Stwierdzenie to z zamierzenia raczej łagodne i wyważone zawiera w sobie jednak pewną sugestię, na którą wielu się oburzy - czy wcześniej byliśmy nienormalni? Z tym pytaniem walczymy od dwunastu lat na polu znacznie szerszym niż nauka religii. Diagnoza stanu naszego społeczeństwa, państwa, elit i upadku autorytetów zmusza nas do szczerej odpowiedzi - po części tak. I nie jest to stwierdzenie wymierzone przeciwko jakiejś konkretnej grupie światopoglądowej, żaden odwieczny konflikt pokoleń, ani atak na konkretną formację polityczną. Tak naprawdę, choć oczywiście nie w jednakim stopniu, dotyczy ono nas wszystkich. W dużej mierze właśnie za sprawą powszechnego obowiązku szkolnego. Szkoła i kontrolowanie programu nauczania zawsze kusiły różnego rodzaju systemy władzy do formowania swoich poddanych. Nie zawsze można robić to wprost, ale przecież kropla drąży skałę, a człowiek spędza w szkole często trzecią część swojego życia. Bez wątpienia jest to czas, kiedy umysł jest najbardziej chłonny, a człowiek najbardziej podatny na kształtowanie. Można oczywiście oczekiwać, że przeciwnicy religii w szkole użyją tych samych argumentów. Można się zastanawiać, czy jest to rzeczywiście spór z rodzaju dialogu "sytego z głodnym", czy też można rozsądzić go w oparciu o mniej zindywidualizowane racje.
Lepsza prawda
Potrzeba zreformowania polskiej szkoły wywodzi się nie tylko z nabierającego niebywałego tempa postępu cywilizacyjnego. To prawda, że nikt już nie jest w stanie ogarnąć całej wiedzy i trzeba było zmienić system nauczania na bardziej nowoczesny, rozwijający umiejętności i dający bardziej narzędzia do rozwoju niż dyplom na całe życie. Kolejnym, nawet bardziej alarmującym sygnałem, dla przeciętnego rodzica było to, że szkoła praktycznie utraciła swoją funkcję wychowawczą. Nie jest to problem jedynie polski, chociaż u nas, oprócz wielu cech wspólnych dla znacznej części zachodniego świata, szczególne piętno wywarła ideologia marksistowska.
Ta z założenia traktowała edukację instrumentalnie, manipulowała programami i faktami, głównie z zakresu nauk humanistycznych. Starała się także stworzyć pozornie obiektywny system wartości próbujący opisywać świat jedynie za pomocą doświadczalnie potwierdzonych nauk przyrodniczych. Byłaby to jedynie połowa zła, gdyby brano pod uwagę osiągnięcia wszystkich naukowców, a nie jedynie tych pasujących do doktryny. Przeciwników doktryny oczywiście nie brakowało, ale lata spędzone w szkole skutkowały niewątpliwie nawykiem rozpoznawania świata jako obszaru badań różnych dziedzin. Nie odejmując nic nauce, która jest jak najbardziej potrzebna i pożyteczna, nie można redukować człowieka jedynie do takiego wymiaru. W ramach ideologii marksistowskiej człowieka niemal programowo spłycano do roli przedmiotu, części jakiegoś systemu bądź ekosystemu. Rodziliśmy się, żyliśmy i umieraliśmy dla dobra wspólnego.
Wiedzieliśmy o niesprawiedliwości, zbrodniach, ale często to tolerowaliśmy. Czasami ze strachu, czasami z wygody, czasami z braku nadziei. Tak upadł nasz system wartości, rozpadła się nasza moralność, czego oczywistych dowodów nie brakuje po dziś dzień. Okazało się, że trzeba wrócić do podstaw - do potrzeby wychowania w oparciu o naturalne wartości.
Osobny stolik
Tak w 1990 roku do szkół wróciła religia. Odbywało się to w bólach i trzeba przyznać, że jedyną motywacją nie była tu pełna świadomość potrzeby wychowania. Złożyła się na to również reakcja na programową półwieczną antyreligijną propagandę, jak i polityka. Był to czas trudny i dla księży, i dla katechetów, ale także dla uczniów. Trzeba przyznać, że trudno było mówić w owym czasie o jakichś konkretnych programach nauczania. W szkołach podstawowych nie było może trudno prowadzić religii, ponieważ przynajmniej w przypadku dzieci z najmłodszych klas zmieniono jedynie miejsce nauczania. Uczęszczający w owym czasie do szkół średnich często pamiętają coś, co można by nazwać improwizacją. Sprowadzało się to do znanego w szkole prawidła - albo ksiądz czy katecheta miał to coś, albo go nie miał. Nie stało za nim ani odpowiednie zaplecze dydaktyczne, ani do końca profesjonalny system metodyczny, ani jasny stan prawny. Przypomnijmy, że w pierwszych latach religia, mimo że z mocy ustawy, występowała w szkole niejako gościnnie. Ksiądz czy katecheta formalnie nie był nauczycielem, a co najwyżej nauczycielem "inaczej", a religia jakby nie przedmiotem. Takie usytuowanie religii, jak i jej nauczycieli, musiało w wielu przypadkach skutkować ich marginalizacją, nawet izolacją. Sytuacja taka z natury jest konfliktowa i w skrajnych przypadkach rzeczywiście konflikty miały miejsce. Wtedy zawsze pojawiało się pytanie, czy religia nie powinna wrócić do parafii. Z czasem okazało się, że nie, a owa marginalizacja zaczęła zmierzać w stronę marginalności. Nie bez znaczenia było tu zrównanie nauczycieli religii we wszelkich aspektach zawodowych z resztą ciała pedagogicznego. Karta Nauczyciela stawia przed nimi dokładnie te same obowiązki i daje im te same prawa. Pewne różnice pozostały, są jednak bardziej z rodzaju dodatkowych wymagań niż ulg. Katechetę musi zaaprobować proboszcz, który występuje o misję katechetyczną do wydziału katechetycznego w Kurii. W wielu diecezjach działa już nadzór dydaktyczny, który jest organem kontrolnym dbającym o jakość kształcenia. Nie brakuje fachowych podręczników i coraz lepszych specjalistów. Nadal jednak stopień z lekcji religii, którą wybieramy dobrowolnie, nie wlicza się do średniej. Jest to jeden z ostatnich przejawów "inności", na których zmianę w najbliższym czasie raczej nie można liczyć.
Etyka wytrycha
Lekcja religii w Polsce nie jest religioznawstwem. Jest religią wyznaniową nauczaną przez ludzi wierzących. Z tego też powodu nie bez znaczenia jest również formacja katechetów, bo w przypadku księży wydaje się to oczywiste. Katolicki ksiądz czy katecheta zawsze będzie prowadził zajęcia z punku widzenia człowieka wierzącego. Po części będzie też spełniał rolę ewangelizacyjną, nie będzie jedynie wychowawcą. Nie oznacza to oczywiście "monopolu na wiarę", bo ustawa jak najbardziej dopuszcza prowadzenie religii przez wiernych innych wyznań. W jednej szkole musi się jednak znaleźć siedmioro chętnych wyznawców na przykład prawosławia czy protestantyzmu.
Religia nigdy nie będzie godziną wychowawczą. Będzie natomiast nieocenionym wsparciem wychowania, ponieważ daje głębokie uzasadnienie dla czynienia dobra i potępia zło.
Ksiądz Piotr Tomasik, jedna z osób najlepiej zorientowanych w problematyce nauczania religii w szkole, wskazuje na pewne zastrzeżenia: - Może pojawiać się problem redukowania całego przekazu katechetycznego jedynie do funkcji wychowawczej. Zwłaszcza oczekiwania ze strony szkoły idą niekiedy po tej linii, a to głównie dlatego, iż istnieje stereotyp odrywający twierdzenia religijne od kryterium prawdziwości i przeciwstawiający wiedzę wierze. Dlatego też domaganie się, by lekcja religii była poszerzoną lekcją wychowawczą, może oznaczać chęć do zrezygnowania z przekazu wiedzy religijnej jako zbędnej i niepewnej. Takie ujęcie - z całą pewnością - jest nie do przyjęcia, ponieważ zachowania religijne oderwane od prawdy o Bogu przestają mieć znaczenie motywujące wychowawczo.
Prawda osadzona na solidnym fundamencie obroni się sama, bez pomocy tak często bezsensownie mnożonych rozmaitych etycznych kodeksów. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Jeśli dyskutujemy w kraju o upadku moralności, etyki i wartości, która przejawia się chociażby wszechogarniającą korupcją, to dochodzimy do wniosku, że trzeba coś z tym zrobić. W Ministerstwie Edukacji głośno mówi się o wprowadzeniu stosownego "antykorupcyjnego" przedmiotu do programu nauczania. Korupcja to przecież nic innego jak oszustwo, kłamstwo czy najzwyklejsza kradzież. Dla człowieka kierującego się sumieniem to jakby oczywiste. Zajęcia pt. "Jak nie ulegać korupcji?" muszą mu się wydać bardzo podobne do: "Jak nie ukraść samochodu wyposażonego w blokadę skrzyni biegów?"
Aleksandra Bałoniak,
katechetka, publicystka
Relacje katechetów ze środowiskiem szkolnym są jak najbardziej normalne. Jesteśmy przecież takimi nauczycielami jak wszyscy inni i obowiązują nas takie same zasady funkcjonowania w szkole. Nie dostrzegam symptomów takiego zjawiska, jak marginalizacja czy izolacja roli katechetów w społeczności szkolnej. Jeśli takie sytuacje się zdarzają, a zdarzać się mogą, to jest to nawet nie tyle wynik stosunków panujących w konkretnej szkole, co indywidualnych cech konkretnych osób. Tego rodzaju konfliktów nie da się całkowicie wyeliminować w żadnym zawodzie, ani w żadnym środowisku. Zasady te odnoszą się zresztą w takim samym stopniu do grona pedagogicznego, jak i do uczniów.
Ks. Damian Bryl,
redaktor naczelny miesięcznika "Katecheta"
W pierwszych latach nauki religii do szkół rzeczywiście mogli trafiać ludzie, którzy nie byli solidnie do tego przygotowani. Nie sposób nie zauważyć, że na tym polu sytuacja systematycznie się poprawia. Różnie to wygląda w różnych diecezjach, ale generalnie poziom katechetów zdecydowanie się podnosi. Nie bez wpływu było tu zrównanie nauczycieli religii w prawach i obowiązkach z pozostałymi nauczycielami. Muszą mieć odpowiednie wykształcenie, przygotowanie pedagogiczne i dydaktyczne. Muszą mieć nawet więcej... Pamiętajmy o tym, że stają przed swoimi wychowankami w imieniu Kościoła i stale muszą pogłębiać swoją formację. Temu służy ich regularne uczestnictwo w życiu Kościoła, modlitwa i specjalnie organizowane dla nich rekolekcje.
Ks. Piotr Tomasik,
koordynator Biura Programowania Katechezy przy Komisji Wychowania Katolickiego Episkopatu Polski
Po dwunastu latach od wprowadzenia lekcji religii największego negatywu doszukiwałbym się na gruncie kościelnym. Religia w szkole nie jest przecież katechezą i nie będzie nią bez uzupełniania na szczeblu parafii. W wielu parafiach, poza przygotowaniami do sakramentów, katecheza parafialna praktycznie nie funkcjonuje. Są przygotowane odpowiednie programy, podjęte stosowne działania, ale zapewne trochę to potrwa, zanim uda się osiągnąć satysfakcjonujące wyniki. W szkole jesteśmy w stanie zrealizować jedynie wymiar wychowawczy. W parafii powinniśmy zadbać o wychowanie do wspólnoty chrześcijańskiej i wtajemniczenie. Prawdziwa katecheza może mieć miejsce jedynie we wspólnocie chrześcijańskiej, a klasa szkolna przecież nią nie jest. Katecheza jest dla wiernych, lekcja religii - niekoniecznie.
Za największy pozytyw wprowadzenia lekcji religii do szkół uznałbym przywrócenie szkole normalności. Podstawowym elementem spajającym jest to, że zarówno szkoła, Kościół i państwo spotykają się w służbie rodzinie. Wychowanie w szkole musi służyć rodzinie i nauka religii taką rolę spełnia. Bardzo ważne jest również to, że nauka religii w szkole jest akceptowana społecznie. Bardzo często rodzice, którzy mają niewiele wspólnego z Kościołem, zapisują dzieci na lekcje religii. To nas różni chociażby od modelu francuskiego, w którym szkoła świecka bardzo często oznacza szkołę ateistyczną, a przecież szkoła świecka to nie to samo co ateistyczna.
Do czego to prowadzi, wiemy chyba wszyscy...
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













