Logo Przewdonik Katolicki

Podsłuchiwany Marzec

Mateusz Wyrwich
Fot.

"Wydarzenia marcowe" były sterowane i kontrolowane przez Służbę Bezpieczeństwa. Tak, by w wiece i manifestacje nie wkradła się nieplanowana spontaniczność. Jednym z "punktów kontrolnych Marca"* były podsłuchy telefoniczne. Zarówno domowych aparatów, jak i budek telefonicznych. Już od stycznia 1968 roku Służba Bezpieczeństwa prowadziła przegląd i konserwację automatów telefonicznych...


"Wydarzenia marcowe" były sterowane i kontrolowane przez Służbę Bezpieczeństwa. Tak, by w wiece i manifestacje nie wkradła się nieplanowana spontaniczność. Jednym z "punktów kontrolnych Marca"* były podsłuchy telefoniczne. Zarówno domowych aparatów, jak i budek telefonicznych.


Już od stycznia 1968 roku Służba Bezpieczeństwa prowadziła przegląd i konserwację automatów telefonicznych w centralnych miejscach stolicy. Nie dowierzając cywilnym ekipom, dołączano do każdej z nich funkcjonariusza bezpieki, jako rzekomego stażystę. Sprawdzano dokładnie jakość urządzeń, wymieniając, na przykład w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, "wnętrze aparatu tak, by nie sprawiał wrażenia nowości, a działał bez zarzutu".
Z początkiem marca we wszystkich śródmiejskich automatach, "w newralgicznych punktach miasta", zainstalowano podsłuchy, między innymi na Uniwersytecie, Politechnice, SGPiS, SGGW, podobnie w akademikach, jak również w hotelach położonych wokół uczelni. Także na śródmiejskim trakcie. Przy Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie. Podsłuch na uczelniach trwał przez całą dobę. Nieopodal podsłuchiwanych telefonów służbę pełnili funkcjonariusze. Aby, "jeśli obiekt nie poda przez telefon nazwiska", można go było "przejąć na mieście operacyjnie i wylegitymować".

Pierwszy stopień tajności


Prace bezpieczeństwa związane z podsłuchami nazwano kryptonimem "Rewia". Miały one pierwszy stopień tajności. Niektóre z podsłuchów określano kryptonimem "Tajne", inne "Ściśle tajne - specjalnego znaczenia". Te dotyczyły rozmów prowadzonych przez ludzi rodzinnie powiązanych z funkcjonariuszami SB, milicji czy wojska, bądź wyższej rangi działaczami PZPR. Na tego typu dokumentach widniał czasem zapis oficera SB: "Towarzysz Pierwszy [sekretarz] może być tym specjalnie zainteresowany".
Codziennie z podsłuchów gromadzono prawie osiemdziesiąt szpul taśmy. Przez całą dobę przepisywano i opracowywano materiał podsłuchowy i dostarczano na biurka wyższych funkcjonariuszy MSW i wojska. W skróconej wersji, około dwudziestu stron, dostawali członkowie Biura Politycznego KC PZPR, przede wszystkim "pierwszy", czyli Władysław Gomułka. Każdy z tych dokumentów roił się od błędów ortograficznych.
Treść rozmów telefonicznych na ogół streszczano. Niekiedy jednak konwersację zapisywano w wersji dialogowej. Ta zarejestrowana została na Uniwersytecie Warszawskim: "Dnia 11.03. 1968 r. Godzina 10.10. z automatu telefonicznego w Audytorium Maximum, Jakiś Zenon do Grześka T.**
Halo, pani T., Grzesiek jest? Tu Zenek
T. - Grzesiek jest, ale zamknięty w pokoju. Ojciec zabronił mu na uczelnię, powiedział, że (...) za Żydów nie będzie nadstawiał, niech oni we własnym kibucu te swoje pejsate sprawy załatwiają, a nie za pomocą Polaków. Zeniu, jak chcesz, możesz z nim porozmawiać, jak stary przyjdzie. Nie namawiaj Grzesia na żadne wiece, bo mi mówiła Marysia, żeś go namawiał w zeszłym tygodniu przez telefon. Ojciec powiedział, że pójdzie dopiero na uczelnię, jak się wszystko uspokoi. Słowo ojca rzecz święta, a gdyby co, to klucz ma w kieszeni na fabryce.
Zenek - Pani T., a ja mogę do Grześka przylecieć?
T. - Nie wiem, zadzwoń, jak ojciec z huty przyjedzie.
Zenek - A o której pani mąż będzie?
T. - Nie wiem, bo może jeszcze dziś będzie miał aktyw [PZPR] [...]".

Student kwalifikował się do zatrzymania


Często podejrzane wydawały się służbom specjalnym zwykłe, plotkarskie rozmowy. Kolegów czy koleżanek. Wydawało im się, że w tasiemcowych dialogach ukryte są jakieś tajne treści. Na przykład polecono sprawdzić kontakty Małgorzaty D., studentki II roku ekonomii, z koleżanką Ewą. Bowiem "starszy inspektor SB towarzysz porucznik Nawrocki" napisał: "Sprawdzić, czy ma kontakty ze sklepem odzieżowym na Nowym Świecie, czy jest to jakiś szyfr". Blisko pięćdziesięciominutowa rozmowa Ewy i Małgosi dotyczyła wiosennych płaszczy i innych części garderoby. W raporcie nie napisano, czy sprawie nadano dalszy bieg.
Inna natomiast rozmowa, studenta IV roku prawa UW, Romana M., stała się podstawą do aresztowania go na tydzień i przesłuchania. Podejrzane bowiem służbom wydało się to, że prowadził on rozmowy ze swoim ojcem po angielsku. Tłumaczył, że była to forma konwersacji. Nie uwierzono mu. Poza tym, jak napisano na karcie podsłuchowej: "Student kwalifikował się do zatrzymania, bo [...] utrudnił pracę organom. Istnieje podejrzenie, że albo robił to?, celowo próbując ukryć przed nami to, co chciał ukryć [...] Albo chciał nam utrudnić pracę, ponieważ może się domyślać, że departament musi zatrudnić tłumacza, czym naraża nas na dodatkowe wydatki [...] Dop.....ć studentowi, niech sobie nie myśli, że z władzy ludowej można żartować w tak gorącym momencie", napisał inspektor St. Kalinowski. Ostatnie zdanie podkreślając dwukrotnie.
Podobną kwalifikację czynu otrzymała rozmowa Iwony G., która rozmawiając na Politechnice ze swoim chłopakiem, "dokonała czynu znacznej obrazy funkcjonariusza pełniącego służbę w zakamuflowaniu". Powiedziała bowiem: "Jakiś cham, wygląda na milicjanta, kręci się koło aparatu, ale może nie cham, bo mi rozmienił pieniądze, stoi tu i podsłuchuje". Jeden z oficerów napisał odręcznie na arkuszu dołączonym do przesłuchania: "Przesłuchać i postraszyć, ale nie za ostro". Inny - skreślił tę dyspozycję i napisał: "Dajcie spokój, towarzyszu, mamy ważniejsze sprawy".
Czasem służbom, które ubezpieczały podsłuchy, zdarzały się "wpadki". Zygmunta G. aresztowano 6 marca na terenie Uniwersytetu, gdyż zdaniem funkcjonariuszy prowadził rozmowę zbyt "niezrozumiałym językiem" oraz "ukrywał słuchawkę w rękawie" - odnotował jeden z "obserwatorów obiektu". Zygmunt G. doprowadzony do radiowozu "udawał milicjanta, ale nie potrafił podać hasła, nie miał legitymacji i dlatego nie mieliśmy powodu, by go nie zatrzymać, a że szarpał się, to zwyczajowo musieliśmy go obezwładnić". "Obezwładniony", jak się okazało milicjant na służbie z komendy stołecznej MO, czternaście dni przebywał w szpitalu MSW.
Inny rodzaj podsłuchów stanowiły teksty rozmów telefonicznych prowadzonych z uczelnianych aparatów przez prowokatorów. Funkcjonariuszy czy tajnych współpracowników. Nosiły one kryptonim "Rewia II". O istnieniu prowokatorów i ich pseudonimach wiedziało w MSW tylko kilka osób. Tej wiedzy nie posiadali przepisujący rozmowy. Często też i je analizujący. Zadaniem, jakie stawiali sobie prowokatorzy, było m.in. "Skłonić poprzez rozmowę telefoniczną słuchającą grupkę studentów do określonych zachowań". Na przykład funkcjonariusz K.N. "Rozmawiając przez siedem minut na Politechnice z funkcjonariuszem B.K., o złych warunkach w akademikach Politechniki, zainspirował grupę studentów tej uczelni do napisania listu w tej sprawie do Radia Wolna Europa". Kilka dni później studenci zostali aresztowani.
Tylko z podsłuchów telefonicznych, również prywatnych linii, po "wydarzeniach marcowych" zgromadzono kilkaset tomów zapisów. Pokazują one dość przejrzyście obraz istniejących wówczas nastrojów w Polsce. Są też świadectwem na to, że Marzec 1968 był niewątpliwą prowokacją służb specjalnych z rozkazu wysokich funkcjonariuszy PZPR. Tworzących frakcje skupione, od lat pięćdziesiątych, w "grupie natolińskiej" czy "puławskiej". Dowodnie pokazują, że każda z nich do swoich rozgrywek wykorzystywała autentyczny zapał i wolnościowe marzenia studentów, uczniów, czasem robotników.

* Cytaty pochodzą z dokumentów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
** Nazwiska w oryginale zapisane są w całości. Autor pozostawił jedynie inicjały.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki