Logo Przewdonik Katolicki

Desant ochotników cierpienia

Stanisław Zasada
Fot.

W czasie rekolekcji dla niepełnosprawnych słyszał czasem:- Księdzu łatwo tak mówić, bo ksiądz jest zdrowy Maria Piechowska mieszka w Elblągu. Od dwudziestu lat porusza się na wózku inwalidzkim: autobus, którym wracała do domu, zbyt gwałtownie zahamował. Bogumił Maszewski z Wrocławia prowadzi kancelarię prawniczą. Ma 46 lat. - Kiedyś chodziłem i nawet biegałem - opowiada pan...

W czasie rekolekcji dla niepełnosprawnych słyszał czasem:
- Księdzu łatwo tak mówić, bo ksiądz jest zdrowy


Maria Piechowska mieszka w Elblągu. Od dwudziestu lat porusza się na wózku inwalidzkim: autobus, którym wracała do domu, zbyt gwałtownie zahamował.
Bogumił Maszewski z Wrocławia prowadzi kancelarię prawniczą. Ma 46 lat. - Kiedyś chodziłem i nawet biegałem - opowiada pan Bogumił. Ale sam nie pamięta tego. Kiedy miał półtora roczku, uległ wypadkowi. Od tamtego czasu na wózku inwalidzkim.
Michał Grzegorek mieszka Głogowie. Jest maturzystą. Chce studiować.
Wszystkich łączy jedno.
- Jesteśmy ochotnikami cierpienia - mówi Michał. - Pomagamy ludziom chorym i cierpiącym.

W kształcie euro


Przy głogowskiej kolegiacie wznosi się nowoczesny kompleks zabudowań. Dwupiętrowe budynki z klinkierowej cegły gustownie wkomponowały się w architekturę gotyckiej świątyni z dumną, prawie siedemdziesięciometrową wieżą.
W połowie czerwca otwarty zostanie w nich "Dom Uzdrowienia Jana Pawła II". Będzie to pierwsza w Polsce placówka prowadzona przez założone pół wieku temu we Włoszech stowarzyszenie Cichych Pracowników Krzyża. Należą do niego duchowni i świeccy, którzy pracują wśród chorych, upośledzonych i niepełnosprawnych.
- Naszą misją jest uświadamiać chorym sens chrześcijańskiego cierpienia - mówi ksiądz Janusz Malski, osoba odpowiedzialna za stowarzyszenie w Polsce.
REP_1
Ksiądz Malski oprowadza nas po gotowym już prawie domu, w którym trwają ostatnie prace wykończeniowe. - Wygląda jak symbol euro - pokazuje na zewnątrz kształt domu. - W dwóch skrzydłach są pokoje dla chorych, a w łączniku kaplica, aula, jadalnia i kuchnia - opowiada.
Dwuosobowe pokoje pomieszczą 120 chorych, którzy będą przyjeżdżać tutaj na turnusy rehabilitacyjne i rekolekcje. - Zależy nam na integralnym zdrowiu człowieka. Nie tylko fizycznym, ale i duchowym - tłumaczy ksiądz Janusz.

Odstawił kule


Kiedy Europa szykowała się do pierwszej wojny światowej, w małej włoskiej mieścinie Cascina Serniola przyszedł na świat Luigi Novarese. Mały Luigino od dziecka chorował. Jako dziewięciolatek nieszczęśliwie upadł. Lekarze musieli zagipsować mu cały tors. Jakby tego było mało, miał gruźlicę prawego stawu biodrowego, na którym ropiejące wrzody nie chciały się goić.
- Swoje młodzieńcze lata spędził na cierpieniu i samotności, z dala od rodziny, bo ciągle przebywał w sanatoriach i szpitalach - opowiada ksiądz Malski.
Kilkunastoletni Luigi o swoje uzdrowienie modlił się w Lourdes, dokąd pojechał z pielgrzymką. Obiecał Matce Bożej, że jeżeli wróci do zdrowia, zostanie księdzem. Napisał też kartkę do znajomego salezjanina z prośbą o modlitwę w intencji jego wyzdrowienia. Prowadzona przez salezjanów młodzież zaczęła modlić się za swego chorego kolegę.
17 maja 1931 roku siedem otwartych wrzodów zamknęło się. Luigi odstawił kule i o własnych siłach stanął na nogach. Cztery lata później wstąpił do seminarium.
Jako ksiądz Luigi Novarese przez dwadzieścia lat przepracował w watykańskim Sekretariacie Stanu. Zawsze myślał jednak o chorych.
W 1950 roku założył stowarzyszenie "Cichych Pracowników Krzyża". Trzy lata wcześniej powstało "Centrum Ochotników Cierpienia". Jego członkowie, osoby dotknięte chorobą i cierpieniem, mieli działać według zasady "do chorego przez chorego". - Sam cierpiący miał stać się apostołem - mówi ksiądz Malski. - Dlatego, że gdy chory odkryje sens własnego cierpienia, samotności i odrzucenia, staje się wiarygodnym głosicielem Ewangelii dla ludzi znajdujących się w podobnej sytuacji, którzy nadal czują się niepotrzebni i życiowo przegrani.
- Kościół od początku pochylał się nad chorymi i widział w nich cierpiącego Chrystusa - mówi dalej ksiądz Janusz. - Ale Novarese dokonał przewrotu kopernikańskiego, bo zaangażował chorych do ewangelizacji innych chorych.

Chłopak z okna


Tamtego chłopaka Janusz Malski widywał często w oknie, kiedy szedł rano do swojego technikum w rodzinnym Szczecinie albo gdy po południu wracał do domu. Zastanawiało go, że nigdy nie widywał go na ulicy. W końcu dowiedział się, że Wojtek (tak miał na imię tajemniczy chłopak) skoczył kiedyś nieszczęśliwie do wody i uszkodził kręgosłup. Teraz poruszał się na wózku inwalidzkim. Całe dnie spędzał w domu.
Janusz zaczął odwiedzać Wojtka. Zaprowadził go na spotkanie oazowe, a któregoś razu na pielgrzymkę do Częstochowy. - Wojtek przełamał się, poszedł na studia i skończył prawo - opowiada dziś o swoim przyjacielu ksiądz Malski.
Od sześciu lat Wojtek nie żyje, ale ksiądz Janusz uważa, że spotkanie z nim wpłynęło na całe jego życie. Kiedy w 1978 roku, po maturze wstąpił do seminarium, garnął się do opieki nad ludźmi chorymi.
Był po trzecim roku, kiedy biskup wysłał go na dalsze studia do prowadzonego przez stowarzyszenie Cichych Pracowników Krzyża seminarium we włoskiej Brescii. Skończył też Międzynarodowy Instytut Duszpasterstwa Służby Zdrowia "Camilianum" w Rzymie, który przygotowuje księży do pracy wśród chorych. Zmarłego w 1984 roku księdza Novarese poznał osobiście.
W 1997 roku ksiądz Malski, po kilkunastu latach spędzonych we Włoszech, wrócił do Polski. Został osobą odpowiedzialną za stowarzyszenie Cichych Pracowników Krzyża w naszym kraju.

Tenis to nie wszystko


Razem z księdzem Malskim do Głogowa przyjechała jego rodzona siostra Małgorzata. Kilkanaście lat wcześniej porzuciła karierę obiecującej tenisistki i wstąpiła do Cichych Pracowników Krzyża.
- Sport to nie wszystko. Przychodzi w życiu taki moment, kiedy człowiek szuka głębszego sensu - tłumaczy siostra Małgorzata motywy swojego wstąpienia do stowarzyszenia.
Poszukiwanie głębszego sensu swojej pracy zaprowadziło też do Cichych Pracowników Krzyża siostrę Katarzynę Pawłowską. Cztery lata była pielęgniarką we wrocławskim szpitalu. - Sama pielęgnacja chorych nie wystarczała mi. Zajmował mnie duchowy sens cierpienia - opowiada.
Pewnego dnia, ku zdziwieniu koleżanek, rzuciła pracę i pojechała do Włoch, gdzie wstąpiła do stowarzyszenia księdza Novarese. W Głogowie odwiedza chorych po domach, rozmawia z nimi, modli się.
- Nam nie chodzi wcale o okazywanie chorym współczucia, ale o to, żeby umieli pozytywnie ocenić wartość swojego cierpienia - mówi siostra Katarzyna. - To nie jest łatwe. Ale chory, który to zrozumie i przyjmie, staje się czynnym apostołem, lepszym niż człowiek zdrowy, bo bardziej wiarygodnym.

Zgoda na cierpienie


Ksiądz Malski przyznaje, że nazwa "ochotnik cierpienia" jest dla wielu trudna do przyjęcia. - Chcieliśmy zmienić ją na inną, ale Papież powiedział, że jak to zrobimy, to nie będzie chciał nas znać - opowiada.
Żeby zostać ochotnikiem cierpienia, chory musi wypełnić odpowiednią deklarację. Zobowiązuje się w niej między innymi do dobrowolnego zaakceptowania swojego cierpienia.
- To nie jest łatwe - zwierza się Maria Piechowska z Elbląga. Pierwsze dziesięć lat kalectwa było dla niej koszmarem. - Żyłam tak, jakby cały świat mi się zawalił - mówi.
Przełamała się dopiero, kiedy w 1992 roku pojechała na rekolekcje dla niepełnosprawnych we Włoszech. Zobaczyła wtedy, jak wielu ludzi porusza się na wózkach inwalidzkich: jak sobie z tym radzą i nikt nie pokazuje ich palcami. Kiedy wróciła do Polski, zaczęła pokazywać się bez kompleksów na ulicy, w sklepie, w kościele. - Ludzie przyzwyczajali się powoli do mojego widoku i przestawali traktować mnie jak jakieś dziwadło.
Podczas tamtych rekolekcji Piechowska poznała księdza Malskiego i działalność stowarzyszenia. Postanowiła, że zostanie ochotnikiem cierpienia. Dowiedziała się, że niedaleko niej mieszka dziewczyna z porażeniem mózgowym. Rodzice trzymali ją w domu. Pani Maria przekonała ich, że to nie jest dobre ani dla córki, ani dla nich. Udało jej się. Teraz Dorota pracuje w parafialnej bibliotece.
- Moim głównym zadaniem jest wyciągać niepełnosprawnych z domów - opowiada Piechowska. Zabiera ich na pielgrzymki, rekolekcje, a nawet organizuje dla nich bale sylwestrowe.

Patrycja nie jest już sama


Ochotnikami cierpienia zostają też ludzie zdrowi. W stowarzyszeniu nazywa się ich "braćmi chorych". W samym Głogowie jest około dwustu takich osób: dorosłych, młodzieży i dzieci. Odwiedzają chorych w domach, organizują dla nich spotkania, opiekują się nimi w czasie pielgrzymek.
Michał Grzegorek odwiedza raz w tygodniu starszego od siebie Piotra z silnym porażeniem mózgowym. Poświęca mu wtedy parę godzin. Czasem obejrzą razem jakiś film. Parę razy zabrał Piotra na pielgrzymkę albo rekolekcje. Wtedy opiekuje się nim cały czas, bo Piotra trzeba nakarmić i pójść z nim do toalety.
Michał ceni sobie kontakt z Piotrem. Mówi, że dzięki temu uczy się pokory i cierpliwości. - Zrozumiałem, że niepełnosprawny, jak każdy inny człowiek, też ma swoje myśli i uczucia.
Dziesięcioletnia Andżelika chodzi na spotkania z dziećmi niepełnosprawnymi. Poznała tam niewidomą Kamilkę i Patrycję na wózku inwalidzkim. Kiedy w szkole zauważyła, że na przerwach z Patrycją nikt nie chce się bawić, namówiła kuzynki z jej klasy, żeby do niej podeszły i porozmawiały. - Teraz Patrycja nie jest już sama - cieszy się Andżelika.

Bo ksiądz jest zdrowy


Ksiądz Malski wie, że kapłan, który próbuje mówić choremu człowiekowi o sensie cierpienia, stoi często na przegranej pozycji.
Przekonał się o tym nie raz. Na przykład kiedy prowadził rekolekcje dla niepełnosprawnych. - Niejeden ze słuchaczy nie wytrzymywał i mówił: księdzu łatwo jest nas pocieszać, bo ksiądz jest zdrowy - wspomina.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki