Młodzi, samotni, zbłąkani

Japonia jawi się w naszych oczach jako lider światowej gospodarki z najbardziej zapracowanym i oddanym firmie "do ostatniego tchu" sektorem pracowniczym. Na porządku dziennym są przypadki karoshi - samobójstw z przepracowania, niekończące się nadgodziny, w praktyce niemożliwy do wyegzekwowania tygodniowy urlop, postępujący rozkład pożycia rodzinnego. Taka jest cena sukcesu gospodarczego....
Czyta się kilka minut

Japonia jawi się w naszych oczach jako lider światowej gospodarki z najbardziej zapracowanym i oddanym firmie "do ostatniego tchu" sektorem pracowniczym. Na porządku dziennym są przypadki karoshi - samobójstw z przepracowania, niekończące się nadgodziny, w praktyce niemożliwy do wyegzekwowania tygodniowy urlop, postępujący rozkład pożycia rodzinnego. Taka jest cena sukcesu gospodarczego. Okazuje się, iż ten znienawidzony przez młode pokolenie styl życia zastępują nowe, wcale nie lepsze, a raczej niepokojące zjawiska: NEET i freeter.

Freeter (wymawiany przez Japończyków furiita, od angielskiego free - wolny) to wolni strzelcy utrzymujący się z prac dorywczych. Samo słowo pojawiło się po raz pierwszy w 1987 r. i oznacza wolną pracę w wolnym czasie (free arbeit, free time). NEET (wym. Niito) jest skrótem angielskiego: Not in Employment, Education or Training, czyli niezatrudnieni, nieuczący się, nieszkolący się. Populacja nieaktywnych zawodowo ludzi między 18. a 35. roku życia zwiększyła się drastycznie na Wyspach Kwitnącej Wiśni w ciągu ostatniej dekady. Stopa bezrobocia Nipponu oscyluje ostatnio w granicach 4-4,5 proc., lecz wśród młodych przekroczyła 10 proc. Problem widzą nie tylko rodziny samych zainteresowanych, dostrzega go również rząd Japonii. Liczne organizacje usiłują dociec przyczyn eskalacji tych zjawisk w tak dobrze zdawałoby się zorganizowanym społeczeństwie. Eksperci określają je jako fenomen biernego buntu młodego pokolenia. Zwykli ludzie mówią o lenistwie, braku odpowiedzialności, upadku systemu emerytalnego.

Tora san-freeter historyczny

Pierwszym sławnym japońskim freeterem był prawdopodobnie Tora-san, bohater niezwykle popularnego na Wyspach filmu "Otoko wa tsurai" (co można tłumaczyć "Mężczyzna nie ma lekko"), kreowany przez nieżyjącego już legendarnego aktora Kiyoshi Atsumi. Sam film, by rzec pokrótce, opowiadał o niezbyt bystrym, aczkolwiek poczciwym kawalerze w średnim wieku, imającym się dorywczych zajęć, przemierzającym kraj wzdłuż i wszerz.

Fenomen popularności "Otoko wa tsurai" był dla mnie długo nieodgadnioną tajemnicą. Wszak Japończycy nie lubią włóczęgów, ludzi niezbyt bystrych, do tego nieposiadających stałej pracy. Nie lubią, a jednocześnie marzą skrycie o takim właśnie życiu! Praca w japońskiej korporacji to oczywiście wiele plusów: wysokie zarobki i pakiety socjalne. Wymaga jednak dużych ofiar: całkowitej lojalności, umiejętności pracy w kolektywie i poświęcenia wolnego czasu. Zmorą są nadgodziny.

Powojenna generacja japońskich pracowników przyzwyczajona była do niedostatków. Ludzie starej daty, posługujący się kodeksem honorowym, pełni poczucia obowiązku, wielkiej misji - odbudowy kraju i naocznie mogący oglądać postępujący wzrost ekonomiczny - dawali z siebie wszystko. Tylko im zawdzięczać można dzisiejszą potęgę gospodarczą Kraju Kwitnącej Wiśni. Robili to kosztem życia osobistego, rodzinnego, własnego hobby, gdyż nie było innego wyjścia. Hana yori dango - jak mówi stare japońskie przysłowie - zamiast kwiatów lepsze jest coś, czym można zapełnić brzuch! Ówcześni mieszkańcy Nipponu byli wystarczająco usatysfakcjonowani faktem, że panuje pokój, że mają pracę, stanowią kolektyw, budują coś wielkiego - państwo numer jeden w Azji.

Pracuś czy pan własnego czasu?

Takie przekonanie panowało powszechnie do końca lat 80. Ikoną był wtedy dożywotnio związany z jedną firmą i gotów do wszelakich koniecznych poświęceń w imię jej dobra salaryman. Powolutku, jakby na uboczu zaczynał kiełkować inny, postmodernistyczny model życia - był nim freeter. To stosunkowo młoda osoba, chociaż wykształcona, ale nie mogąca znaleźć zatrudnienia na stałe. Nie należy go mylić z typowym bezrobotnym. Nie pobiera on bowiem zasiłku i żyje z dorywczych prac, part-time jobs czy krótkoterminowych kontraktów. Niezależny dziennikarz to zresztą też freeter. W jednym z centrów handlowych spotykam 21-letnią Reiko. - Pracuję dwa dni w tygodniu po 8 godzin. Mieszkam z rodzicami - mówi. - Tak jest wygodniej. Nie oszczędzam - uśmiecha się przepraszająco. - Co zarobię, zaraz wydaję na ubrania i kosmetyki. Reiko dostaje nieco mniej pieniędzy za ten sam czas spędzony w pracy niż osoby zatrudnione na stałe. Milczeniem pomija składki zdrowotne, które odprowadzają za nią rodzice i to, że ubezpieczenia emerytalnego po prostu nie płaci.

Maminsynki, poszukiwacze i marzyciele

Fachowcy dzielą freeterów na trzy kategorie. Najliczniejszą jest kategoria wiecznych dzieci: młodych, którzy nie wiedzą, kim chcą być, nie mają żadnego planu i raczej nie będą w stanie partycypować w powiększaniu dobrobytu ojczyzny. Obawy budzi powiększanie się drugiej kategorii: przymusowych freeters, którzy z różnych powodów nie byli w stanie uzyskać stanowiska zgodnego z ich aspiracjami i kwalifikacjami. Młodzi są rozgoryczeni, gdy po skończeniu dobrych uniwersytetów nie mogą znaleźć pracy. Powód jest prozaiczny: recesja, redukcje i poszukiwanie młodych ludzi, ale z doświadczeniem. Firmy, które każdego roku potrzebowały stu absolwentów teraz zatrudniają pięciu. Wielu z nich żałuje, iż nie poprzestała na licencjacie, po którym, o ironio, jest łatwiej znaleźć zawód niż po magisterium. W Japonii zarobki związane są z wiekiem: im człowiek młodszy, tym mniej można mu zapłacić...

Trzecia kategoria, w której pokładane są spore nadzieje, to marzyciele, ludzie twierdzący, że nawet stała praca nie zapewnia stabilizacji w czasach recesji, którzy mają wytyczony cel i podążają do niego nonkonformistyczną drogą. Freeterzy pracy się nie boją. Większość twierdzi, że przyszłej rodzinie poświęci dużo więcej czasu, niż robili to ich rodzice. Nie należy również generalizować, że są tylko leniwi. Część z nich pracuje bardzo ciężko za minimalną stawkę. Sukces i niezależność finansową freeterowi zapewnia jedynie posiadanie wysokich kwalifikacji w nietypowym zawodzie i łut szczęścia. Znacznie większe obawy społeczne wzbudzają NEET. Ich liczba zbliża się do miliona.

Beztroska teraźniejszości i niepewna przyszłość

Megumi z uśmiechem nazywa sama siebie pasożytem. Ma 31 lat. - Mam to szczęście, że ojciec ma wysoką emeryturę, teraz nie muszę starać się o żadną pracę, choć oczywiście wiem, że rodzice woleliby, gdybym miała coś w zanadrzu, ale ja, jakby to powiedzieć... No, nie mam specjalnych ambicji. Nie wie jeszcze, kim chciałaby być i co będzie, gdy rodziny zabraknie. Od tej pory czas wypełniają jej podróże, spotkania ze znajomymi, wolontariat. Nie jest szczególnym przypadkiem.

Wielu NEET nie krępuje wcale fakt życia na koszt rodziny. Dopóty sprawa nie stanie na ostrzu noża, wykorzystują sytuację, nawet jeśli muszą żyć skromnie. - To chorobliwe lenie - kwituje ich postawę 70-letni Takeshi, który pracował od 18. roku życia. - NEET rozpieszczeni do granic zdrowego rozsądku, uparcie odmawiają myślenia o przyszłości. I tutaj nie należy jednak generalizować. Część NEET po bezowocnych poszukiwaniach pracy i etapie bycia freeterem straciła po prostu wiarę w siebie. Ich życie koncentruje się w domu, mają mało znajomych, a przez to mało możliwości otrzymania informacji o wakatach. To wrażliwe, nieśmiałe osoby, którym brak pewności siebie. Gdyby na swej drodze spotkali kogoś życzliwego, być może ich losy potoczyłyby się inaczej.

Niedoceniane pokolenie

Wciąż toczą się spory o strategie reaktywacji zawodowej NEET i skłonienie freeterów do przyjęcia stałych posad. Jest to o tyle trudne, iż rynek pracy jest ograniczony, a sposób myślenia młodych zmienił się. Nie chcą już brać udziału w wyścigu szczurów.

Mimo ambiwalentnego, a nawet nieco pogardliwego traktowania ze strony społeczeństwa i rządu, większość freeterów jest jednak szczęśliwa. Zaskakujące? Nie. Z rozmów z wieloma osobami wnoszę, że czas dorywczej pracy traktują jako okres przejściowy - rytuał powolnego wkraczania w dorosłość. Względny dobrobyt panujący na Wyspach Kwitnącej Wiśni pozwala im wierzyć, że nigdy nie dotkną ich problemy głodu czy bezdomności. Są otwarci, sympatyczni, chętnie się uczą. W latach 80. młodzi, gniewni, genialni nie chcieli wpasować się w sztywne schematy pracy oferowane przez firmy. A może to raczej firmy nie były gotowe na ich przyjęcie. Wobec rosnącej liczby freeters rozgorzała ostatnio dyskusja nad złagodzeniem reżimu i hierarchii, jaka panuje w firmach, a wynika nie z doświadczenia i umiejętności, a przepracowanych na danym stanowisku lat pracy.

Czy Japonia doceni potencjał tkwiący w młodych? Przekonanie ich do zwiększenia wysiłków na rzecz państwa może być kołem ratunkowym dla borykającej się z wieloma problemami gospodarki i ledwie dyszącego systemu emerytalnego. Podejrzewam jednak, że rządowe programy typu "Job cafe" i "Hallo work" będące krzyżówką naszego pośredniaka z poradnią psychologiczną i grupą wsparcia mogą okazać się niewystarczające, jeśli aktywnie nie włączą się do nich pracodawcy, oferując normalne urlopy i pozwalając pracować godnie, ale nie kosztem zdrowia i rodziny.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 46/2005