Logo Przewdonik Katolicki

Przychodzi ksiądz do domu....

Piotr Krysa
Fot.

Kolęda na wsi zawsze była i jest wydarzeniem. Na księdza czeka się od samego rana, ktoś z rodziny raz po raz wygląda na drogę, czy ksiądz już idzie, albo przynajmniej pyta, u kogo teraz jest i czy przypadkiem nie dał się namówić na obiad. Czy i dzisiaj taki stan rzeczy jest prawdziwy? W wielu miejscach tak, ale chyba jest ich coraz mniej. W miasteczkach wygląda to już trochę inaczej,...

Kolęda na wsi zawsze była i jest wydarzeniem. Na księdza czeka się od samego rana, ktoś z rodziny raz po raz wygląda na drogę, czy ksiądz już idzie, albo przynajmniej pyta, u kogo teraz jest i czy przypadkiem nie dał się namówić na obiad. Czy i dzisiaj taki stan rzeczy jest prawdziwy? W wielu miejscach tak, ale chyba jest ich coraz mniej. W miasteczkach wygląda to już trochę inaczej, zupełnie inaczej w dużych miastach wypełnionych szczelnie blokowiskami. Nierzadko słyszy się pytanie, po co ta kolęda...


Czym więc jest kolęda? Wiemy, że jest popularną bądź ludową pieśnią religijną, ale, oczywiście, nie o to nam chodzi. Kolędą nazywamy też ludowy obyczaj obchodzenia domów w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Uczestniczą w niej na ogół młodzi chłopcy, którzy śpiewają kolędy, inscenizują widowiska, składają życzenia, za co otrzymują poczęstunek i datki. To obyczaj bardziej popularny na wschodzie kraju lub na "ziemiach odzyskanych", gdzie przywędrował razem z repatriantami.
Kolęda to także, a raczej przede wszystkim, wizyta duszpasterska, którą ksiądz w asyście ministrantów, kościelnego czy nawet organisty składa swoim parafianom. Tradycyjnie kolędę rozpoczyna się zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, a kończy, w zależności od wielkości parafii, nawet w lutym. Zdarzają się też na terenie Polski takie parafie, gdzie prowadzi się swoisty eksperyment, bo kolęduje się w trakcie całego roku lub zaczyna już w Adwencie. Zaletą takiego podejścia ma być znacznie większa swoboda czasowa. Proboszcz czy wikariusz mogą po prostu poświęcić więcej uwagi poszczególnym domostwom i sprawom, z którymi tam się spotykają. Trzeba pamiętać, że właśnie krótkotrwałość odwiedzin jest jednym z głównych zarzutów wykorzystywanych przez krytyków negujących ich duszpasterski charakter.

Liturgia z głębi średniowiecza


Rodowód kolędy sięga w Polsce wczesnego średniowiecza. Od początku były to odwiedziny, ale odwiedziny oparte na ceremoniale liturgicznym. Początkowo wiązały się z pobieraniem obowiązkowej daniny na Kościół, którą zresztą nakładało obowiązujące wówczas prawo. Po XVII-wiecznej reformie Kościoła kolęda coraz bardziej nabierała charakteru duszpasterskiego. Nawiązuje ona do tradycji pasterzy czy Trzech Króli odwiedzających żłóbek nowonarodzonego Jezusa Chrystusa, jest więc bardzo mocno osadzona w historii Zbawienia.
Współczesna kolęda bynajmniej nie wyzbyła się charakteru domowej liturgii. Podczas wizyty śpiewamy kolędy, razem się modlimy, a także przyjmujemy błogosławieństwo.
Kolęda jest też najlepszą okazją do poświęcenia krzyża czy obrazu. Jeszcze starszym obyczajem od kolędy jest święcenie nowych domów czy mieszkań. Ich tradycja sięga III wieku i praktykowana jest do dziś. Fakt ten jest o tyle istotny, że obecnie, głównie w miastach, migracja ludności jest dość duża. Dlatego dosyć często zmieniamy nie tylko mieszkanie i parafię. Księża przyznają, że wśród ludzi, do których nie udaje im się dotrzeć po kolędzie, dużą grupę stanowią właśnie nowi lokatorzy, którzy nie czują się związani ze swoją nową parafią. Zapominają, że życie w nowym miejscu warto byłoby zacząć od poświęcenia "czterech ścian", do czego kolęda jest niewątpliwie najlepszą okazją.

Czas goni


Współczesność nieubłaganie wymusza na nas zmianę trybu życia, często pojawiamy się w domach dopiero wieczorem, bo praca, bo szef itd. Trudno się z tego cieszyć, trudno też uznać taki stan za sprzyjający życiu rodzinnemu czy duchowemu. Nie zawsze wynika to jedynie z tak zwanych czynników zewnętrznych, często z naszego wyboru, ale nie miejsce tu teraz na roztrząsanie tego, istotnego przecież, problemu. Problem w tym, że to właśnie nasz styl życia wymusił pewne, wcale nie najlepsze, zmiany w przebiegu kolędy. O ile na wsi nadal cała ulica lub mała "osada" od ogłoszenia harmonogramu wizyt w danym dniu żyje jedynie odwiedzinami proboszcza, to w mieście często nie wiemy, że za ścianą właśnie zapalono świece, na stole ustawiono krzyż, kupione specjalnie na ten dzień kropidło i czekające od świąt stroiki.
Nie dotyczy to jedynie nas, ale również księży. Kiedy my jesteśmy w pracy, księża najczęściej uczą w szkole religii. Do tego dochodzą wszystkie inne posługi czy zajęcia związane z życiem parafialnym. Tak naprawdę nie tylko my, ale również kapłani mogą zacząć odwiedziny dopiero późnym popołudniem. Czas goni, bo po nocy w mieście chodzić się przecież nie da. Nie ma wątpliwości, że dla kapłana czas kolędy to czas ciężkiej pracy, bez wątpienia najbardziej wyczerpujący okres w całym roku. Nic dziwnego, że gdzieś pod wieczór, na kolejnym piętrze wieżowca, możemy odnieść wrażenie, że nie słucha nas tak uważnie, jakbyśmy chcieli, że mówi jakby trochę w przestrzeń...

Można pogadać


Ksiądz Konrad Olejnik zakończył kolędowanie w pierwszej połowie stycznia, chociaż wcale się nie spieszył. Jest proboszczem parafii pw. św. Mikołaja w Goniembicach koło Leszna. To typowo wiejska parafia licząca niespełna 1300 mieszkańców w kilku miejscowościach.
- Zaraz po świętach zaczynałem chodzić od samego rana, później tak mniej więcej od czternastej - opowiada ks. Konrad. - Mam dopiero 42 lata, więc mogę chodzić po kolędzie nawet przez cały dzień. Gdybym był starszy, to pewnie musiałabym to inaczej rozplanować - dodaje.
W tej parafii ksiądz Konrad pracuje trzeci rok, więc praktycznie wszystkich zna, ale i tak, a może tym bardziej, jest o czym porozmawiać. Chociaż trzeba zachowywać jakąś dyscyplinę odwiedzin, to w niejednym domu "zdarza mu się pogadać".
Ksiądz Konrad nie obawia się także o wieczorny powrót, co w miastach trzeba specjalnie organizować, bo zdarzały się już napady na księży wracających z kolędy.
- Kiedy idę po kolędzie w sąsiedniej wiosce, to ktoś po mnie i ministrantów przyjeżdża samochodem, a potem ktoś mnie odwozi - wyjaśnia.
W takich parafiach praktycznie nie zdarza się, aby ktoś nie przyjął księdza. Nie gasi się światła, nie wyczekuje w ciszy aż sobie pójdzie. Ksiądz Konrad mówi, że nie udało mu się odwiedzić jednej, może dwóch rodzin.

Takich wsi już nie ma


Parafia pw. Wszystkich Świętych w Kórniku koło Poznania liczy blisko sześć i pół tysiąca mieszkańców. Tak naprawdę nie jest to ani parafia typowo wiejska, ani też miejska. Kórnik to niewielkie miasteczko, ale już w stylu życia bliżej mu do dużych miast niż terenów typowo wiejskich. Ksiądz proboszcz Jerzy Kędzierski mówi, że o porannych odwiedzinach nie może tu być mowy.
- Nawet w okolicznych wioskach. Ludzie są w pracy. Takich typowo rolniczych miejscowości tu po prostu już nie ma - wyjaśnia.
Kolęda w tej parafii kończy się pod koniec stycznia bądź na początku lutego. Parafianie mają szansę gościć księdza przez dziesięć minut, czasem piętnaście. To nie znaczy, że ksiądz nie może się zorientować w potrzebach czy nastrojach swoich parafian.
- Na ogół proza życia, trochę więcej biedy - opowiada ksiądz proboszcz.
Na terenie kórnickiej parafii znajdziemy już bloki, czyli obecnie chyba największe wyzwanie dla duszpasterzy. To właśnie w tym środowisku znajdujemy najwięcej domostw, do których nie dociera ksiądz po kolędzie. W Kórniku jest to już około 20 procent rodzin.

Szara strefa


Skala tego problemu tak naprawdę uwidacznia się w dużych miastach, gdzie wielkie, szare, prostokątne sypialnie gromadzą nierzadko większą część wielkomiejskiej społeczności.
Ksiądz Konrad Jędrzejczak pracuje w parafii pw. Nawrócenia św. Pawła na os. Piastowskim w Poznaniu. Kolęda w tej parafii liczącej przeszło dziewięć tysięcy mieszkańców jeszcze trwa, a zakończy się najpewniej w lutym.
- Nie mam w tej chwili rozeznania co do konkretnych statystyk, ale na pewno docieramy z kolędą do ponad połowy mieszkańców. Najtrudniej do lokatorów nowych lub tymczasowych. W dużych miastach ludzie często wynajmują mieszkania na krótki okres i nie nawiązują ściślejszych kontaktów z parafią. Wielu z nich to studenci, ale zdarza się, że i oni zapraszają księdza. Byłem w takich studenckich mieszkaniach i bardzo miło to wspominam - mówi ks. Konrad.
W takich parafiach ksiądz z reguły poświęca na wizytę dziesięć minut, bo zacząć wcześnie nie można, a i skończyć trzeba o przyzwoitej godzinie. Nie oznacza to naturalnie, że po tym czasie księdzu włącza się w kieszeni budzik.
- Jeśli jest potrzeba, to oczywiście zostaję dłużej. Obok pewnych spraw czy problemów nie można tak po prostu przejść - mówi ksiądz Konrad.
Wiele mówi się o anonimowości wielkomiejskich parafii i o tym, że kolęda powinna być właśnie szansą na lepsze poznanie się pasterza z parafianami.
- To nawet nie jest tylko tak, że wreszcie możemy poznać kogoś mieszkającego na terenie naszej parafii. Często jest tak, że wchodząc do domu, rozpoznajemy ludzi, których twarze znamy tylko z kościoła - mówi wikariusz.

10 minut


Czas poświęcony na wizytę duszpasterską zmniejsza się wyraźnie, gdy porównamy jej długość na wsi i w mieście. Zależy też od wielkości parafii. Jeśli dodamy do tego wszystkie wyżej wymieniane już powody, można to zrozumieć. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy się usiądzie i "pogada", to efekty są dużo lepsze. Najlepiej przekonali się o tym księża, którzy z miejskich parafii trafili na wieś. Odbywający drogę w przeciwnym kierunku na ogół reagowali zdziwieniem. Na wsi kolęda to praktycznie święto, a rodzinna atmosfera odwiedzin musi wpływać i wpływa na pogłębianie więzi pomiędzy duszpasterzem a wiernymi. Nic dziwnego, że ksiądz w małej wsi to praktycznie "instytucja" i niemal każdemu może mówić po imieniu. Tam rzeczywiście czuje się moc wspólnoty.
W dużym mieście tego czasu jest mniej. Nie ma się co oszukiwać, owe słynne 10 minut czasami zamienia się w pięć, a ludzie po wizycie księdza czują pewien niedosyt. Ci bardziej nieprzychylni mówią wręcz, że to jedynie "liczenie pogłowia" i zbiórka pieniędzy.
Nie jest to prawda, bo nawet owa papierkowa robota pozwala zorientować się księżom w charakterze parafii, oczekiwaniach i potrzebach wiernych. Duszpasterze rzeczywiście odnotowują liczebność domowników. Pytają, kto wyjechał na studia, kto się wyprowadził, czym się zajmujemy, kto się uczy, kto pracuje. Ostatnio, niestety coraz częściej pytają - czy jest praca?
W tak krótkim czasie rzeczywiście trudno jest nawiązać bliższy kontakt i zależy to w dużej mierze od naturalnych predyspozycji księdza. Jednemu się to uda mimo zmęczenia, innemu nie. Rozmawiając z kapłanami o kolędzie, mimo wszystko nabiera się przeświadczenia, że to jednak coś daje. Przyznają, że sukces nie jest pełny, ale przynajmniej z częścią wiernych relacje po wizycie duszpasterskiej stają się wyraźnie bliższe. Kiedy rozmawia się o kolędzie ze świeckim nabiera się pewności co do jeszcze jednej sprawy. Ludzie momentalnie wyczuwają, czy przychodzi do nich pasterz, czy jedynie administrator, co oczywiście przekłada się dość szybko na życie całej parafii.
Jakkolwiek dzisiejsza kolęda podlega rzeczywiście wielu ograniczeniom, trudno z przychylnością wsłuchiwać się w uwagi negujące jej sensowność. To kolejny piękny, bogaty tradycją obyczaj, który wydaje się być zagrożony. Może rzeczywiście mniej jest ludzi, dla których ugoszczenie księdza we własnym domu to wydarzenie, ale to powinno raczej mobilizować niż zniechęcać. Przecież nie przypadkiem kolęda zazwyczaj bywa jednym z niezatartych wspomnień z dzieciństwa. Czasu, kiedy więcej się czuje, niż myśli.

Nie myślmy o datkach

Ks. Konrad Jędrzejczak

Istotą wizyty duszpasterskiej nie jest zbieranie datków. Ktokolwiek wstydziłby się przyjąć księdza, bo nie ma co włożyć do koperty, powinien natychmiast porzucić takie myślenie. Podczas kolędy nie trzeba nic dawać. Księża często nie przyjmują ofiary, jeśli widzą, że w domu się "nie przelewa", więc nie ma się czego wstydzić. Wiemy, że czasem drobny grosz znaczy więcej niż ładne nowe sto złotych.


Koperta pełna emocji

Koperta w Polsce w ogóle źle się kojarzy. Jest też budzącym najwięcej emocji elementem kolędy. Ile włożyć, czy można nie dać, dla kogo albo na co "idą" te pieniądze - to pytania, które słyszy się dosyć często. Zdarza się również, że ludzie bez środków "ze wstydu" wręczają puste koperty. Do wszelkich datków Kościół ma taki sam stosunek, który można streścić słowami "w miarę swoich możliwości", bo 10 złotych ma większą wartość dla bezrobotnego, niż 1000 zł dla osoby dobrze sytuowanej. Nie brakuje również księży, którzy wręczoną w jednym domu kopertę zostawiają w następnym, bo widzą, że tam "bieda aż piszczy".
Z nieoficjalnego rozeznania, jakie przeprowadziliśmy wśród księży, dowiedzieliśmy się, że w miastach na przeciętnych osiedlach ludzie wręczają najczęściej 10-20 złotych. Kwoty w okolicach 100 złotych zdarzają się naprawdę rzadko.
Pieniądze wręczane kapłanom dzielone są według rozporządzenia obowiązującego w danej diecezji. Najczęściej dzieli się je na trzy części - na potrzeby diecezji, na potrzeby parafii, a pozostałe zatrzymuje ksiądz, który nas odwiedził.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki