Logo Przewdonik Katolicki

Droga i spotkania

ks. Dariusz Madejczyk, Michał Gramacki
Fot.

Droga do Composteli to z jednej strony samotne zmęczenie, z drugiej spotkania z różnymi ludźmi, którzy podążają w tym samym kierunku. Wstajemy wcześnie rano. Jest piąta. Na dworze jeszcze mrok, słońce wstaje dopiero za dwie godziny. Do tego czasu wędruje się najlepiej. Spakowani i posileni lekkim śniadaniem ruszamy w drogę. Mimo że kłębią się jeszcze senne myśli, krzepi nas...

Droga do Composteli to z jednej strony samotne zmęczenie, z drugiej spotkania z różnymi ludźmi, którzy podążają w tym samym kierunku.


Wstajemy wcześnie rano. Jest piąta. Na dworze jeszcze mrok, słońce wstaje dopiero za dwie godziny. Do tego czasu wędruje się najlepiej. Spakowani i posileni lekkim śniadaniem ruszamy w drogę. Mimo że kłębią się jeszcze senne myśli, krzepi nas modlitwa i chłód poranka.
To wstawanie ma w sobie coś niezwykłego. Choć wczesna godzina jest trudna do pokonania, chęci mamy duże. Dzień wcześniej wyznaczamy sobie dystans - zazwyczaj między dwadzieścia a trzydzieści kilometrów. Do wschodu słońca przyjemność wędrowania jest duża, im słońce wyżej na niebie, tym ciężej iść. Często aż trudno wytrzymać, zwłaszcza, że czujemy plecak na ramionach, bolą nas plecy i kuśtykamy to na jedną, to na drugą nogę. Mimo wszystko to wielkie i zarazem piękne doświadczenie.
Droga prawie nigdy nie jest taka sama. Idziemy szosą, polem, lasem, przez góry, miasta, wsie. Czasem bywa prosta, czasem kręta, czasem wąska, a czasem szeroka, słowem - każdy dzień przynosi nam inną, mniej lub bardziej znośną.
W spiekocie dnia maszerujemy czasem jak żołnierze. Trudno rozmawiać, iść, robić zdjęcia, nawet myśli stają się ciężkie. Ratuje nas cień drzew, chłodny wiatr i woda wiejskich źródeł. Marzyłoby się niekiedy "złapać stopa" i przejechać etap. Jednak byłoby to zbyt łatwe. Nam chodzi o coś więcej. Coś, co pozwoliłoby nam w trudzie pielgrzymki zdobyć, osiągnąć nasz osobisty cel. Każdy krok ma w tym udział. Zwłaszcza, gdy żar leje się z nieba, w ustach sucho, a plecak ciąży niemiłosiernie. Zwłaszcza wtedy.
Ta niezwykła przygoda nie miałaby sensu bez ciężaru zmęczenia i trudu wędrowania. W spiekocie dnia myśli uciekają już do kolejnego schroniska, do posiłku, łóżka i odpoczynku. A tak wiele można wtedy zobaczyć, tak wiele przeżyć, tak wiele zrozumieć.

Pierwsze spotkanie


Na Mszę św., którą przeżywamy w Larasoaña, przychodzi siostra kościelnego i młody student z Francji, Cibo. Modlimy się trochę po polsku, trochę po francusku i hiszpańsku. Cibo w tym roku pragnie wraz z przyjaciółmi pokonać 10 dni z całego szlaku. Pielgrzymkę dokończy za rok.
W przeciwieństwie do Kristel z Frankfurtu nad Odrą, młody Francuz wie, po co idzie do Composteli. To część jego wyznania wiary i droga do Boga. Kristel - jak mówi - ma "swoją religię wewnętrzną". Niestety, nie wszystkim było dane poznać Boga. Gdy jednak słyszy, że idziemy na Mszę św., wyrusza za nami i z ostatniej ławki śledzi całą liturgię. Widać, że obecność księdza jest dla niej jakimś znakiem, budzi niepokój sumienia.
W małej wiosce Mañeru miejskie źródło, które zazwyczaj orzeźwia pielgrzymów, jest nieczynne. Trwa właśnie jego remont. Gdy pytamy o wodę, trzech jedenastolatków rzuca sobie porozumiewawcze spojrzenie i spontanicznie podaje nam wielką butlę schłodzonej coca-coli.
Pielgrzym na hiszpańskich drogach to nie byle kto. Pozdrowienia i życzliwe gesty są wpisane w drogę do świętego Jakuba. W barze i sklepie pytają nas o samopoczucie i jak mija droga. Chętnie udzielają informacji. Z każdym krokiem odkrywa się coraz większą życzliwość.
Z Mañeru

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki