Dla wyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych miałem dotychczas jedną radę. Uważajcie Państwo na to, by nie ubrać dziurawych skarpetek. Na każdym lotnisku, czy to międzynarodowym, czy krajowym, pasażerowie...
Dla wyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych miałem dotychczas jedną radę. Uważajcie Państwo na to, by nie ubrać dziurawych skarpetek. Na każdym lotnisku, czy to międzynarodowym, czy krajowym, pasażerowie drałują przez punkty kontrolne w skarpetach, bo buty są obowiązkowo prześwietlane razem z bagażem. Teraz należy dołączać porady dla pań o zachowanie stosownej fryzury, gdyż każdy przyjezdny zostanie sfotografowany i będzie musiał zostawić odciski palców.
Przyznam, że te wszystkie środki bezpieczeństwa sprawiają mi sporą przykrość. W minionych latach, ilekroć podróżowałem po Stanach Zjednoczonych, byłem zachwycony tym, że do samolotów wsiada się niczym do tramwaju: szybko, sprawnie i bez jakichkolwiek formalności. Bywało, że obsługa lotniska zadawała z uśmiechem standardowe pytanie, czy pasażer nie ma przypadkiem broni lub narkotyków i naturalnie zadowalała się ustną informacją, że skądże znowu. To już nie wróci.
Skoro mnie ta zmiana irytuje, to jak bardzo musi ona rozwścieczać Amerykanów, dumnych przez lata z tego, że można w USA przez całe życie nie mieć jakiegokolwiek dokumentu tożsamości i niezwykle czułych na punkcie ograniczania swobód obywatelskich. Nie zauważyłem jednak w tłumie defilującym w skarpetkach po lotnisku jakichkolwiek oznak zniecierpliwienia. Środki bezpieczeństwa podejmowane przez władze federalne są przez Amerykanów generalnie akceptowane. Atak terrorystyczny z 11 września zmienił Amerykę bardziej, niż moglibyśmy przypuszczać.
Nowy sojusznik
To, co działo się później - wojna w Afganistanie i Iraku oraz przyjęcie przez USA roli światowego szeryfa, zmieniło z kolei charakter stosunków Ameryki z Europą. W języku politycznym pojawiło się sformułowanie Donalda Rumsfelda dzielącego Europę na "starą" i "nową". Polska znalazła się w gronie najbliższych sojuszników USA. Nie oszukujmy się, bardziej z wyboru Amerykanów, niż w wyniku przemyślanej decyzji rządu RP. Amerykanie potrzebowali w Europie Środkowej zdecydowanego poparcia i zostało ono przez ekipę Kwaśniewskiego i Millera udzielone. To dobrze. Z drugiej jednak strony rządzący postkomuniści nie potrafili podjąć z Waszyngtonem twardej rozmowy o korzyściach, jakie powinny wyniknąć dla Polski z takiego stanowiska. Rezydujący obecnie w Waszyngtonie były wiceminister spraw zagranicznych Radek Sikorki zwracał kilkakrotnie uwagę na to, że zarówno Turcja, jak na przykład Bułgaria w zamian za poparcie USA w Iraku otrzymały bardzo wymierną pomoc finansową. Polskie władze deklarują tymczasem, że byłoby to poniżej ich godności. Jeszcze w ubiegłym tygodniu ministrowie Siwiec i Iwiński zapierali się w państwowej telewizji, że podczas rozmów na poziomie prezydenta czy premiera rozmawia się o imponderabiliach, a nie o pieniądzach. Ponieważ miałem okazję w dziesiątkach takich rozmów uczestniczyć (naturalnie nie w towarzystwie tego premiera), mogę spokojnie powiedzieć, że jest to zwykłe łgarstwo. Właśnie na szczeblu szefów państw i rządów podejmowane są wiążące decyzje dotyczące kwestii finansowych.
Obawiam się, że Amerykanie i nasi rodzimi postkomuniści rozmawiają innymi językami. Kiedy przed półrokiem zaczęto w Warszawie mówić o korzyściach, jakie będą mieć polskie firmy z kontraktów w Iraku, nasza klasa rządząca rozumiała to jednoznacznie jako ofertę dla swoich kolesiów, którzy pojadą do Bagdadu i tam dostaną prezenty od władz amerykańskich. Amerykanie myśleli tymczasem o tym, że dobre oferty (solidnie przygotowane) z Polski otrzymają pierwszeństwo przed podobnymi płynącymi z państw, które w koalicji antysaddamowskiej nie uczestniczyły. Krótko mówiąc, było jak w starym dowcipie o człowieku modlącym się: "Panie Boże, ześlij mi wygraną na loterii", który słyszy w końcu głos z góry - "daj mi szansę, kup los".
Kup Pan wizę
Nieodmiennie od kilku dni słyszymy w różnych telewizjach narzekania na to, że Amerykanie nie chcą znieść wiz w ruchu osobowym z Polską. Gołym okiem widać, że jest to forma przygotowania do przyszłotygodniowej wizyty Aleksandra Kwaśniewskiego w Stanach Zjednoczonych. Tyle że znowu jest tak, jak z tą wygraną loteryjną. Czekamy na działania amerykańskie, sami nic w tej materii nie robiąc. Bo szczerze mówiąc, protesty marszałka Pastusiaka obchodzą Amerykanów tyle co zeszłoroczny śnieg. Na dodatek w całej debacie o wizach przejawia się po polskiej stronie kompletne niezrozumienie amerykańskiego systemu politycznego.
Jednym z fundamentów amerykańskiej polityki, więcej, stylu uprawiania polityki przez USA, jest głęboki szacunek do własnego systemu prawnego. A w sprawie wiz regulacje są absolutnie jasne. Rząd USA nie może wprowadzić ruchu bezwizowego z państwem, wobec którego procent odmów przyznania wizy przekracza 3 proc. złożonych wniosków. W wypadku polskim odmów jest blisko 30 procent. Jeśli więc chcemy wjeżdżać do USA tak jak większość (bo nie wszyscy) obywateli Unii Europejskiej, musimy podjąć dwa rodzaje działań. Po pierwsze, uświadomić własnym obywatelom, że jest wystarczająco wiele sposobów uzyskania pozwoleń na pracę w USA, by nie była konieczna podróż tam z wizą turystyczną i praca "na czarno". Po drugie zaś zmobilizować Polonię i przyjaciół Polski, tak jak działo się podczas kampanii na rzecz rozszerzenia NATO, by zwracali się do Kongresu o wprowadzenie specjalnego prawa dotyczącego ułatwień wizowych dla polskiego sojusznika. Rzecz jest do załatwienia. Tylko, jak zwykle, wygląda na to, że Amerykanie będą musieli wykonać sporą część pracy za nas. Podejrzewam, iż Aleksander Kwaśniewski ogłosi po podróży sukces w postaci ułatwień dla Polaków w uzyskiwaniu pracy w Ameryce. Tymczasem jest to wynik przemyśleń strony amerykańskiej, która poszukuje sposobu na zniesienie wiz, a przynajmniej ułatwienia wjazdu Polakom. Wiadomo, że rolnik spod Siemiatycz nie jedzie raczej do Chicago po to, by podziwiać uroki turystyczne Stanów, czy wybrać się na narty do Aspen. Trzeba więc dać mu szansę, aby mógł legalnie starać się o pracę. Zwłaszcza, że wzmożone kontrole wewnętrzne w USA, skierowane przeciwko terrorystom, prowadzą w efekcie do wyłapywania tysięcy nielegalnych imigrantów. A naprawdę nie zostały wymyślone po to, by utrudniać życie Polakom.
Rzecz jasna, kłopot jest nie tylko nasz. Sami Amerykanie zaczynają martwić się, iż coraz więcej młodych polskich naukowców i studentów zamiast starać się o stypendia w USA, uzyskuje łatwiejsze do załatwienia stypendia z programów Unii Europejskiej. Wybitny dziennikarz amerykański Tomas Friedman napisał niedawno po pobycie w Polsce, że zobaczył kraj bardziej proamerykański od samej Ameryki. Bez mądrego inwestowania w tę przyjaźń może się jednak okazać, że za kilka lat Polacy dołączą do niechętnej Amerykanom Starej Europy.
Interes narodowy, a nie partyjny
Pisałem niedawno na łamach "Przewodnika", że miniony rok był na świecie rokiem Ameryki. Polski interes narodowy jest oczywisty. Powinniśmy zabiegać, aby polityka obrony zasad prowadzona przez Stany Zjednoczone została utrzymana. Dlatego, że nasza pozycja międzynarodowa zbudowana jest bardziej na argumentach politycznych i historycznych, niż na realnej sile polskiej armii czy polskiej gospodarki. Dlatego, że za naszą wschodnią granicą mamy obszar niestabilny, obszar, na którym krok po kroku demokracja ustępuje autorytaryzmowi, a szacunek dla woli narodów zmienia się w odbudowę wielkorosyjskiego imperium. Bez aktywnej polityki amerykańskiej i bez polskiego sojuszu z Ameryką mogą już niedługo do naszej polityki powrócić upiory przeszłości w postaci położenia Polski między wielkimi Niemcami i wielką Rosją. Dopóki USA będą najsilniejszym graczem na scenie międzynarodowej, istnieją szanse na zachowanie niepodległości przez Ukrainę, na zachowanie względnej niezależności Białorusi itd. Istnieje też szansa na to, by Polska pozostawała - mimo wewnętrznego bałaganu - w ekskluzywnym gronie państw rozgrywających, nie zaś rozgrywanych.
Tyle że silną pozycję uzyskuje się nie poprzez zachowania wasalne ani nie przez bezmyślne pokrzykiwania o tym, jak to jesteśmy krzywdzeni, a poprzez prowadzenie realistycznej gry politycznej. Przykład niewykorzystania naszego zaangażowania w Iraku czy kompletny brak sensownej argumentacji w kwestii wiz są jednymi z całej listy przykładów żałośnie niekompetentnej polityki zagranicznej ekipy Kwaśniewskiego-Millera. Nasi żołnierze nie pojechali do Iraku, aby załatwiać interesy SLD-owskich oligarchów ani po to, żeby stanowić tło dla czerwonych oficjeli. Pojechali w interesie Polski. Warto o tym przypominać rządzącej ekipie, bo sama na to nie wpadnie. A tego właśnie możemy uczyć się od Amerykanów.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













