowogródka nad ranem siedemnastego września. Strzelanina trwała kilka godzin. Polowano na ludzi na ulicach. W połowie kwietnia NKWD zastukało do domu pani Aliny. Dano im godzinę na wyprowadzenie się. - Ale ja wpadłam w jakiś histeryczny płacz - opowiada Alina Sokołowska. - Uparłam się, że musimy zabrać ze sobą mięso i wędliny. O dziwo, Sowieci zgodzili się. Być może przekonały ich do tego setki butelek wódki ze sklepu ojca. I to uratowało życie trzydziestu rodzinom, które jechały razem z nami przez kilka tygodni w bydlęcym wagonie.

Krowie łajno na opał


Felicja Kotowicz miała szesnaście lat, kiedy wywieziono ją z rodzinnego majątku koło Kamieńca Podolskiego w 1936 roku, z terenów już lata wcześniej zagrabionych przez Sowietów. We wrześniu załadowano kilka "wiosek". W trakcie niemal miesięcznej podróży do północnego Kazachstanu wymarło blisko trzydzieści procent ludzi. Ich zwłoki wyrzucano przy torach. Rodzina Kotowiczów trafiła kilkadziesiąt kilometrów od Szortandy. Kiedy wysiedli, komendant obozu pokazał ręką na obszar pustego pola mówiąc, że tu będzie ich wioska. Najpierw więc budowali sobie ziemianki, trzy czwarte w ziemi, z ledwie wystającym dachem. Na ich szesnastometrową przestrzeń przypadało osiemnaście osób. Przydzielono im mały piecyk do ogrzewania, ale bez opału. Zbierali krowie łajno jako jedyny dostępny im opał. Dla kogo nie starczyło, musiał umierać z zimna. A zima zapadała szybko. Potrafiła zaskoczyć z dnia na dzień. Z temperatury plusowej przemienić się w minusową i zawiać śniegiem domostwa na kilka metrów powyżej komina. Wiele osób nie wróciło z pola często oddalonego kilkanaście, czasem kilkadziesiąt kilometrów. Zamarzali w zamieci.
Również Henryk Bułhak zesłańcze zimy wspomina jako wyjątkowo trudne. Historyk i bibliotekoznawca, syn nowogródzkiego sędziego miał dziewięć lat, kiedy został wywieziony z rodziną. Dotknęła ich druga fala wywózek, na kilka tygodni przed wojną niemiecko-sowiecką w 1941 roku. Do Aczyńska, niedaleko Krasnojarska, poza kilkoma zmarłymi po drodze starszymi ludźmi, na syberyjskie zesłanie dowieziono wszystkich. Rodzinę Bułhaków przydzielono do pracy w kołchozie. Do zadań niespełna dziesięciolatka należało zaopatrywanie w drewno całego domu. I właśnie od niego w dużym stopniu zależało życie rodziny. Gdyby nie zebrał opału na całą zimę, groziłaby im śmierć. W zimie bowiem wychodzenie na zewnątrz czasem było niemożliwe i przez kilka tygodni.

Głos Wygnańca


Pierwsze zesłańcze Boże Narodzenie w 1936 roku pani Felicja Kotowicz wspomina z płaczem. Doskonale je pamięta, bowiem przez kilka następnych lat ich święta były do siebie podobne. - W pierwszą Wigilię mama pokropiła kilka ziarenek zboża wodą i to był nasz opłatek. Po cichutku śpiewałyśmy kolędy, bo tamtejsze władze nie tolerowały obchodzenia naszych świąt - opowiada Felicja Kotowicz. - Władze nie tolerowały religii. Za praktyki religijne sadzano do więzienia. Wysyłano do obozów za modlitwy odmawiane po domach. Jednak tylko dzięki wierze ludzie trzymali się. Wiara była naszą opoką, wokół której skupiała się polskość.
Pani Kotowicz pokazuje swoje największe skarby z zesłania. Książeczki do nabożeństwa, na których kilka pokoleń Polaków uczyło się alfabetu i polskiej literatury. Najstarszy z modlitewników jest jeszcze pamiątką po zesłańcach z czasów powstania listopadowego i styczniowego. W modlitewniku z 1864 roku nieznany ksiądz pisał we wstępie m.in.: "Los polskich wygnańców pobudził mnie do ułożenia niniejszej książki do nabożeństwa pod tytułem "Głos Wygnańca". Zawiera ona nie tylko ulubione, najbardziej przez lud używane nabożeństwa, lecz jednocześnie podaje szereg rozrzuconych praktycznych uwag, których zadaniem jest zjednoczyć przez wiarę, zachować przez obyczaje i powrócić do Ojczyzny progów wygnańców naszych".

Opłatek z plew


Czas wygnania we wspomnieniach pani Aliny Sokołowskiej ma różne barwy i odcienie. Kontakty z "radzieckimi ludźmi" ocenia na ogół jako dobre. W kazachskiej wiosce, oddalonej o 30 kilometrów od miasteczka Oktiubinsk, przydzielono ich do sympatycznych ludzi. - Pamiętam tylko, że przychodzili nas oglądać jak małpy w klatce - wspomina Sokołowska. - Był to efekt sowieckiej propagandy, która mówiła, że jesteśmy strasznymi zwierzakami. Mniej inteligentni sprawdzali nawet, czy mamy rogi. Poza tym trzeba się było pilnować i nic nie mówić przeciwko Sowietom, bo ktoś z Rosjan mógł donieść. Ale Kazachowie byli wobec nas bardzo solidarni.
Szczególnie serdecznie pani Irena wspomina jednak Białorusina z Nowogródka, Kolkę Hardzieja, również zesłańca. - Zajmował się w kołchozie oprzątaniem krów. I one często padały na jakąś tajemniczą chorobę. Rosjanie i Kazachowie nie chcieli jeść tych rzekomo padniętych zwierząt, bo tak naprawdę on je bił dla nas. I wiele polskich rodzin dzięki niemu przeżyło. Któregoś roku był straszny głód, bo i mrozy sięgały sześćdziesięciu stopni. On z narażeniem życia wybrał się do oddalonej o kilka kilometrów obory i przyniósł kawały zamarzniętego mięsa. Wiedział, że może z tej wyprawy nie wrócić.
Święta Bożego Narodzenia były dla całej rodziny trudnym doświadczeniem. - Najgorsze były te pierwsze. Mieliśmy na dzień trzydzieści gramów plew na osobę. I jedliśmy je z wodą. Pamiętam doskonale jak dziś: na litr wody przypadało pięć niewielkich łyżek. Bez soli, bez jakiegokolwiek tłuszczu - opowiada Alina Sokołowska. - Na święta Bożego Narodzenia mama upiekła może z jednej łyżki, może z dwóch, niewielki placuszek. To był nasz opłatek. Nie zakazywano nam obchodzenia świąt. Wprawdzie nie było choinki, ale kolędy śpiewaliśmy zebrani w osiem polskich rodzin, które były w tym kołchozie. Następne drzewko mieliśmy dopiero po powrocie do Polski w 1946 roku.

Sierpniowa choinka


Również pan Henryk Bułhak chętnie opowiada o dobrych ludziach spotkanych podczas wygnania. Z wielką atencją wspomina zwłaszcza panią Aleksandrę Rymszynę, która ze swojego domu uczyniła centrum życia religijnego "aczyńskich" Polaków. W jednym pokoju odbywały się, przy naprędce zrobionym ołtarzyku, coniedzielne modlitwy, jak również czytanie Ewangelii. W maju - codziennie "majowe". - Nasze polskie środowisko nazywało panią Rymszynę "proboszczem". Moja mama natomiast była "wikarym" - wspomina Henryk Bułhak. - Tamtejsze władze właściwie nie tępiły naszych religijnych praktyk. Stąd też i święta Bożego Narodzenia, choć ubogie, były z opłatkiem. Pamiętam również coś słodkiego. Mama, za zegar zabrany z domu, kupiła jakieś mrożone placki. Udało nam się też mieć niewielką choinkę udekorowaną zrobionymi przez nas ozdobami. Bo o samo drzewko nie było trudno. Rosły nieopodal. Nie było bombek, świeczek, ale co kto miał błyszczącego, umieszczał na niewielkim drzewku. I mimo że byliśmy na zesłaniu, nie ulegaliśmy ponurym nastrojom. Żyliśmy cały czas nadzieją o powrocie i wiarą, że Pan Bóg nam na to pozwoli.
Wiara i wspólne kolędowanie także dla państwa Kotowiczów stanowiło najważniejsze wsparcie podczas wygnańczych świąt. Jednak pierwsza choinka pojawiła się w ich domu dopiero w 1957 r., w jedenaście lat od wywiezienia ich do północnego Kazachstanu. - Tę pierwszą choinkę tato przyniósł już w sierpniu. Zdarzyło się, że kosił trawę w odległym lesie. Wyciął małą sosenkę. Czekała na święta w piwnicy przykryta ziemią, mimo to sypały się igły. Baliśmy się jej dotykać, by nie posypała się całkiem. Robiłam zabawki do dekoracji: łańcuchy ze słomy, ludziki z papieru. Świeczek nie było. W czasie świąt pracowaliśmy jak zwykle, ale wracaliśmy z wielką radością do domu na kolędowanie z rodziną i znajomymi.
Pani Alina Sokołowska i Henryk Bułhak do Polski wrócili po 1945 roku w pierwszych transportach, na tak zwane Ziemie Odzyskane. Pani Felicja Kotowicz powróciła dopiero w połowie lat 90. Na zaproszenie samorządu skierniewickiego.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki