Logo Przewdonik Katolicki

Zbrodnia i bezkarność

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Julia Brystygierowa zwana "Krwawą Luną", Józef Światło, Józef Różański, Anatol Fejgin - to tylko niektóre nazwiska z długiej listy stalinowskich oprawców pochodzenia żydowskiego, siejących terror w powojennej Polsce. Wśród nich jest też Salomon Morel - człowiek, który ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za śmierć ponad 1700 osób. I choć od kilkunastu lat Morel jest poszukiwany...

Julia Brystygierowa zwana "Krwawą Luną", Józef Światło, Józef Różański, Anatol Fejgin - to tylko niektóre nazwiska z długiej listy stalinowskich oprawców pochodzenia żydowskiego, siejących terror w powojennej Polsce. Wśród nich jest też Salomon Morel - człowiek, który ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za śmierć ponad 1700 osób. I choć od kilkunastu lat Morel jest poszukiwany międzynarodowym listem gończym, bardzo wątpliwe, by kiedykolwiek został ukarany za swoje zbrodnicze czyny.



Śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez Morela w obozie pracy "Zgoda" w Świętochłowicach ciągnie się już od trzynastu lat. Rozpoczęła je w 1992 roku Oddziałowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach. Zebrała ona na tyle mocne dowody, że wkrótce katowicki sąd zdecydował o aresztowaniu Morela. Tyle tylko, że w tym czasie sam poszukiwany zdążył już via Szwecja wyjechać do Izraela.
Polskie władze skierowały wniosek o ekstradycję Morela w 1998 roku, jednak Izrael odmówił, motywując to przedawnieniem zarzutów.
Nowy wniosek Ministerstwo Sprawiedliwości RP wysłało w maju 2004. Tym razem zawierał on zarzut ludobójstwa, który - w świetle prawa międzynarodowego - nie ulega przedawnieniu.
Kilka dni temu przyszła odpowiedź z izraelskiego Ministerstwa Sprawiedliwości: "Brak jest podstaw, by zarzucać Morelowi popełnienie zbrodni ludobójstwa lub zbrodni przeciwko narodowi polskiemu. To on i jego rodzina są ocalonymi z zagłady, oczywistymi ofiarami ludobójstwa popełnionego przez nazistów i ich polskich kolaborantów"...

Pan życia i śmierci


Świętochłowice - tutaj w czasie II wojny światowej mieściła się jedna z filii hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Tutaj też po wojnie komuniści zorganizowali obóz pracy dla Niemców, volksdeutschów oraz innych "wrogów" nowego ustroju. Wśród nich było wielu Ślązaków, których jedyną "winą" stał się fakt przymusowego wciągnięcia ich na volkslistę przez hitlerowców. Jeszcze inni przyjęli papiery volksdeutscha jedynie pod groźbą natychmiastowego rozstrzelania lub zesłania do Auschwitz.
Dla komunistów wszyscy ci ludzie byli bez wyjątku zdrajcami, których należało odpowiednio "wychować".
Naczelnikiem świętochłowickiego obozu został funkcjonariusz UB Salomon Morel - absolutny pan życia i śmierci podległych mu więźniów.
Ci, którym udało się przeżyć pobyt w "pensjonacie" Morela, wspominają ten okres jako piekło.
Wystarczy zresztą przeczytać uzasadnienie postanowienia z grudnia 2003 roku o tymczasowym aresztowaniu byłego komendanta obozu pracy w Świętochłowicach - lektura owego pisma pokazuje przerażający obraz praktyk stosowanych wobec więźniów przez Morela i jego podkomendnych.
Z zebranego materiału dowodowego - przede wszystkim z zeznań byłych więźniów - wynika, że byli oni regularnie bici, zmuszani do zlizywania z podłogi miału węglowego oraz przymuszani do okrutnych walk gladiatorów, polegających na wzajemnym katowaniu się. Do jednego z takich pojedynków zaciągnięto siłą ojca i syna...
Sam Morel osobiście wielokrotnie bił więźniów po całym ciele kolbą pistoletu, gumową pałką, rurkami powleczonymi gumą, metalowymi drągami, a ze szczególną "lubością" używał podobno drewnianego taboretu.
Do ulubionych "zabaw" Morela należała tzw. piramida - zmuszanie kilkunastu więźniów do leżenia warstwami na sobie. Po takim "seansie" ci leżący najniżej umierali lub zostawali kalekami do końca życia.
Jednocześnie Morel jako komendant obozu celowo głodził więźniów, wprowadzając rażąco niskie racje żywnościowe . Za całodzienne wyżywienie miała wystarczyć czarna kawa zbożowa, ok. 125 gramów chleba, wydawane rano i wieczorem, oraz zupa z buraków pastewnych wymownie zwana przez więźniów "wodzianką".
Świadkowie wspominają również o panującej w obozie przeraźliwej ciasnocie - na jednej pryczy mieszczącej w normalnych warunkach pojedynczego człowieka, na polecenie Morela, kwaterowano po trzech, niekiedy czterech mężczyzn.
Dla porównania - w Oświęcimiu cieszącym się wyjątkowo złą sławą m.in. ze względu na fatalne warunki bytowe - hitlerowcy umieszczali na podobnych pryczach po dwóch więźniów...
Do tego dochodził brak podstawowej opieki medycznej i elementarnych warunków higieniczno-sanitarnych.
Na efekty takich działań nie trzeba było długo czekać - w obozie błyskawicznie rozprzestrzeniła się epidemia wszawicy, czerwonki, tyfusu plamistego i duru brzusznego. W tych warunkach ludzie umierali masowo - w szczytowym okresie było to 20-30 osób dziennie.
Dziś trudno precyzyjnie ustalić, ilu więźniów przewinęło się przez obóz pracy UB w Świętochłowicach. Ze względu na brak dokładnej ewidencji można jedynie szacunkowo zakładać, że za drutami znalazło się w sumie blisko sześć tysięcy osób. I choć obóz w Świętochłowicach istniał zaledwie dziesięć miesięcy - od lutego do końca listopada 1945 roku - to zginęło w nim co najmniej 1700 osób.

"Wdzięczność" uratowanego


Kim był człowiek, który dopuścił się tak potwornych zbrodni? Co takiego wydarzyło się w życiu Salomona Morela, że zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu wojennego koszmaru był zdolny stworzyć innym jeszcze większe piekło?
Niewiele wiadomo na temat jego dzieciństwa. Był synem żydowskiego piekarza z okolic Lublina. Po wybuchu wojny rodzina Morelów ukrywała się dzięki pomocy polskich gospodarzy. Jedną z takich osób był Józef Tkaczyk, który w latach osiemdziesiątych został odznaczony za ten czyn medalem "Sprawiedliwy wśród narodów świata".
Sam Morel zwykł przedstawiać się publicznie jako były więzień Oświęcimia. To miało według niego stanowić usprawiedliwienie dla powojennego katowania więźniów, jakiego dopuszczał się rzekomo z zemsty za śmierć najbliższych. Tymczasem w świetle materiałów zebranych przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach wynika, że ani Morel, ani nikt z jego bliskiej rodziny nie był więźniem Auschwitz, ani żadnego innego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego.
Wiadomo natomiast, że jego rodzice zostali zastrzeleni - prawdopodobnie przez granatowych policjantów - w 1942 roku.
Co w tym czasie robił Salomon Morel? Kierowany specyficzną "wdzięcznością" razem z bratem założył bandę, która zajmowała się napadami na okolicznych chłopów i rabowaniem ich z żywności i kosztowności...
Aktywność Morelów na polu rabunkowym stała się w pewnym momencie tak duża, że braćmi zainteresowało się polskie podziemie. Banda została w końcu schwytana przez komunistów. Według niepotwierdzonych informacji, Morel ratując własną skórę, miał zrzucić całą odpowiedzialność za bandyckie napady na swojego brata. Ten został rozstrzelany. Salomon zaś znalazł przytulisko w oddziale partyzanckim AL Grzegorza Korczyńskiego. W pewnym momencie zniknął. Dziś wiadomo, że udało mu się przedostać do ZSRR. Wrócił stamtąd już jako funkcjonariusz bezpieki. Trafił idealnie - na zamek lubelski - do największej sowieckiej katowni, w której męczono tysiące żołnierzy AK, NSZ i WiN.
Doświadczenia lubelskie Morel "twórczo rozwinął" jako naczelnik obozu w Świętochłowicach, a po jego rozwiązaniu jako naczelnik w więzieniach w Opolu, Katowicach, Raciborzu i Jaworznie.
W 1968 roku przeszedł na zasłużoną emeryturę po wielu latach wytrwałej pracy ku "chwale" polskiego więziennictwa. I choć brzmi to szokująco, swoją emeryturę otrzymuje do dziś. Po wielokrotnych waloryzacjach wynosi ona obecnie 4968 zł brutto.
Ale przecież nic w tym dziwnego. W końcu Salomon Morel jest kawalerem Orderu Odrodzenia Polski, a także Złotego Krzyża Zasługi...

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki