Logo Przewdonik Katolicki

Rocznik 1955

Bernadeta Kruszyk
Fot.

Z naszej licealnej klasy do seminarium poszło pięciu chłopaków - mówi ks. kan. Stanisław Fimiak. - Święcenia przyjmowaliśmy w odpust świętego Wojciecha. O szóstej rano! Na roku było wówczas dwudziestu jeden kleryków. Żyje sześciu. W tym roku obchodzili złoty jubileusz kapłaństwa. Wszyscy urodzili się przed wojną. Gdy wybuchła, mieli po jedenaście, dwanaście, czternaście...

Z naszej licealnej klasy do seminarium poszło pięciu chłopaków - mówi ks. kan. Stanisław Fimiak. - Święcenia przyjmowaliśmy w odpust świętego Wojciecha. O szóstej rano!



Na roku było wówczas dwudziestu jeden kleryków. Żyje sześciu. W tym roku obchodzili złoty jubileusz kapłaństwa. Wszyscy urodzili się przed wojną. Gdy wybuchła, mieli po jedenaście, dwanaście, czternaście lat. Pamiętają łapanki, wywózki, katorżniczą pracę i specyficzny zapach śmierci, a potem stalinowski reżim wściekle tępiący każdy przejaw religijności. Niemniej młodość rządzi się swoimi prawami i żadne nakazy ani zakazy nie są w stanie pozbawić jej radości.

W drodze


- Byliśmy pierwszym rocznikiem przyjmowanym do seminarium przez księdza Prymasa Wyszyńskiego - wspomina ks. Bronisław Sobkowiak. - Pamiętam jego pierwszą wizytę w seminarium. Wszyscy chodzili jak w przysłowiowym zegarku. Lubił porządek i tego porządku się nauczyliśmy.
Ksiądz Sobkowiak głos powołania usłyszał rok przed maturą. Wcześniej chciał studiować historię albo - jak radził mu kolega - zostać marynarzem. W czasie wojny pracował po dziesięć, dwanaście godzin dziennie w fabryce na granicy polsko-niemieckiej. Ksiądz Fimiak kopał w tym czasie rowy przeciwpancerne koło Aleksandrowa Kujawskiego, gdzie nabawił się ciężkiej gruźlicy płuc. Ich kursowy kolega, ks. Wilczyński znalazł azyl pod Dąbrową Tarnowską, gdzie pracował w ogrodzie barona Konopki i w ten sposób uniknął wywózki do Niemiec.
W 1949 roku wszyscy spotkali się w gnieźnieńskim seminarium, a po sześciu latach przyjmowali święcenia kapłańskie z rąk ks. bp. Kazimierza Kowalskiego z diecezji chełmińskiej. Był 24 kwietnia 1955 roku. Godzina szósta rano. - Wybrano dzień odpustu, bo do Gniezna przyjechało aż dwóch biskupów: ks. bp Kowalski i ks. abp Dymek z Poznania - wyjaśnia ks. Sobkowiak. - Prymas Wyszyński był wówczas w więzieniu, a biskup Bernacki na wygnaniu, więc innego dnia nie miałby nas kto wyświęcić. A wczesna godzina…? No cóż… Musieliśmy zdążyć przed uroczystościami odpustowymi.

Wymodliłem sobie…


W przeciwieństwie do ks. Bronisława Sobkowiaka, jego dwaj kursowi koledzy o przywdzianiu sutanny myśleli od dziecka. Ksiądz Stanisław Wilczyński był ministrantem i niemal każdego ranka, przed lekcjami, biegał do kościoła w rodzinnym Dziewierzewie, by służyć do Mszy Świętej swemu proboszczowi. Kapłaństwo wybrali również jego trzej kuzyni oraz starszy brat. Ministrantem był także pochodzący z Wągrowca ks. Stanisław Fimiak. Podczas okupacji służył przy ołtarzu ks. dziekanowi Janowi Filipiakowi i ks. Pawłowi Matauszowi, który wraz z Urbanem Thelenem uratował relikwie św. Wojciecha. Oboje przyznają, że łaskę powołania sobie wymodlili, choć ks. Fimiak wymodlił coś jeszcze. - Pamiętam, że w dniu bierzmowania ksiądz biskup Bernacki mówił nam, abyśmy prosili Ducha Świętego o jakąś szczególną łaskę. Przyjechał do nas wówczas ze swoim kapelanem, księdzem Jóźwiakiem, i ten kapelan bardzo mi się podobał. Prosiłem więc Ducha Świętego, bym kiedyś też mógł być takim kapelanem. I wyprosiłem! Służyłem czterem biskupom. Szkoda, że nie poprosiłem o jakiś wyższy urząd - śmieje się.
Ksiądz Fimiak towarzyszył ks. bp. Janowi Czerniakowi, ks. bp. Lucjanowi Bernackiemu, ks. bp. Janowi Michalskiemu i niekiedy ks. bp. Bogdanowi Wojtusiowi. Dobrze pamięta auta esbeków jeżdżące za samochodem i próby werbunku, jakim co jakiś czas był poddawany. - Byłem blisko zwierzchników, więc próbowali mnie nakłonić do współpracy - dodaje. - Wiem, że mam teczkę. Jeszcze do niej nie zajrzałem, ale chciałbym to zrobić.

Rower, a potem syrenka


W tamtych latach zakładano teczki niemal wszystkim księżom. Jak mówi ks. Sobkowiak, prawie zawsze ktoś przysłuchiwał się kazaniom, wypytywał parafian, obserwował tryb życia duchownych. - To były trudne i niespokojne czasy - dodaje. - Trzeba było nieustannie uważać na to, co i komu się mówi. Władza nas pilnowała. Zatwierdzała nominacje wikariuszowskie i proboszczowskie. Nawet na to musieliśmy mieć jej zgodę.
Ksiądz Sobkowiak pojechał na swą pierwszą placówkę duszpasterską do Inowrocławia. Posługiwał tam osiem lat. Potem był wikariuszem w Miłosławiu i Nakle, a od 1964 roku proboszczem w Rejowcu Poznańskim. Kolejną i zarazem ostatnią parafią, w której pracował, było sanktuarium maryjne w Lutyni koło Pleszewa, gdzie spędził osiemnaście lat swojego życia. - Nigdy nie żałowałem, że wybrałem tę drogę - uśmiecha się. - Pewnie, że nie zawsze było łatwo, ale z pomocą Bożą człowiek wytrwał. Dziś jestem za to Panu Bogu bardzo wdzięczny. O wdzięczności mówi także ks. Wilczyński, który posługę kapłańską rozpoczynał w Nowej Wsi Wielkiej, by ją później kontynuować w bydgoskiej farze, Sipiorach i Pleszewie. Następnie, już jako proboszcz, posługiwał w Imielnie. Po ośmiu spędzonych tam latach objął parafię w Łubowie, gdzie duszpasterzował przez kolejne trzydzieści. Wyremontował kościół, zżył się z parafianami. - Gdy zaczynaliśmy, było inaczej niż dziś - uśmiecha się. - Jeździło się rowerem, komarkiem, a potem syrenką, albo ,,maluchem". Na plebaniach często nie było elektryczności, więc siedziało się przy świeczkach. Zdobycie materiałów budowlanych kosztowało wiele zachodu, ale pracowało się z radością.

Chory zrozumie chorych


Radości tej nie brakowało także w życiu ks. kan. Fimiaka, który przez długie lata godził obowiązki sekretarza biskupa z posługą kapelana w gnieźnieńskim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych przy ulicy Poznańskiej. Wikariuszem był tylko przez rok, proboszczem - nigdy. Jego pierwszą i jak się okazało jedyną placówką duszpasterską była parafia w Strzelnie. Potem zachorował na gruźlicę kręgosłupa i sześć miesięcy przeleżał w łóżku. W 1959 roku ksiądz Prymas Wyszyński uważając, że ,,chory zrozumie chorych", mianował go kapelanem we wspomnianym szpitalu. Pracował tam przez czterdzieści lat. - Gdy zaczynałem, kaplica była w opłakanym stanie, a do chorych przyjeżdżali wikariusze, których wpuszczano za przepustką - wspomina. - W końcu udało mi się wyprosić u dyrektora szpitala pieniądze na remont dachu kaplicy. Resztę musiałem zrobić sam. Ludzie pomogli. Pomógł też nasz kursowy kolega, nieżyjący już śp. ks. kan. Bolesław Dzierwa, który na moją prośbę przygotował projekt wystroju wnętrza. I tak, wspólnymi siłami, odremontowaliśmy kaplicę.
Praca w szpitalu i sekretarzowanie biskupom nie były jednak jedynymi obowiązkami ks. kan. Stanisława Fimiaka. Przez trzydzieści sześć lat był diecezjalnym duszpasterzem głuchoniemych i prowadził Kasę Wzajemnej Pomocy Kapłańskiej. Pracował także w Trybunale Metropolitalnym, kurialnej kasie, w Wydziale Duszpasterskim, Majątkowo-Gospodarczym i Administracji Ogólnej oraz na stanowisku wicekanclerza Kurii Metropolitalnej w Gnieźnie. Dziś, podobnie jak ks. Bronisław Sobkowiak i ks. kan. Stanisław Wilczyński, pomaga w pracy duszpasterskiej młodszym księżom, bo przecież posługa kapłańska nie kończy się wraz z przejściem na emeryturę. Ona trwa do końca życia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki