Logo Przewdonik Katolicki

Szukanie marzycieli

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Najbliższe wybory wygra w Polsce ten, kto potrafi powiedzieć Polakom: miałem wielki sen. Widziałem Polskę, która jest jednym z europejskich mocarstw. Widziałem Polskę, z którą się liczą w świecie. W ciągu ostatnich paru dni miałem okazję spotykać całkiem sporą grupę czołowych polityków z czasów rządów Jerzego Buzka. Część jest teraz posłami, inni pracują w różnych...

Najbliższe wybory wygra w Polsce ten, kto potrafi powiedzieć Polakom: miałem wielki sen. Widziałem Polskę, która jest jednym z europejskich mocarstw. Widziałem Polskę, z którą się liczą w świecie.


W ciągu ostatnich paru dni miałem okazję spotykać całkiem sporą grupę czołowych polityków z czasów rządów Jerzego Buzka. Część jest teraz posłami, inni pracują w różnych strukturach eksperckich, ale wszyscy pozostają bardzo uważnymi obserwatorami sceny politycznej. Zadawałem im jedno proste pytanie: powiedz mi, jakie są cele strategiczne polskiej polityki zagranicznej w roku 2004? Nikt nie potrafił takich celów podać.
Będziemy za chwilę wysłuchiwać opowieści prezydenta o jego sukcesach w Stanach Zjednoczonych, będziemy czytali sejmowe exposé ministra spraw zagranicznych i dowiemy się, jak wspaniałe są osiągnięcia naszej dyplomacji. Tyle że będzie to kolejna porcja propagandowego dymu, jaki rozsnuwa się nad polityką zagraniczną Polski od wielu już lat.
Mieliśmy szczęście, bo po odzyskaniu niepodległości cele polityczne dyktowała nam historia. Najpierw uznanie granic państwa, potem likwidację struktur zależności, czyli Układu Warszawskiego i RWPG, wreszcie wyprowadzenie z Polski wojsk rosyjskich. Potem zaczęliśmy zabiegi o wejście do NATO i Unii Europejskiej. Dyplomacja miała więc - bez żadnego umysłowego wysiłku - zakreślone zadania krótko- i średnioterminowe. No i jakoś to wszystko się kręciło. Jakość negocjacji bywała marna, ale radość z odzyskanej niepodległości i gigantyczne problemy z uporządkowaniem Polski przesłaniały słabość intelektualną polityki zagranicznej. Tymczasem jedynym oryginalnym wkładem Polski do polityki międzynarodowej pozostaje wymyślona u samego progu niepodległości koncepcja dwutorowej polityki wschodniej. Polegała ona na tym, że Polska jednocześnie utrzymywała stosunki polityczne z ZSRR i sowieckimi republikami. Solidnie przyłożyliśmy się wtedy do rozpadu Związku Sowieckiego. Potem nasza polityka stała się polityką reaktywną. Odpowiadaliśmy lepiej lub gorzej na to, co działo się wokół Polski, nie potrafiliśmy natomiast wymyślić niczego oryginalnego. Szczególnie zaś nie umieliśmy wytyczyć sobie wyraźnej politycznej strategii i celów długofalowych.

Myślenie szkodzi


Nie chcę pastwić się tutaj nad ministrami Bartoszewskim i Cimoszewiczem, bo nie ich to wyłączna wina, że polityka zagraniczna III RP polega na wygłaszaniu komunałów do kamer telewizyjnych, a kadry dyplomatyczne zaludniają licznie nieudani agenci SB i WSI. Od piętnastu lat postępuje likwidacja struktur zajmujących się myśleniem o celach narodowych Polski. Kolejne polityczne czystki wymiotły z życia politycznego sporą część młodzieży, jaka przyszła do dyplomacji po 1989 roku. Bardzo pouczające są losy ludzi, którzy po 1989 roku tworzyli kierowany przeze mnie Ośrodek Studiów Międzynarodowych Senatu. Ośrodek został rozwiązany w roku 1994 po serii napaści obecnej gwiazdy polityki SLD senatora Jarzębowskiego, a spośród mniej więcej dziesiątki bardzo zdolnych młodych ludzi tworzących wespół z weteranami podziemia ekipę ośrodka w strukturach dyplomatycznych ostała się jedna. Pozostali radzą sobie świetnie w biznesie i do służby publicznej zapewne nie wrócą. To samo stało się z młodzieżowym "desantem" na departament polityki wschodniej MSZ. Kiedy czytam wynurzenia ministra Cimoszewicza o potrzebie przyciągania bezpartyjnych fachowców, to włos mi się na głowie jeży. Bo pisze to autor żałosnej czystki personalnej w dyplomacji. Człowiek wysyłający na placówki dyplomatyczne emerytów komunistycznej bezpieki. A wobec tego, że towarzysze czują się zagrożeni, proces wysyłania najgorszych kadr za granicę za chwilę się nasili. Zamiast elity tworzącej koncepcję polityki międzynarodowej mamy skansen pseudofachowców z epoki PRL. To pod rządami Cimoszewicza nastąpił pierwszy w III RP przypadek mianowania oficera bezpieki na ambasadora.

Dyplomacja do podziemia


No dobrze, ale to nie urzędnicy przecie mają tworzyć koncepcje polityczne. Jest to zadanie ekspertów i tak zwanych think tanków. Zgoda. Tyle że na tym polu jest jeszcze gorzej. Na całym cywilizowanym świecie istnieją dziesiątki instytutów i centrów badawczych. W USA finansowanych głównie przez prywatnych donatorów, w Europie raczej przez partie polityczne i z funduszy publicznych. W Polsce tymczasem kilka wątłych instytucji działających głównie za zagraniczne pieniądze nie może wciąż uzyskać elementarnej stabilizacji swoich inicjatyw. A jeśli już coś istotnego w takich instytutach się zrodzi, to można mieć pewność, że nikt z takiej pracy nie skorzysta. Polityka zagraniczna, po części z powodu kompleksów liderów nie znających języków ani kindersztuby potrzebnej w poruszaniu się po międzynarodowych salonach, po części z powodu prowincjonalizmu wyborców i mediów, nikogo nie obchodzi. Obserwujemy właśnie z dnia na dzień pogrzeb polskiej polityki wschodniej. Jej celem było - przypomnę: wspieranie przemian rynkowych na wschodzie, wsparcie prozachodniej orientacji Ukrainy i Białorusi oraz niedopuszczenie do odbudowy moskiewskiego imperium. Program stary jak świat, bo pamiętający czasy Jagiellonów. I co? Serdeczny przyjaciel Aleksandra Kwaśniewskiego prezydent Ukrainy Kuczma właśnie urządza pogrzeb resztek ukraińskiej demokracji, a już dawno przesterował politykę Kijowa w stronę Moskwy. Białoruś - szkoda słów. A Rosja, przy milczącej aprobacie świata, zmienia się krok po kroku w nowe carstwo Władimira I, wchłaniając zachodnich sąsiadów.
A polityka regionalna, może to czerwoni przyjaciele Leszka Millera z Węgier lub Litwy są naszymi partnerami? Zakładaliśmy przecież, że siła Polski tkwi w roli lidera regionu. Sam Włodzimierz Cimoszewicz pastwił się kiedyś nad rządem Buzka, iż zaniedbał polityki regionalnej. Odpowiedzią był nóż w plecy, jaki wbili Polsce sąsiedzi podczas sporu w Brukseli o Niceę. Pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej publicznie ogłosiły, że francusko-niemiecki projekt konstytucji im się podoba i że odcinają się od polityki polskiej. Ale pozostają jeszcze wypięte z dumą piersi SLD-owskich oficjeli - umocniliśmy sojusz polsko-amerykański. Umocniliście panowie dokładnie tak, jak umacnialiście przez lata przyjaźń polsko-sowiecką. I z podobnym społecznym efektem. Polityka prowadzona na kolanach i ściganie się po aprobatę sojusznika doprowadziło do wzrostu nastrojów Ameryce niechętnych. Prawdziwi przyjaciele USA: Radek Sikorski czy Jan Nowak-Jeziorański mówią dziś głośno, że polityka jest grą interesów i w zamian za nasze zaangażowanie w Iraku należało wynegocjować wsparcie reformy polskiej armii, transfer technologii oraz rewizje amerykańskiej polityki imigracyjnej wobec Polski. Nie zrobiono nic. To Amerykanie zaczynają myśleć, jak zrobić Polakom przyjemność, bo wyspecjalizowani w niesuwerennej polityce działacze SLD nie byli w stanie tego załatwić.

Chuda miska zamiast Marsa


Najważniejszy jednak jest kompletny uwiąd intelektualny naszej polityki. Cele strategiczne państwa formułowane są po to, by wyzwolić energię narodu. W ubiegłym tygodniu prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił gigantyczny program kosmiczny. Zaproponował stworzenie bazy kosmicznej na Księżycu i lot załogowy na Marsa. Zrozumiał, że potrzebne są Amerykanom wielkie cele, organizujące zbiorową wyobraźnię. Tak, jak rozumiał to prawie pół wieku temu John Kennedy, gdy ogłaszał program Apollo, który doprowadził do lotu załogowego na Księżyc. W Polsce tymczasem politycy (z żalem stwierdzam, że dotyczy to również opozycji) proponują program rodem ze starego skeczu kabaretu Dudek: "Ma Pan marzenia? Tak - zjeść raz dziennie coś na gorąco i żeby do pierwszego starczyło".
Odpowiedzią obywateli na tak zarysowany horyzont marzeń jest rosnące poparcie dla Samoobrony i coraz wyraźniejsze odwracanie się od życia publicznego. Polityk, który nie ma marzeń albo się ich wstydzi jest doskonałym materiałem na małego aferzystę. Skoro bowiem nie ma współobywatelom niczego do zaproponowania, to zaczyna troszczyć się o samego siebie. Wypaczając tym samym definicję polityki, pojmowanej jako działanie dla dobra wspólnego.
Jestem pewien, że najbliższe wybory wygra w Polsce ten, kto potrafi powiedzieć Polakom: miałem wielki sen. Widziałem Polskę, która jest jednym z europejskich mocarstw. Widziałem Polskę, z którą się liczą w świecie. Nie liczcie, że to będzie łatwe. Być może trzeba będzie podzielić się talerzem zupy z sąsiadem ukraińskim, być może trzeba będzie zaryzykować życie naszych żołnierzy, ale warto, bo życie narodu to również wspólne marzenia. Ten polityk (czy politycy) będą też na tyle mądrzy, że zbiorą ponownie rozpędzone gromady dwudziesto-, trzydziesto-, a może i czterdziestolatków odepchniętych od publicznej aktywności i poproszą o pomysły, o pracę ponad siły, bo mamy wspólny cel. Znam takich ludzi i wiem, że wielu z nich porzuci wysokopłatne posady, by zrealizować marzenia... Z postkomunistycznego marazmu jest jedna tylko droga - w górę.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki