Nie martwi mnie to, bo sądzę, że czas postkomunistów powinien skończyć się już dawno, po pierwszych eksperymentach z ich rządami lat 1994-1997. Martwi mnie natomiast, że tonący postkomuniści najwyraźniej zamierzają pociągnąć za...
Nie martwi mnie to, bo sądzę, że czas postkomunistów powinien skończyć się już dawno, po pierwszych eksperymentach z ich rządami lat 1994-1997. Martwi mnie natomiast, że tonący postkomuniści najwyraźniej zamierzają pociągnąć za sobą całe państwo. Niby nic dziwnego, taki już ich urok, że pojęcia zwane imponderabiliami - naród, patriotyzm, uczciwość wypowiadane przez czerwonych baronów brzmią niczym swoje własne zaprzeczenia. Powstaje wszakże pytanie - co zrobić, by polityka polska nie stała się procesem sprzątania gruzów po SLD?
Skupię się na dziedzinie, w której nabyłem jakie takie kompetencje, czyli na polityce zagranicznej. Nie będę zresztą oryginalny, przypominając, że Polska wciąż jeszcze jest na etapie utrwalania własnej niepodległości i dyplomacja jest dla nas ważniejsza niż dla państwa o stabilnej, przez nikogo nie kwestionowanej pozycji międzynarodowej.
Trzy razy B
Polityka zagraniczna tonącego rządu Leszka Millera przypomina tymczasem bieganie psa za własnym ogonem. Bezradna - bo niezdolna do realizowania narodowego interesu. Bezprogramowa - bo nie można wskazać jakiejkolwiek hierarchii celów politycznych tej ekipy. Bezładna wreszcie - bo nie ma jakiejkolwiek koordynacji pomiędzy poszczególnymi ośrodkami władzy.
Najpoważniejszy zarzut niezdolności do realizowania interesów narodowych jest, niestety, łatwy do zilustrowania. Sięgnę po trzy przykłady z dziedzin dla Polski strategicznie kluczowych. Wielkim sukcesem i tytułem do chwały Leszka Millera miały być negocjacje z Unią Europejską w Kopenhadze i korzystny rzekomo dla nas Traktat Akcesyjny. Jaki był to sukces, wskazują liczne artykuły w specjalistycznych pismach poświęconych dziennikarstwu. Większość mówiących i piszących wówczas o negocjacjach kaja się teraz, że okłamywali opinię publiczną, eksponując pozytywne strony Traktatu Akcesyjnego i bagatelizując niedociągnięcia. "Trzeba było przekonywać obywateli, że jest dobrze aby zagłosowali za członkostwem podczas referendum akcesyjnego" - to trzon owej argumentacji. Prawda tymczasem była banalna. Nie dostaliśmy w Kopenhadze prawie nic, a obietnice większych dopłat do rolnictwa i zwiększenia kwot mlecznych dla Polski okazały się wydmuszką zanegowaną po kilku miesiącach przez Brukselę. W każdym razie z perspektywy niespełna roku widać wyraźnie, że szef rządu oczekiwał krótkoterminowego efektu medialnego (aplauzu w najbliższych wiadomościach telewizyjnych), nie podejmując analizy, czy dla Polski nie byłoby bardziej opłacalne poparcie przeciwników Wspólnej Polityki Rolnej Unii. Tymczasem najkrótsze nawet podliczenie efektów dowodzi, że polski chłop wiele więcej zyskałby na rzeczywiście wolnej konkurencji na rynku rolnym. No, ale wówczas nie byłoby dobrych "wujków" w rządzie, wysyłających każdemu rolnikowi przekazy pieniężne z dopłatą bezpośrednią. Że zaś jest ona warta tyle, iż przeciętny rolnik kupi sobie za nią pół litra w sobotę i nic więcej - kogóż to obchodzi? To samo dotyczy oszukiwania obywateli w sprawie Konstytucji Europejskiej. Przedstawiciele rządu, z obecnym wicepremierem Oleksym i nieszczęsną panią komisarz Hübner doskonale wiedzieli, że korzystny dla nas system głosowania wewnątrz Unii zostanie zmieniony. Nikt jednak nie pisnął ani słowa. Dlaczego? Obawiam się, że przede wszystkim z tej przyczyny, iż nasi, pożal się Boże, przedstawiciele w Konwencie Europejskim zgadzali się na umniejszenie roli Polski. Po drugie zaś dlatego, że za cel nadrzędny uznawano przeprowadzenie referendum.
Zadanie sobie pytania o koszty społeczne oszukiwania obywateli przekracza horyzont myślowy postkomunistów, bo przecież niczego innego przez pół wieku nie robili. A koszty mogą być dramatycznie wysokie. Przede wszystkim zbudowanie potężnego obozu populistycznych eurosceptyków. Dlaczego populistycznych? Ponieważ cała argumentacja rządowa w sprawie Unii Europejskiej opierała się na przekonywaniu obywateli, że po wejściu do UE zostaniemy zasypani brukselskimi pieniędzmi. Za nic. Kiedy okaże się, że pieniędzy nie ma tak wiele, a obowiązki związane z członkostwem stają się dotkliwe, wszyscy oszukani popędzą do Samoobrony. Nie będą natomiast zastanawiać się nad tym, w jaki sposób polskie członkostwo w strukturach unijnych wykorzystać dla dobra kraju. Skoro rząd się nad tym nie zastanawia, to widocznie nie może.
Podobnie jak sprawę Unii Europejskiej rządzącej ekipie udało się "zabagnić" nasz udział w operacji wyzwalania Iraku. Komunikat przekazywany opinii publicznej był równie amoralny i szkodliwy. Oto dowodzono, że idziemy do Iraku po to, by szybko i za nic zarobić duże pieniądze. Nieprzyzwoitość stawiania na jednej szali życia żołnierzy i zysków zakumplowanych biznesmenów nie spędzała, rzecz jasna, snu z powiek rządzących. To przecież normalne. Ale kiedy okazało się, że Amerykanie nie zamierzają płacić naszym firmom za samo istnienie, lecz oczekują jakichś dokumentów, i że rozpatrują sensowność ekonomiczną ofert, zaczęły się schody. Klęska państwowego Bumaru i sukces dziwacznej firemki pana Ostrowskiego stały się okazją do rozliczeń ludzi, którzy jednych lub drugich "politycznie" popierali. Tylko nikt się nie zastanowił, że oficjalna oferta była najzwyczajniej w świecie niekonkurencyjna. Zaś tchórzliwe pozbywanie się własnej strefy okupacyjnej w Iraku zamiast jej politycznego i ekonomicznego wykorzystania dowodzi tylko tego, że jesteśmy pod władzą pana Millera nieprzygotowani do prowadzenia polityki zagranicznej. Dostaliśmy od Amerykanów niebywałą szansę zakorzenienia się jako jeden z krajów ważnych i współdecydujących o losach Bliskiego Wschodu. Udowodniliśmy tymczasem, iż miał rację prezydent Francji doradzający Polakom, by korzystali z szansy, ale... siedzenia cicho.
Pamiętam wreszcie buńczuczne zapowiedzi Leszka Millera i jego kompanów, jak wspaniale po ich dojściu do władzy rozwinie się polityka wschodnia Polski. Rozwinęła się. Do Kijowa jest teraz o wiele bliżej z Moskwy niż z Warszawy, Rosja staje się coraz bardziej autorytarna i niechętna Polsce, o Białorusi czy Azji Środkowej lepiej zmilczeć. Deficyt w wymianie handlowej z Rosjanami tylko się pogłębił. A zarówno w Waszyngtonie, jak i w Brukseli coraz rzadziej pytają nas o zdanie w sprawach wschodnich, dostrzegając, że sami nie mamy żadnego pomysłu ani żadnej dobrej ścieżki kontaktów.
Arcyklapa
Na to wszystko nakłada się bezład kompetencyjny. Ministerstwo Spraw Zagranicznych praktycznie nie istnieje, bo sprawy Unii wyjęli mu na spółkę premier z panią minister Hübner, kwestie strategiczno-wojskowe załatwia już to prezydent Kwaśniewski, już to Ministerstwo Obrony. MSZ zmienił się w duży departament protokołu dyplomatycznego dla prawdziwych decydentów. Ale też minister Cimoszewicz zostawił sobie wyłącznie fachowców starego chowu z długą praktyką w Służbach Specjalnych, usuwając lub marginalizując ludzi, którzy przyszli do MSZ na fali zmian solidarnościowych. Ostatnio na jedną z placówek po raz pierwszy w III RP pojechał kadrowy oficer służb, gdzie indziej wybierają się specjaliści od chowania się po kątach ministerstwa, urzędnicy wyrzucani albo osadzani w archiwach przez kolejne ekipy. A im niższe stanowiska wyjazdowe, tym gorzej. Same zaś korytarze ministerstwa aż szumią o szybkiej ucieczce na placówki przed spodziewaną zmianą władzy. Szczerze mówiąc, nie słyszałem o żadnej politycznej koncepcji, która narodziłaby się w gmachu przy alei Szucha w Warszawie podczas rządów drużyny Włodzimierza Cimoszewicza. Wobec niebywałej koniunktury międzynarodowej, jaką mieliśmy w ostatnich latach, jest to arcyklapa.
Niestety, bezprogramowość rządzących udzieliła się opozycji. Poza doraźnymi hasłami w rodzaju "Nicea albo śmierć" brakuje alternatywnej wizji polityki zagranicznej. W tym także polityki personalnej. Sądzę, że czas już najwyższy powiedzieć publicznie - jeśli odrzucana przez obywateli ekipa dokona nominacji na stanowiska za granicą ludzi nie akceptowanych przez opozycję. Jeśli zaniecha konsultacji, tak jak było w wypadku powołania pani Danuty Hübner na komisarza UE, to następny rząd zastrzega sobie prawo do odwoływania takich przedstawicieli RP przed terminem. To samo dotyczy ambasadorów i pracowników polskich placówek dyplomatycznych. I powinno to być wspólne stanowisko głównych partii opozycyjnych.
Przede wszystkim jednak opozycja musi przedstawić zarys polskiej polityki europejskiej (w tym odbudowy współpracy regionalnej z Węgrami, Czechami i Słowacją) wraz ze stanowiskiem wobec głównych kwestii spornych wewnątrz Unii oraz założenia sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Twórcy ruin polityki polskiej doprowadzili do sytuacji, w której Polska raz zachowuje się jak republika bananowa zarządzana przez amerykańską agenturę, by następnego dnia wchodzić w absurdalny konflikt o wizy. Partnerski sojusz z USA jest w zasięgu naszych możliwości. Ale partnerem może być polski rząd posiadający realny program np. wobec Iraku. Wreszcie, nie będzie opozycyjnego programu polityki zagranicznej bez odniesienia się do skandalicznej sytuacji, w jakiej znalazła się polska niezależność w dziedzinie energetyki. Polityka energetyczna państwa (w tym prywatyzacje sieci energetycznych) jest elementem polityki zagranicznej, a nie taniego lobbingu.
Paradoksalnie, na gruzach łatwiej jest budować niż na polu mniej lub bardziej sensownie zapełnionym. W tym sensie zdemolowanie polityki zagranicznej państwa przez obecne rządy być może ułatwi sytuację następcom. Pod jednym warunkiem - że zarząd nad czerwonym gruzowiskiem nie przejdzie w obce ręce.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













