Logo Przewdonik Katolicki

Etos "Solidarności" nie zniknie

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Rozmowa z Socjologiem, Profesorem Markiem Ziółkowskim, członkiem NSZZ "Solidarność" pracowników Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu Jak z dzisiejszej perspektywy patrzy Pan Profesor na polski Sierpień 1980 roku? - Sierpień był przede wszystkim istotną datą w historii Polski, Europy i świata. Jedną z nielicznych dat, gdzie Polska wniosła coś do historii światowej. Ale...

Rozmowa z Socjologiem, Profesorem Markiem Ziółkowskim, członkiem NSZZ "Solidarność" pracowników Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu


Jak z dzisiejszej perspektywy patrzy Pan Profesor na polski Sierpień 1980 roku?

- Sierpień był przede wszystkim istotną datą w historii Polski, Europy i świata. Jedną z nielicznych dat, gdzie Polska wniosła coś do historii światowej. Ale był także naszym własnym, osobistym przeżyciem. Patrząc nań w aspekcie socjologicznym, był on przede wszystkim wspólnotą protestu. System komunistyczny nie podobał się przeciętnemu Polakowi, ale zyskał on także poczucie tego, że ten system nie podoba się większości rodaków, i że, co więcej, ta większość jest skłonna działać razem. Poczucie wspólnoty wytworzyło się po raz pierwszy podczas wizyty Ojca Świętego w 1979 roku w Polsce, kiedy to Polacy po raz pierwszy zobaczyli, że inni myślą tak samo jak oni. Nie byłoby zatem Sierpnia bez wizyty Papieża.
Fenomen "Solidarności" wykraczał znacznie poza formułę związku zawodowego. Był to masowy ruch społeczny, jednocześnie wspólnota protestu i budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Jego podstawą była solidarna współpraca różnych środowisk, a zwłaszcza dwóch wielkich grup społecznych - robotników wielkoprzemysłowych i inteligencji.
Żądaniami Sierpnia były przede wszystkim postulaty ekonomiczne, ale też niezmiernie ważne żądania polityczne: walka o godność i prawa człowieka - jednostki ludzkiej i prawo narodów do samostanowienia. "Solidarność" w niepowtarzalny sposób łączyła różne nurty: robotniczo-związkowy, demokratyczny, chrześcijański i narodowy. Jej programem była "samoograniczająca się rewolucja", "Solidarność" nie chciała sama przejmować władzy, wiedząc, że to jest nie możliwe, chciała natomiast oddolnym naciskiem wywierać stały wpływ na władzę, żeby ta rządziła lepiej. Była to przedziwna mieszanina odwagi i rozwagi. Żądano tylko tego, co było możliwe do zrealizowania. Sierpień ważny jest też przez swoją "odroczoną moc sprawczą". On to właśnie wywołał cały łańcuch wydarzeń prowadzący do ostatecznego upadku całego sytemu w roku 1989.

Czym różni się dzisiejsza "Solidarność" od tej z początku lat 80-tych?

- "Solidarność" dziesięciomilionowa była owym wielonurtowym masowym ruchem społecznym połączonym wspólnotą protestu. Później okazało się jednak, że poszczególni członkowie mają odmienne interesy i wartości. Kolejne grupy działaczy przechodziły do sprawowania władzy, bądź zaczęły działać w innych, przedtem zakazanych organizacjach. Zaczęli także odchodzić szeregowi związkowcy. W tej chwili "Solidarność" liczy około sześciuset tysięcy członków. W prywatnych zakładach pracy związków zawodowych w zasadzie nie ma. "Solidarność" pozostała jedynie w kurczącym się sektorze publicznym, w dwóch zwłaszcza miejscach: w części wielkich zakładów przemysłowych i w niektórych środowiskach intelektualnych, zwłaszcza uniwersyteckich. Te wielkie zakłady przemysłowe są często nierentowne z punktu widzenia czysto ekonomicznego i przeżywają rozmaite problemy. "Solidarność" jako związek zawodowy w tych zakładach broni przede wszystkim interesu załogi, bądź poszczególnych branż (np. górnictwa). Jest to solidarność wewnątrz jednej branży, a nie solidarność ogólnospołeczna, bo interesy poszczególnych branż są dość specyficzne. Myślę, że należałoby próbować powrócić do szerokiego, ogólnonarodowego pojęcia solidarności i walczyć o interesy nie tylko stosunkowo silnych grup branżowych, ale przede wszystkim środowisk najsłabszych i najbardziej doświadczonych przez los: bezrobotnych, wykluczonych, młodzieży bez pracy, osób starszych. Wymagałoby to powrotu do formuły szerszej niż klasyczny związek zawodowy.

Czy zatem działalność NSZZ "Solidarność" ma jeszcze jakąś rację bytu?

- Związek zawodowy może być jedną z organizacji współdziałającego społeczeństwa obywatelskiego. Jednakże w Polsce społeczeństwo obywatelskie jest znacznie częściej wspólnotą protestu, wyrażania niezadowolenia i formułowania roszczeń wobec władzy, niż wspólnotą oddolnego budowania czegoś pozytywnego. W Polsce aktywność społeczna częściej wyraża się w proteście niż w budowaniu.
Walka "Solidarności" o interesy wielu - zwłaszcza tych najsłabszych - środowisk jest niezbędna i w pełni uprawniona. Środki nacisku związku są jednak obecnie raczej niewielkie. Może on wyprowadzić trochę ludzi na ulicę, zrobić jeden czy drugi strajk, skuteczny i widoczny zwłaszcza w tych branżach, które łatwo mogą sparaliżować życie w kraju. Rząd, szczególnie ten, który ma słabe poparcie społeczne (jak dzisiaj rząd Millera) może wtedy ustępować, by nie dopuścić do wybuchu społecznego.
Obecna tendencja jest taka, że "Solidarność" ciągle zmniejsza się liczebnie i nie bardzo widać formułę działania, która przyciągnęłaby nowych członków, szczególnie w obliczu postępującej prywatyzacji gospodarki. "Solidarność" uległa też procesowi instytucjonalizacji typowemu dla wielu ruchów społecznych. Na początku mają one idee charyzmatycznych przywódców, mobilizację, społeczny entuzjazm, później zamieniają się w instytucje zbiurokratyzowane, załatwiające drugorzędne, formalne sprawy.

Koniec etosu "Solidarności"?

- Etos solidarności był etosem godności, uczciwości i przeźroczystości. Polacy liczyli na to, że po obaleniu starego systemu nastąpi poprawa i gospodarcza, i moralna. Tymczasem dzisiejsza sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Z jednej strony mnożą się przypadki korupcji, z drugiej zaś społeczeństwo nie ufa już właściwie nikomu, a zwłaszcza funkcjonariuszom władzy, dopatrując się we wszystkich ich decyzjach prywaty i nieczystych intencji. Polski kapitalizm i polska demokracja funkcjonują w sytuacji braku zaufania i niewiary w wartości.
Mimo to myślę, że w dalszym ciągu w pewnym sensie funkcjonuje historyczny pozytywny mit "Solidarności" z lat 1980-81 i ewentualnie miodowego miesiąca po 1989 roku. To, że dzisiejszy związek nazywa się "Solidarność" i wywodzi się z tego historycznego ruchu, nie zmienia faktu, że funkcjonuje on w zupełnie zmienionej sytuacji i jest już w istocie inną organizacją. Dzisiejsze funkcjonowanie związku, jego sukcesy czy porażki w niewielkim jedynie stopniu wpływają na społeczny obraz Sierpnia i sierpniowej "Solidarności". Pozostanie ona i mitem, i rzeczywistym dokonaniem historycznym. Myślę, że za dwa, trzy pokolenia będzie ona traktowana jako sukces wszystkich Polaków, mimo dzisiejszych podziałów i frustracji w społeczeństwie.

Mówi się, że każda rewolucja pożera swoje dzieci...

- Sierpień ostatecznie doprowadził do tego, z czego wcale sobie nie zdawano sprawy w 1980 roku: do budowy kapitalizmu i wielu niezamierzonych tego konsekwencji. Dwie klasy społeczne, które wygrały Sierpień, tzn. obaliły stary system, to byli robotnicy i inteligencja. Paradoks historii polega na tym, że te grupy, choć wygrały rewolucję i doprowadziły do powstania nowego systemu, to z niego wcale nie skorzystały. Działały w istocie nie dla siebie, ale dla innych: nowej, rodzącej się klasy średniej, przedsiębiorców, ale także - co najbardziej frustrujące - dla swoich niegdysiejszych przeciwników - uwłaszczającej się nomenklatury. Inteligencja daje sobie jeszcze nieźle radę, ponieważ społeczeństwo polskie staje się w tej chwili społeczeństwem merytokratycznym, gdzie wykształcenie jest bardzo dużo warte. Natomiast robotnicy wielkoprzemysłowi są obecnie w bardzo trudnej sytuacji i nie jest to wina Sierpnia, ale ogólniejszych tendencji rozwoju społecznego. Postęp automatyzacji w rozmaitych dziedzinach życia doprowadza do tego, że produkcja i zysk rośnie bez wzrostu zatrudnienia i że coraz mniej potrzebna jest wykwalifikowana praca fizyczna.
Opisując sytuację polskiego społeczeństwa, posłużę się metaforą drogi. Kiedyś szliśmy drogą prowadzącą w zupełnie złym kierunku, wszyscy razem i pod strażą nadzorców, którzy trzymali nas na niej przy pomocy bata. W tej chwili idziemy drogą, która generalnie prowadzi chyba w dobrym kierunku. Idziemy nią sami i z własnej woli, ale ta maszerująca kolumna niesłychanie się rozciągnęła. Ci z przodu zaszli już daleko i poruszają się ciągle żwawo naprzód, ci z tyłu - słabi i chromi - prawie stoją w miejscu i stracili nawet już tych pierwszych z oczu. Co gorsza, są i tacy, którzy nie poruszają się jak należy po głównej drodze, tylko idą na skróty i próbują oszukiwać. Być może rolą "Solidarności" byłoby zmniejszenie dystansów między ludźmi maszerującymi drogą i piętnowanie tych idących na skróty. Ale to niesłychanie trudne zadanie...
Dziekuję za rozmowę

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki