Logo Przewdonik Katolicki

Polski saloon polityczny

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Rola międzynarodowa państwa w ogromnej części nie zależy od jego dyplomacji, tylko od siły wewnętrznej i stereotypu ukształtowanego za granicą. Polsce przez całe dziesięciolecie udawało się poprawiać własny wizerunek. Dzisiaj Polska wśród państw zaproszonych do Unii Europejskiej ma najwolniejsze tempo wzrostu i najniższy produkt krajowy na głowę. To plus salonowe gierki polityków...

Rola międzynarodowa państwa w ogromnej części nie zależy od jego dyplomacji, tylko od siły wewnętrznej i stereotypu ukształtowanego za granicą. Polsce przez całe dziesięciolecie udawało się poprawiać własny wizerunek. Dzisiaj Polska wśród państw zaproszonych do Unii Europejskiej ma najwolniejsze tempo wzrostu i najniższy produkt krajowy na głowę. To plus salonowe gierki polityków nie poprawią opinii o nas.

Zwykle zajmuję się w tym miejscu sprawami międzynarodowymi. Tym razem jednak trudno nie odnieść się do kwestii bulwersującej opinię publiczną, i dosyć niemądrze nazywanej "przychodzi Rywin do Michnika". Szczerze mówiąc, niewiele mnie obchodzi, kto do kogo przychodził i dlaczego. Tak zwany salon warszawski - trafniej byłoby chyba mówić o saloonie - rządzi się własnymi prawami. Gry i sympatie personalne skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną zostały kiedyś nazwane przez "Gazetę Polską": "walką buldogów pod dywanem". Tym razem buldogi na chwilę spod dywanu wyszły.
Efektem uchylenia rąbka dywanu stała się rekonstrukcja rządu i głęboki kryzys polityczny, który przekłada się na kompletną erozję zaufania obywateli do elit. I jeśli mam być szczery, to właśnie ów proces połączony z kompromitacją państwa polskiego za granicą skłonił mnie do zajęcia się problemem czysto wewnętrznym.
Stereotyp Polski i Polaków w Europie i na świecie nie jest, delikatnie mówiąc, najlepszy. Jesteśmy postrzegani jako państwo biedne, skorumpowane i skomunizowane mentalnie. Do tego dochodzi wizerunek narodu silnie religijnego i konserwatywnego. Wbrew pozorom, te dwie ostatnie cechy w zlaicyzowanej Europie nie muszą być odczytywane negatywnie. Europa tęskni za wartościami. O ile jednak wizerunek Polaka-katolika odnoszącego sukces w biznesie byłby wizerunkiem podwójnie pozytywnym, o tyle katolicyzm nie domytego pasażera zdezelowanej furmanki szkodzi zarówno Polakowi, jak odczytaniu jego religijności.

Rekonstrukcja


Styl zmian w rządzie i jego połączenie z aferą Lwa Rywina nie wróży dobrze temu stereotypowi. Zwłaszcza, że spodziewana rekonstrukcja miała iść w nieco innym kierunku. Najwięcej zainteresowania budzi oczywiście połączenie ministerstw gospodarki i pracy. Taki eksperyment zastosował jako pierwszy chadecki kanclerz Austrii Wolfgang Schussel, a powtórzyli Niemcy po ostatnich wyborach. Można więc uznać, że jest on dostosowany do realiów społecznej gospodarki typu niemieckiego. Czy sprawdzi się w Polsce? Nie wiadomo. Obawiam się, że gospodarka w nowym ministerstwie będzie w cieniu spraw socjalnych. A to dobrze nie wróży. I jeszcze jedna refleksja. Otóż wbrew poprzedniej praktyce powołanie nowego resortu wiązało się z odwołaniem wszystkich wiceministrów. Rzecz dziwna, która pozwala się domyślać rozgrywki wewnątrzpartyjnej przesłoniętej argumentami natury państwowej.
W sytuacji generalnej dominacji myślenia związkowego nad ekonomicznym, w polskiej gospodarce nominacja ministra Hausnera na szefa gospodarki wydaje się eksperymentem ryzykownym. Swoją drogą, wygląda na to, że zamiast rządu wystarczy sam Jerzy Hausner, bo wcześniej mówiono o nim jako o najlepszym kandydacie na ministra finansów. Może więc oszczędzić podatnikom wydatków i obywatelom zdenerwowania i zastąpić rząd Hausnerem. A pozostali ministrowie śladem Jacka Piechoty zostaną jego zastępcami.
Albo więc zmiana w gospodarce jest zmianą na gorsze, albo zmianą pozorną.
Podobnie jest z nominacją Lecha Nikolskiego na ministra od referendum. Kampania europejska Sławomira Wiatra była kompromitująca i groźna. Groźna, gdyż utrwalała roszczeniowy stosunek obywateli do Unii Europejskiej. A kompromitująca? Każdy, kto oglądał wiatrowe reklamówki, wie, o czym mowa. Teraz propagandą referendalną ma się zajmować całe ministerstwo. W istocie mamy do czynienia z kopniakiem w górę dla Lecha Nikolskiego (bo jako szef gabinetu premiera miał o wiele większą władzę niż jako minister od referendum) i eleganckim odsunięciem Wiatra juniora.

Jakubowska i Lew Saloonowy


Zmiany rzeczywiste są w rządzie dwie: dość brutalne wyrzucenie Wiesława Kaczmarka i awans Aleksandry Jakubowskiej. Jakubowska, która dała się poznać jako jedna z najbardziej ostrych postaci gabinetu, będzie teraz swym "mężnym sercem w kształtnej piersi" doradzała i kierowała otoczeniem premiera. A na miejsce Kaczmarka przychodzi Sławomir Cytrycki którego życiowe osiągnięcia sięgają donoszenia dla SB i służby w otoczeniu Wojciecha Jaruzelskiego. Ale Ministerstwo Skarbu to posady w radach nadzorczych i nominacje prezesów. Potrzebny jest tam towarzysz całkowicie lojalny, a nie samodzielny gracz, jakim usiłował być Kaczmarek.
Spokojnie pozostał na swoim stołku minister Łapiński demolujący służbę zdrowia i pani Łybacka marząca o niedokształconym uczniu rozwiniętej zawodówki. Nikt nie zareagował na poczynania wicepremiera Pola budzącego politowanie swoimi pomysłami autostradowymi. I tak dalej.
Obywatel ma prawo zapytać, o co tutaj chodzi? Przecież nie o oszczędności czy o usprawnienie pracy rządu. Ale rekonstrukcja jako zasłona dymna wyszła znakomicie. Ponieważ ceniony przez związkowców i dziennikarzy Jerzy Hausner został szefem resortu gospodarki, to na chwilę zapewne zelżeją protesty i strajki. Pozostałe nominacje nie znaczą nic poza personalnymi przesunięciami. Z jednym wyjątkiem. Aleksandra Jakubowska przechodzi do gabinetu na I piętrze kancelarii premiera razem z projektem ustawy o radiofonii i telewizji. Tej, która miała być powodem żądania łapówki przez Lwa Rywina.
W rzeczywistości szumnie zapowiedziana rekonstrukcja rządu jest bowiem zasłoną dymną mającą odwrócić uwagę opinii publicznej od bomby, którą pod fotelem Leszka Millera zdetonował Adam Michnik. Po spektaklu odegranym w Kopenhadze mamy więc kolejną próbę kreowania rzeczywistości telewizyjnej. Tyle, że zmiany w rządzie są rzeczą poważną. A opinia międzynarodowa nie daje się tak łatwo wyprowadzić w pole jak telewidzowie skazani na oglądanie publiczno-rządowej jedynki.
Pozycja Leszka Millera jest wobec partnerów zagranicznych słabsza. Co gorsza, pozycja Polski w chwili gdy precyzowane są zapisy naszego traktatu o wejściu do Unii Europejskiej, słabnie również. Rządowi pozostaje zgadzać się na wszelkie żądania. Unia jest ostatnim parasolem chroniącym gabinet Millera przed niesławnym upadkiem.

Cena demokracji telewizyjnej


Rola międzynarodowa państwa w ogromnej części nie zależy od jego dyplomacji, tylko od siły wewnętrznej i stereotypu ukształtowanego za granicą. Polsce przez całe dziesięciolecie udawało się poprawiać własny wizerunek. Byliśmy krajem o najbardziej stabilnej demokracji i najszybszym tempie rozwoju. Państwem stanowiącym dla świata dowód na to, że z komunizmem można pożegnać się bezkrwawo i w zgodzie z interesami obywateli. Dzisiaj Polska wśród państw zaproszonych do Unii Europejskiej ma najwolniejsze tempo wzrostu i najniższy produkt krajowy na głowę. Nasza stabilizacja polityczna podszyta jest perspektywą przejęcia rządów przez Andrzeja Lepppera, a rząd cieszy się topniejącym jak bałwan na słońcu śladowym poparciem obywateli. Na dodatek jest to rząd oparty na zwartej grupie dawnych aparatczyków PZPR i ewoluujący w stronę pogorszenia własnego wizerunku.
Cenę za kolejne rekonstrukcje gabinetu będą płacili obywatele. Mają więc prawo zapytać premiera - o co tutaj chodzi?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki