Wielkie odgracanie

Współcześnie utrzymanie wokół siebie porządku jest trudniejsze, niż było przed wiekami. Nagromadzenie przedmiotów i wynikający z tego chaos to prosta konsekwencja kultury nadmiaru. Pomoc osobom, które chcą oczyścić swoją przestrzeń, oferują specjaliści od declutteringu.
Czyta się kilka minut
fot. Kostikova/Getty Images
fot. Kostikova/Getty Images

Potrzeba oczyszczania przestrzeni, w której funkcjonujemy, jest głęboko wpisana w naszą naturę – i zwykle dochodzi do głosu w okolicach wiosny i Wielkanocy. Popularność wielkiego odgracania, zwanego declutteringiem, pokazuje, że mamy dziś spory problem z gromadzeniem przedmiotów.

Szuflady na wspomnienia

Można je znaleźć nawet w domach tych osób, które zasługują na określenie mianem pedantów. Czasami ulokowane są w sypialni, często przy wejściu do domu lub w piwnicy, raczej rzadko – w pokojach gościnnych. Tak, obecność w naszych mieszkaniach szuflad na tak zwane „przydasie”, czyli przedmioty, których nie używamy, ale których nie chcemy wyrzucić, dowodzi, że ludzki stosunek do przedmiotów nie jest wyłącznie utylitarny. W tych tajemniczych schowkach, ale także w czeluściach szaf i na strychach, tkwią niczym w limbusie rzeczy, które nie są nam przydatne, które zostały uszkodzone lub w których nie mieszczą się już nasze ciała – w częściach tych artefaktów czy między ich włóknami mieszczą się natomiast nasze wspomnienia. Posiadane przez nas rzeczy służą nie tylko celom, dla których zostały stworzone – gdyby tak było, nie przechowywalibyśmy latami ubranka, w którym nasze dziecko było podawane do chrztu, lub zdekompletowanego kompletu szachów, podarowanego nam dekady temu przez ukochanego dziadka. Nawet osoby nieokreślające siebie jako sentymentalne na ogół przechowują choćby pojedyncze drobiazgi, z których nie korzystają – a jednoczenie z powodów uczuciowych nie są w stanie się z nimi rozstać. Jako że człowiek jest istotą materialno-psychiczną, to potrzebuje również namacalnych elementów, które będą nośnikami emocji i wspomnień albo które będą pomagały nam budować poczucie bezpieczeństwa. Nie musimy więc czuć się zawstydzeni obecnością w naszych sekretnych szufladach czy na strychach paru „niewyrzucalnych” drobiazgów. Problem zaczyna się wtedy, gdy nadmiar posiadanych rzeczy zaczyna nas przytłaczać, gdy sami gubimy się w chaosie związanym z przepełnieniem i gdy nie jesteśmy w stanie poradzić sobie ze skłonnością do magazynowania. Pomoc osobom, które chcą oczyścić swoją przestrzeń, oferują specjaliści od declutteringu, czyli odgracania i odzyskiwania przestrzeni.

Kultura nadmiaru

Decluttering z założenia jest czymś bardziej dogłębnym niż zwykłe sprzątanie – a nawet niż tak zwane generalne porządki. Osoby związane z tą branżą tłumaczą, że ich działania skierowane są na poradzenie sobie z tym bałaganem, którego często nie umiemy ogarnąć albo którego nie chcemy w ogóle dotykać: usługi odgracania wiążą się z wchodzeniem do piwnic, garaży i z przeglądaniem worków oraz skrzyń pełnych… sami nie wiemy czego. Efektem declutteringu ma być pozbycie się zbędnych przedmiotów i przywrócenie funkcjonalności pomieszczeniom, a tym samym poprawa samopoczucia. „Odgruzowanie” własnej przestrzeni można obecnie komuś zlecić (w niemal każdym większym mieście można znaleźć firmy declutteringowe) albo przeprowadzić samemu. Osoby, które swojemu nadmiarowi chciałyby stawić czoła samodzielnie, mogą skorzystać z kursów odgracania, których również – z racji popytu – na rynku pojawia się coraz więcej. Można powiedzieć, że odgracanie staje się nowym trendem lifestyle’owym (w mediach społecznościowych możemy napotkać niemało profili, które poświęcone są temu i podobnym zagadnieniom). Popularność tych kont oraz wysoka oglądalność programów typu Perfekcyjna pani domu albo Sprzątanie z Marie Kondo pokazuje, że aspirujemy obecnie do minimalizmu i kontroli nad przedmiotami – a wolność od nieuporządkowanych stosów przedmiotów staje się nowym luksusem. Pokuszę się o stwierdzenie, że współcześnie utrzymanie wokół siebie porządku jest o wiele trudniejsze, niż było przed wiekami. Owszem, nasi przodkowie bynajmniej nie żyli w sterylnych warunkach: bliska obecność zwierząt hodowlanych czy brak dostępu do środków czystości sprawiały, że nasze prababki musiały włożyć wiele pracy w to, by ich otoczenie było względnie czyste. Jednak ciągły chaos i „potykanie się” o przedmioty stanowi prostą konsekwencję kultury nadmiaru. Trudno przecież wyobrazić sobie zagraconą mnisią celę (no chyba że za zagracenie uznamy na przykład zalegający stos starych, zakurzonych książek, który w powszechnym imaginarium stanowi wręcz atrybut „prawdziwego” zakonnika). To my, przedstawiciele pokoleń poturbowanych przez późny kapitalizm, nieustannie toczymy walkę z następstwami szalonej konsumpcji.

Chomikować na trudne czasy

Przed nastaniem lat 90. mało kto – z wyjątkiem garstki osób dotkniętych kompulsywnym zbieractwem – potrzebował regularnego „wietrzenia” szafy, aby być w stanie zamknąć jej drzwi. Konieczność znajdowania sposobów na optymalne układanie obuwia, zabawek czy sprzętów kuchennych (co można robić na przykład alfabetycznie lub według klucza kolorystycznego) zaistniała dopiero wówczas, gdy zostaliśmy wręcz zalani ogromną ilością posiadanych przedmiotów. Obecnie zaś nadmiar stał się powszechny: influencerzy przekonują nas, że zupełnie normalne jest posiadanie kilkudziesięciu kosmetyków do twarzy, nowego ubrania na każde wyjście czy nawet kilku rowerów. Łatwy dostęp do przedmiotów i bezproblemowe kupowanie (zwłaszcza przez internet) jest dla nas źródłem „materialnej ambiwalencji”. Z jednej strony wielu z nas nieustannie towarzyszy przymus dokonywania kolejnych zakupów, a z drugiej – dotyka nas frustracja związana z zagraceniem przestrzeni i gubieniem się we własnym chaosie. Z nabytymi rzeczami często trudno jest się nam rozstać – łudzimy się, że jeszcze kiedyś z nich skorzystamy, przekażemy je potrzebującym albo że nieoczekiwanie przyjdzie dzień, w którym będziemy ich pilnie potrzebować. W badaniach przeprowadzonych dla serwisu Gumtree aż 84 proc. Polaków przyznało, że w ich mieszkaniach zalegają niepotrzebne i nieużywane przedmioty. Najczęściej są to ubrania (u 35 proc. ankietowanych), bibeloty i ozdoby (21 proc. respondentów), a dalej – zabawki, książki, przybory kuchenne i naczynia, buty i akcesoria. Niepotrzebne przedmioty najczęściej przechowują osoby o najniższych dochodach. Nie ma natomiast znaczących różnic między kobietami i mężczyznami. Zaś najmniej zbędnych rzeczy mają osoby między 50 a 65 rokiem życia.

Można zatem przypuszczać, że – przynajmniej częściowo – nasza skłonność do nadmiaru wynika z lęku przed niedostatkiem. Jako społeczeństwo o bardzo trudnej historii mamy magazynowanie rzeczy wpisane w narodowe DNA. Upraszczając, możemy przyjąć, że kupujemy i „chomikujemy” przedmioty także dlatego, że podskórnie spodziewamy się ponownego nastania „chudych lat”. Niewygodne, ale jednocześnie oczyszczające może być wobec tego zrozumienie, że w razie kataklizmu, takiego jak wojna czy zaraza, nadmiar zgromadzonych przedmiotów nie uchroni nas przed jego następstwami. Pełne piwnice, pawlacze i przepełnione szuflady prowadzą do rozdrażnienia i bałaganu, a nie do absolutnego bezpieczeństwa.

Dobry zwyczaj: wypożyczaj!

Rosnące zainteresowanie declutteringiem, a także trendy wnętrzarskie nawiązujące do skandynawskiej prostoty i loftowej surowości bez wątpienia stanowią wyraz tęsknoty za przestrzenią, swobodą i prostotą. W większym lub mniejszym stopniu niemal wszyscy jesteśmy zmęczeni ciągłym kupowaniem i zgiełkiem kultury ultraszybkiej konsumpcji. Jeśli więc podejmujemy decyzję o pozbyciu się niepotrzebnych artefaktów, skorzystanie z usługi declutteringu może stanowić początek przemiany. Nie warto jednak ulegać złudzeniu, że zlecenie komuś – choćby był najlepszym specjalistą! – odgracania na stałe rozwiąże problem przestrzennego chaosu. Aby to zrobić, należy wyeliminować przyczynę – a jest nią nadmiarowe, często impulsywne kupowanie i lokowanie poczucia bezpieczeństwa w posiadanych rzeczach. Trwałą zmianę w zakresie porządku dobrze jest zacząć od analizy własnego stylu konsumpcji. Przez pewien czas warto zapisywać sobie, co, jak często i z jakich przyczyn kupujemy – może bowiem okazać się, że mamy w zwyczaju kupować ubrania pod wpływem reklam w mediach społecznościowych albo zamawiać dodatki mające upiększyć dom kierowani smutkiem czy lękiem. Jeśli zakupy na tle emocjonalnym są stałym elementem naszego życia, warto poszukać innych sposobów regulowania trudnych emocji, a także – równolegle z odgracaniem – zacząć pracę nad sposobem nabywania rzeczy. Wielu osobom pomaga zaprzestanie obserwowania sklepów internetowych na Instagramie czy Facebooku, anulowanie newsletterów różnych firm i ograniczenie wycieczek do centrów handlowych (zakupy spożywcze czasami warto zrobić na osiedlowym rynku). Gdy zastanawiamy się nad zakupem nowej rzeczy, możemy posłużyć się przewidywanym cost per use (czyli kosztem za jedno użycie). Jeśli na przykład mielibyśmy zapłacić krocie za piękną sukienkę, którą jednak prawdopodobnie włożymy tylko parę razy w życiu, to koszt jednego użycia będzie wynosił, powiedzmy, jedną trzecią jej wartości. W ten sposób kupujemy więc za wysoką kwotę kolejną rzecz, która będzie zalegała w szafie – wysoki CPU może dobitnie uświadomić nam, jak wiele pieniędzy stracimy na zaledwie parę godzin noszenia danej rzeczy. Na ogół im wyższy jest CPU, tym bardziej zbędne jest kupowanie danego przedmiotu – nabycie go zabierze nam zarówno przestrzeń, jak i uszczupli stan konta. W wielu przypadkach zbawienne jest przestawienie się na wypożyczanie: narzędzia, niektóre sprzęty kuchenne czy nawet zabawki dla dzieci nie muszą zawsze stawać się naszą własnością, abyśmy mogli z nich korzystać. Warto zatem ponownie zacząć odwiedzać osiedlową bibliotekę, a sukienkę na „wielkie wyjście” pożyczyć od siostry, kuzynki czy znajomej. W internecie także można obecnie znaleźć całkiem sporo grup, których członkowie pożyczają sobie różne przedmioty – tak zwany co-sharing, czyli współdzielenie, chroni naszą przestrzeń i może pomagać w budowaniu relacji.

Jeśli nie rozwiążemy problemu nieprzemyślanego konsumowania, to nawet skorzystanie z usług declutteringowych stanie się kolejną okazją do tego, by ktoś zarobił na naszej skłonności do nadmiaru.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 11/2026