Logo Przewdonik Katolicki

Z wyboru gnieźnianka

Grażyna Koczorowska
Fot.

Filigranowa postać, leżąca na tapczanie, w maleńkim mieszkaniu to pani Anna Woźniak Czarska, były żołnierz Armii Krajowej, łączniczka "Parasola", uczestniczka powstania warszawskiego, awansowana trzy lata temu przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do stopnia podporucznika. Podeszły wiek i choroba nie pozwalają gnieźniance na aktywność fizyczną. Ma jednak dużo czasu na wspominanie...

Filigranowa postać, leżąca na tapczanie, w maleńkim mieszkaniu to pani Anna Woźniak Czarska, były żołnierz Armii Krajowej, łączniczka "Parasola", uczestniczka powstania warszawskiego, awansowana trzy lata temu przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do stopnia podporucznika. Podeszły wiek i choroba nie pozwalają gnieźniance na aktywność fizyczną. Ma jednak dużo czasu na wspominanie tragicznej, ale i ciekawej przeszłości. Te przemyślenia często zakłóca jej młodzież spędzająca wolny czas przed blokiem. Niczym kolce ranią ją wulgarne słowa, które słyszy przez otwarte okno z ust młodych ludzi.
Urodzona na warszawskiej Starówce, we wczesnej młodości marzyła o zostaniu aktorką dramatyczną. Pobierała lekcje najpierw u Seweryny Broniszówny, a później w Szkole Teatralnej na kursach pod przewodnictwem Aleksandra Zelwerowicza. Zarówno marzenia, jak i ich realizację przerwała pani Annie, jak i każdemu Polakowi w tamtych czasach, druga wojna światowa. Dzięki młodszemu bratu, Eugeniuszowi Woźniakowi, pseudonim "Mruk", działającemu w podziemiu już od przełomu 1939 i 1940 roku (zamordowany w roku 1943), pani Anna została wprowadzona do ruchu oporu i działalności konspiracyjnej, najpierw w organizacji AGAT (skrót od działalności antygestapowskiej) i PEGAZ (przeciw gestapo), by w końcu trafić do ,,Parasola" - oddziału do zadań specjalnych, akcji odwetowych i zamachów na katów i morderców Warszawy, takich jak na przykład Franz Kutschera czy August Stamm.
Trzymali się życia
- Bezkarność terroru i wręcz "zabawa" przesłuchań w alei Szucha, kończąca się zazwyczaj śmiercią bezbronnych ludzi, nie miała granic - wspomina pani Anna. - Mimo to "trzymanie się życia" było w ludziach bardzo silne. Przed każdą akcją uczestniczyliśmy we Mszy świętej, modląc się o zachowanie życia. Młode osoby zawierały związki małżeńskie. Nie byliśmy tylko maszynami w trybie wojny. Żywe były w nas uczucia, nie tylko nienawiści do wroga, ale i przyjaźni, miłości... Pani Anna zachowała w pamięci dowódcę ,,Parasola" - kapitana "Pługa" - Adama Borysa pochodzącego z Witkowa koło Gniezna. - Nazwa "Parasol" nie jest przypadkowa - tłumaczy. - Łączyła się z nadzieją na utworzenie lotniczych grup spadochronowych. Czasza spadochronu wówczas, w potocznym języku pilotów, brzmiała właśnie "parasol". W konspiracji pani Anna przyjęła pseudonim ,,Magdalena". Była nie tylko łączniczką dowództwa batalionu biegającą z meldunkami (w czasie powstania nosiła je od barykady do barykady, trzykrotnie przemierzała też kanały), ale także w swoim mieszkaniu przy ulicy Przejazd przechowywała bardo ważne dokumenty wojskowe i plany akcji odwetowych. Wraz z wielką rzeszą młodych dziewcząt i chłopców przeszła cały szlak bojowy powstańczego zrywu, z nadzieją na szybkie zwycięstwo, aż do tragicznego zakończenia. ,,Magdalena" ze wzruszeniem wspomina desperację młodych ludzi, odwagę łączniczek i sanitariuszek, które mogły nie raz i nie dwa razy odejść od łóżek rannych powstańców, dowiedziawszy się, że wkrótce w szpitalach miejskich i polowych pojawią się Niemcy. - Personel szpitalny wiedział, czym to groziło - opowiada pani Anna. - Lżej rannych powstańców ukrywano gdzie się dało, lecz większość chorych i sanitariuszek Niemcy po wejściu do szpitala rozstrzeliwali. Sanitariuszki, które mogły ratować swoje młode życie ucieczką, pozostawały przy powstańcach na zawsze...
Ukojenie przed Jasnogórskim Obrazem
Przejścia przez kanały były nieludzką gehenną, o której pani Czarska niechętnie mówi. - Warszawa konała "dzięki" bezwzględnej, wyrafinowanej strategii wyczekiwania przez Stalina na wykrwawienie się stolicy - wspomina ,,Magdalena", - Wszelkie próby tak zwanej pomocy stojących na Pradze wojsk radzieckich były teatralną zagrywką, pod publiczkę opinii światowej. W końcu przyszło to najgorsze dla każdego żołnierza broniącego kraju - kapitulacja, zdawanie broni, posłuszeństwo ostatnim oświadczeniom Bora-Komorowskiego i "Niedźwiadka" - Okulickiego. Mieszkańcy Warszawy, wśród nich i ,,Magdalena" ze łzami w oczach żegnali ruiny płonącego miasta. Pani Anna z kolumną cywilów w październiku 1945 roku przedostała się do Pruszkowa, a stamtąd do Krakowa. Podczas morderczej tułaczki znalazła się w Częstochowie w przeddzień jej wyzwolenia. Odsłonięcie Cudownego Obrazu na Jasnej Górze było dla pani Anny tak ogromnym przeżyciem, że do dziś trudno jej o tym mówić. Jak relikwię przechowuje obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, który otrzymała od ojca paulina. Drugi raz Anna Czarska była na Jasnej Górze w 1979 roku. Przywiozła wówczas drugi obrazek z wizerunkiem Czarnej Madonny i pieczątką jasnogórskiego klasztoru, który także pieczołowicie przechowuje.
A jednak aktorstwo
Młodzieńcze marzenia pani podporucznik ziściły się. Po wojnie została aktorką. Wcześniej jednak odbyła trudną powojenną peregrynację prawie po całej Polsce, z recytacjami poświęconymi przede wszystkim Warszawie - "Warszawa w epoce trzech powstań", z certyfikacją Leona Kruczkowskiego, Wiliama Horzycy, później Adama Grzymały Siedleckiego. Wiersze Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Lechonia, Wierzyńskiego i innych klasyków rozbrzmiewały w gimnazjach małych i większych miast. - Wyśniony teatr był też tułaczką - mówi pani Anna. - Od Lublina (z prześwietnym fotografikiem Edwardem Hartwigiem), przez Bydgoszcz, Poznań, Kalisz, do Gniezna, w którym osiadłam na stałe. Artystka przez wiele sezonów grała w objazdowym Teatrze im. Aleksandra Fredry, m. in. stworzyła niezapomnianą kreację Hanki w "Moralności pani Dulskiej". Po koniecznej rezygnacji z zawodu aktorskiego oraz zdaniu eksternistycznych egzaminów bibliotekarskich, została bibliotekarką w Gnieźnieńskich Zakładach Przemysłu Odzieżowego "Polanex". Niewielki zbiór woluminów rozbudowała do imponującego księgozbioru, zaspokajającego potrzeby młodych i starszych czytelników. Mieszkając już prawie pół wieku w Gnieźnie, warszawianka pokochała to miasto i dziś można powiedzieć o pani "Magdalenie", że jest gnieźnianką z wyboru i sympatii dla tego miasta.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki