Trudno się z tego cieszyć, bo pomijając prywatne animozje, satysfakcja ze stanu naszego państwa jest bardzo wątpliwa, a upadek nie zmieni obrazu kraju tonącego w nędzy, bezrobociu, rosnących długach szpitali i wielu skandali, które trudno już nazywać aferami, bo powoli zaczynają one należeć do codzienności.
Przeciętny obserwator życia politycznego w Polsce musi dojść do wniosku, że jest świadkiem jakichś niesamowitych igrzysk władzy, która nie ma już czasu na nic poza sobą samą.
Koniec rządów AWS-u w historii naszego nowego państwa na pewno nie zapisał się złotymi zgłoskami. Trzeba jednak przyznać, że społeczny odbiór tego gabinetu był w dużej mierze skutkiem wprowadzenia kilku niepopularnych reform. Winą było na pewno złe skalkulowanie kosztów ich wprowadzania, skutkiem czego stała się poważna zapaść finansowa państwa. Rządu Buzka można próbować bronić tym, że do końca starał się realizować swój program i stworzył podwaliny nowoczesnej Polski. Diabeł jednak zawsze kryje się w szczegółach, a na szczegółach rząd Buzka poległ ostatecznie. Reformy i ustawy były w znacznym stopniu niedopracowane, wiele z nich wręcz wypaczono na skutek nacisku różnych grup społecznych, a pełni porażki dopełniło wątpliwe morale wielu liderów ówczesnej władzy.
Nie można się więc dziwić, że społeczeństwo odetchnęło z ulgą na wieść o końcu rządów AWS-u i z nadzieją oczekiwało na zmiany w myśl zasady "gorzej być nie może".
Powszechnym już w 2001 roku nastrojom wtórował Leszek Miller. - Czytając takie wyniki sondaży, każdy szanujący się premier powinien podać się do dymisji - mówił.
Takie zdanie Leszek Miller wypowiedział latem, kiedy to niechęć do prawicowego rządu deklarowało 57 procent badanych Polaków.
Rząd Jerzego Buzka pracował na taką ocenę prawie cztery lata. Rząd Leszka Millera potrzebował niespełna dwóch, aby zrazić do siebie aż 82 procent (według OBOP) społeczeństwa.
Wiosną tego roku notowania rządu według OBOP-u spadły do 10 procent i 16-17 procent według różnych instytutów badawczych dla SLD. W listopadzie 2001 roku Sojusz Lewicy Demokratycznej cieszył się 50-procentowym poparciem. Wynik osiągnięty przez rząd Millera jest ewenementem na skalę światową, ale ostatni Kongres SLD wydaje się przekreślać nadzieje, że cokolwiek z "głosu ludu" do premiera dotarło.
Głupota defetyzmu
Praktyka wielu państw dowiodła, że każdy rząd chcący wprowadzać zdecydowane zmiany i reformy ma na to 100 dni. Później pewna bezwładność całego państwowego aparatu i różne grupy interesów dobrze ulokowane w obecnym porządku owe zmiany skutecznie blokują lub minimalizują. Politycy zmierzający do przejęcia władzy powinny obejmować stanowiska z przygotowanym programem i natychmiast przystępować do jego realizacji. Zwyczajowo też w każdej demokracji owe słynne 100 dni poddaje się szczegółowym analizom. Zdaniem Leszka Millera, koalicja SLD-UP-PSL w całości wykonała zapowiedzi z exposé - m.in. stworzyła stabilny fundament dla naprawy finansów publicznych, przygotowała lepszy projekt budżetu, zaczęła porządkować administrację publiczna i budowę tańszego państwa, nadrobiła zaległości w negocjacjach z Unią Europejską i wycofała się z nowych matur.
Już wtedy liczni komentatorzy zauważyli, że rząd jedynie łata, a nie tworzy, a jego działania przypominają raczej gorączkowe poszukiwania rozwiązań, niż realizację przygotowanego wcześniej programu. Z przesadzonej, jak się okazało sprawności cieszyła się opozycja, lewica zaczynała natomiast dziwić się brakiem społecznego aplauzu dla zapowiadanych wcześniej sukcesów. Leszek Miller i jego gabinet skupił się tak naprawdę w tym okresie na dwóch rzeczach - obarczaniem Rady Polityki Pieniężnej za torpedowanie jego programu gospodarczego i malowaniem przerażającego pejzażu rządów poprzedniej ekipy. Budując owe propagandowe alibi, nie przewidział, że swoim programowym defetyzmem wpędzi społeczeństwo polskie w apatię i beznadzieję, na skalę dotąd niespotykaną, a pesymiści nawet wyraźnych sukcesów nie zwykli zauważać. To był początek końca mitu lepszej przyszłości za rządów SLD.
O stabilnym fundamencie naprawy finansów państwa w świetle szacunków deficytu budżetowego zakładanego przez ministra Hausnera na rok przyszły możemy już zapomnieć. Fundament okazał się kosmetyką, a poczynione oszczędności czysto iluzoryczne. Pozostałe zmiany polegały w zasadzie na wstrzymywaniu reform, ich spowalnianiu lub przemianowywaniu urzędów i ministerstw.
Tyłem do przodu
W szóstym miesiącu rządów koalicji SLD-UP-PSL optyka widzenia polskich spraw w przekazie rządowym gwałtownie się zmieniła. Czarną rzeczywistość zastąpiła nachalna propaganda sukcesu - to, co jeszcze niedawno wydawało się pobojowiskiem, miało stać się sprawnie funkcjonującym organizmem. Sprawy lokalne ustąpiły zresztą w naturalny sposób pola polityce zagranicznej i wejściu Polski do Unii Europejskiej.
Konflikt z Radą Polityki Pieniężnej i mediami na tle planowanej nowelizacji ustawy o RTV wydawały się tu kwiatkiem do kożucha. Ta ostania sprawa okazała się zresztą wkrótce gwoździem do trumny wizerunku Leszka Millera -"żelaznego kanclerza".
Zanim się to jednak stało, zaczęły się zmiany w rządzie. W lipcu 2002 roku podał się do dymisji minister finansów Marek Belka. Ekonomista, kojarzony z obozem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, cieszący się uznaniem nie tylko kolegów z własnej partii, nie podając wyraźnego powodu, zrezygnował ze współpracy z rządem. Zastąpił go Grzegorz Kołodko - specjalista od malowania przyszłości w różowych kolorach i zarazem autor kilku wpadek, m.in. ustawy abolicyjnej odrzuconej przez Trybunał Konstytucyjny. To on i minister zdrowia Mariusz Łapiński zaczynają grać pierwsze skrzypce na arenie politycznej koalicji. Podczas tak zwanej pierwszej reorganizacji podaje się do dymisji skłócony ze środowiskiem artystycznym minister kultury Andrzej Celiński, a odwołana zostaje minister sprawiedliwości Barbara Piwnik, która swoim nazwiskiem firmowała prokuratora Kaucza - miał zostać prokuratorem krajowym, choć zasłynął swego czasu z oskarżania w procesach politycznych członków Solidarności. Jakiś czas potem okazało się, że pani minister nie była autorem tego pomysłu, który zrodził się, nie bez bólu zresztą, w kręgach rządowych SLD.
Andrzeja Celińskiego zastąpił Andrzej Dąbrowski, a Barbarę Piwnik Grzegorz Kurczuk i tę zmianę ocenia się na ogół pozytywnie.
Drużyna do wymiany
Pod koniec roku 2002 wybuchła już z całą siłą afera Rywina, dzięki której notowania rządu i premiera zaczęły gwałtownie spadać. Próbą ratunku była kolejna rekonstrukcja rządu, która jednak w wielu przypadkach była bardzo nieczytelna. W styczniu zmuszony do dymisji odchodzi minister skarbu Wiesław Karczmarek, którego zastępuje Sławomir Cytrycki. Ten ostatni wytrwał na urzędzie zaledwie trzy miesiące. Nieoficjalnie za powód złożenia urzędu przez Cytryckiego uchodzi jego spór z prezesem PZU Zdzisławem Montkiewiczem. Na początku kwietnia zastąpił go Piotr Czyżewski.
Niedługo po nich odwołany został minister zdrowia Miariusz Łapiński. Na ten krok premiera czekała już niemal cała Polska, bo minister zdrowia był uważany za najbardziej aroganckiego, nieprzejednanego, niezdolnego do dyskusji ministra w tym rządzie. Z dzisiejszej perspektywy dziwi fakt, że Miller zdecydował się go odwołać tak późno, nie było jednak dla nikogo tajemnicą, że wcześniej cieszył się niemal bezgranicznym poparciem premiera. O skutkach działalności ministra Łapińskiego, przed czym przestrzegały zarówno środowiska medyczne, jak i niezależni komentatorzy, zaczynamy się właśnie przekonywać. Narodowy Fundusz Zdrowia oddający władzę nad finansami służby zdrowia w ręce centralnego urzędu więcej zepsuł, niż naprawił. Dla wielu komentatorów minister Mariusz Łapiński był "największym szkodnikiem" w tym rządzie. Sam zresztą do spółki z byłym już prezesem NFZ napisał sobie polityczne epitafium uwikłaniem w podejrzenia o korupcje w Ministerstwie Zdrowia i oskarżeniami o przyzwolenie na pobicie fotoreportera Newsweeka. W proteście przeciwko mianowaniu Naumana na stanowisko prezesa NIZ, w kwietniu tego roku podał się do dymisji, rokujący nadzieje na porozumienie ze środowiskiem medycznym, senator Marek Balicki. O tym, że miał rację, już wiemy. Skompromitowanych Naumana i Łapińskiego SLD wykreśliło zresztą ze swoich szeregów.
Nie wiemy tylko, dlaczego premier, mając chociażby wybór pomiędzy Balickim a Naumanem, wybrał tego drugiego, a Łapiński, choć w niesławie, zdążył jeszcze wygrać wybory na mazowieckiego szefa SLD.
Raczej ze zdziwieniem przyjęto marcową decyzję premiera o wyproszeniu z koalicji PSL. Pretekstem były spory wokół ustaw o biopaliwach i winietach, ale też jedynie jako pretekst zostało to odczytane. Nie zabrakło głosów, że bez bagażu PSL koalicja będzie mogła rządzić sprawniej. Kolejna iluzja nie trwała nawet tak długo jak poprzednie.
W czerwcu tego roku nastąpiła kolejna długo wyczekiwana, nie tylko przez opozycję, zmiana. Do dymisji podał się minister Grzegorz Kołodko, którego zastąpił Andrzej Baczko, a wicepremierem odpowiedzialnym za gospodarkę został Jerzy Hausner - bezsprzecznie najlepiej oceniany minister obecnego rządu i zarazem ostatnia deska ratunku dla SLD.
Niedługo po nim zrezygnował z pełnienia swojej funkcji minister rolnictwa Adam Tański. Sprawa jego odejścia jest ściśle związana z odejściem Jerzego Millera, równie krótkotrwałego prezesa Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa. Obaj niezwiązani z partią rządzącą, cieszący się opinią fachowców ujawnili fatalny stan przygotowań Polski do wprowadzenia systemu komputerowego, a bez ich sprawnego działania unijne dopłaty dla rolnictwa po prostu przepadną. Według ich oceny, nadmiernie rozmnożono biurokrację odpowiedzialną za wdrażanie sytemu i zmarnotrawiono wiele środków. Jerzy Miller chciał odchudzić budowany według klucza partyjnego SLD-PSL biurokratyczny aparat, ale tym razem zarówno SLD jak i PSL pojednały się przy braku poparcia dla tych działań. W tej sytuacji obaj panowie zrezygnowali z funkcji.
Leszek Miller w ciągu niespełna dwóch lat rządów zdążył wymienić już jedenastu ministrów, nie licząc prezesów rządowych agencji. Niektórych zdymisjonowano, niektórzy odchodzili, nie widząc dalszej możliwości działania.
Zaskakujące zmiany, nowi włodarze poszczególnych resortów i brak ciągłości w zarządzaniu musi skutkować bałaganem i brakiem jasnego przekazu do społeczeństwa, które choć widzi podupadające państwo, nie wie, jak jego rząd zamierza je z tego wyciągnąć.
Do tej pory nie doczekaliśmy się spójnego planu naprawy finansów publicznych, a ich stan prędzej czy później musi skończyć się katastrofą.
Kochajmy się
Sejmowa Komisja Śledcza badająca od miesięcy kulisy afery Rywina, mimo że najprawdopodobniej nie zdoła wskazać wszystkich mocodawców podejrzanych zmian w ustawie, przynajmniej uświadomiła społeczeństwu korupcyjne mechanizmy trawiące nasze państwo, a także podwójną moralność rządzących elit. Nie była ona jednak punktem kulminacyjnym polskiej rozprawy z korupcją, a jedynie kroplą, która się przelała. Kiedyś mówiliśmy, że nie ma miesiąca, potem, że tygodnia, a teraz każdego dnia dowiadujemy się z mediów o kolejnych wyskokach naszych polityków, samorządowców i urzędników. Pierwsze skrzypce grają tym razem ludzie związani z SLD. Lewica doszła do wniosku, że trzeba ogłosić odnowę i skończyć z pobłażaniem dla korupcji we własnych szeregach - taki przekaz trafił do społeczeństwa. Winni mają być głównie ci nowi "nieideowi" członkowie, którzy dopiero w ostatnich latach zasilili szeregi SLD, w nadziei na rozmaite korzyści.
Niedawny Kongres SLD zdaje się wskazywać na to, że do premiera, jak też i do znacznej ilości jego partyjnych kolegów i koleżanek nic nie dotarło. Metodą iść w zaparte mogą jedynie podzielić los AWS-u.
Wizerunku partii na pewno nie poprawi to, że odpowiedzialna w dużym stopniu za ustawę o RTV, która leżała u źródeł afery Rywina, Aleksandra Jakubowska zostaje wiceprzewodniczącą partii. Nie poprawią go także gorące uściski z prezesem TVP, gościem Kongresu i jednym z negatywnych bohaterów ustawy medialnej. Dalsze maskowanie i ochrona nieudolności wielu swoich funkcjonariuszy, pobłażanie dla gospodarczych afer i korupcyjnych talentów niektórych urzędników i posłów musi wieść na dno, zresztą już przywiodło. Społeczny odbiór obecnego gabinetu jest najlepszym tego dowodem, a państwo wcale nie kończy się w parlamencie, który stał się jedyną podporą dla rządu Leszka Millera.
Rozumując jedynie w kategoriach ochrony interesów aparatu partyjnego, partia w samobójczy sposób odcina się od swoich demokratycznych korzeni. Leszek Miller, budując swoją władzę w oparciu o struktury tego aparatu, nie tylko nie staje się "żelaznym kanclerzem", a jedynie jego zakładnikiem.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













