Szczyt desperacji

Podczas gdy dwóch największych emitentów dwutlenku węgla zajmowało się wzajemną rywalizacją, Globalne Południe próbowało przekonać możnych tego świata, że czas się kończy, a mieszkańcy krajów rozwijających się już dawno na własnej skórze odczuwają skutki zmian klimatycznych.
Czyta się kilka minut
Przed pierwszym dniem szczytu klimatycznego COP30, Brazylia, Belém, 10 listopada 2025 r. fot. Alessandro Falco/ Getty ImageS
Przed pierwszym dniem szczytu klimatycznego COP30, Brazylia, Belém, 10 listopada 2025 r. fot. Alessandro Falco/ Getty ImageS

Nie czas już na negocjacje. Czas na wdrażanie, wdrażanie i wdrażanie – stwierdził sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres podczas otwarcia szczytu klimatycznego COP30 w brazylijskim Belém. Dobrze oddaje to ducha tegorocznego wydarzenia, które zostało właściwie zbojkotowane przez Waszyngton i lekceważąco potraktowane przez Pekin.

Eksport wewnętrzny

„Musimy ograniczyć emisję gazów cieplarnianych. Musimy zacząć myśleć o tym, jak żyć bez paliw kopalnych” – powiedział prezydent kraju gospodarza Luiz Inácio Lula da Silva. Celem szczytu było stworzenie mapy drogowej odejścia od kopalin, jednak bez narzucania terminów, by poszczególne kraje same mogły zdecydować, ile są w stanie zrobić i kiedy. Problem w tym, że dotychczas podobnie luźne podejście nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. W wyniku porozumienia paryskiego, podpisanego podczas jednego z wcześniejszych szczytów we Francji, państwa będące stronami porozumienia zadeklarowały ograniczanie emisji według krajowych planów zwanych w skrócie NDC (od Nationally Determined Contributions), które określały ich wkład w globalną redukcję emisji. Według informacji podanych przez organizatorów państwa podpisane pod umową powinny zredukować wytwarzane CO2 o 60 proc. do 2030 roku, licząc w stosunku do 1990 roku. Aktualnie złożone NDC mówią jednak coś zupełnie innego: emisja owszem spadnie, ale ledwie o 10  proc. Co gorsza, do końca września aktualizacji swoich NDC złożyły 64 państwa spośród niespełna dwustu, które podpisały się pod porozumieniem.

Powiedzieć, że wiele państw lekceważy klimatyczne zobowiązania, to jak nic nie powiedzieć. Jednym z nich są niewątpliwie Chiny, które do Brazylii wysłały wicepremiera Ding Xuexianga, który w chińskiej strukturze władzy nie jest szczególnie istotnym politykiem. Ding znajduje się co prawda w składzie 20. Stałego Komitetu Biura Politycznego, ale jako szósty pod względem ważności członek, czyli przedostatni. Chiny wytwarzają rocznie około 8 mld ton ekwiwalentu CO2, co daje im niechlubne pierwsze miejsce na świecie. ChRL to oczywiście ogromne państwo, jednak w ostatnich latach ich sukcesem na polu redukcji emisji jest zatrzymanie jej wzrostu. Przewiduje się, że Państwo Środka mogło właśnie osiągnąć swój szczyt wytwarzania gazów cieplarnianych, co byłoby dobrą informacją, gdyż początkowo planowało to zrobić do końca dekady. Średnia krocząca za ostatnie 18 miesięcy utrzymuje się na stabilnej wysokości od lutego zeszłego roku, zatrzymując się na poziomie nieco ponad 12 mld ton CO2. Niewątpliwie Pekin przoduje za to we wdrażaniu odnawialnych źródeł energii. W 2024 roku w panelach słonecznych ChRL zamontowała 333 GW mocy, czyli więcej niż reszta świata razem wzięta. Chińskie panele słoneczne wytwarzają również energię w Pakistanie czy wielu państwach Afryki. Dzięki rozwojowi produkcji made in China, alternatywne źródła wytwarzania prądu stały się dostępne cenowo dla prosumentów w państwach rozwijających się, co umożliwia im uniezależnienie się od niestabilnych krajowych sieci energetycznych.

Chiny przodują również w produkcji elementów wiatraków i turbin farm wiatrowych, w czym mocno rywalizują z producentami z Europy – szczególnie Danią i Niemcami. W tym roku do końca września ChRL zwiększyła swoje moce w panelach PV o 240 GW, a w energetyce wiatrowej o 61 GW. Zeszłorocznego wyniku raczej więc nie powtórzy, ale będą to liczby porównywalne. Problem w tym, że w kraju następuje „wewnętrzny eksport zanieczyszczeń”, gdyż rozwinięty wschód kraju, szczególnie zamożne metropolie położone w pobliżu Pacyfiku, przesuwają brudną produkcję w głąb, by zajmowały się nią niezamożne peryferie. W prowincji Kuangsi poziom zanieczyszczeń pyłami PM2,5 w I kwartale tego roku wzrósł o jedną trzecią rok do roku, chociaż w całym kraju zanotowano redukcję o 5 proc. Dwucyfrowy wzrost zanotowano również w górskiej prowincji Junnan. Zamożni Chińczycy ze wschodu kraju robią więc swoim zachodnim pobratymcom dokładnie to samo, co wcześniej robili im zamożni mieszkańcy zachodu globu.

Hegemon na urlopie

Największym nieobecnym na tegorocznym szczycie klimatycznym były oczywiście Stany Zjednoczone. Biały Dom nie wysłał do Brazylii nikogo. Nic dziwnego, przecież już w styczniu, gdy Donald Trump jeszcze zapewne nie porozwieszał wszystkich swoich płaszczy w garderobie Białego Domu, nowy prezydent USA ogłosił wycofanie się swojego kraju z porozumienia paryskiego. Obecność kogoś ważnego z administracji Trumpa, która nie ukrywa, że nie tylko nie zamierza redukować emisji, ale wręcz planuje je z dumą powiększać, mogłoby prowadzić do wielu kłopotliwych sytuacji, gdyż delegacja amerykańska byłaby otoczona przez ludzi myślących o sprawie odwrotnie.

Na szczycie wirtualnie pojawił się jednak inny ważny Amerykanin, czyli papież Leon XIV, który ma na ten temat zdanie zgoła odmienne od swoich rodaków piastujących właśnie władzę. „Jedna na trzy osoby żyje w warunkach wysokiego zagrożenia z powodu zmian klimatu. Ignorować ich to zaprzeczać naszej wspólnej ludzkiej naturze. […] Porozumienie paryskie przyniosło realny postęp i pozostaje naszym najsilniejszym narzędziem. Ale musimy być szczerzy: nie ono zawodzi – to my zawodzimy w naszej odpowiedzi” – stwierdził papież w swoim przemówieniu do kościołów Globalnego Południa.

USA obecnie są drugim największym emitentem na świecie, wytwarzając ekwiwalent niespełna 5 mld ton CO2 rocznie. Od zmiany władzy Waszyngton naciska na zwiększenie wydobycia paliw kopalnych oraz intensywnie naciska na zakupy amerykańskich surowców. Umowy handlowe zawierane z poszczególnymi czołowymi gospodarkami – Unią Europejską, Japonią, Wielką Brytanią czy Koreą Południową – zakładają nie tylko jednostronne nałożenie przez Waszyngton taryf celnych, ale też zobowiązania drugiej strony umowy do liczonych w setkach miliardów dolarów zakupów towarów i paliw z USA. Stany Zjednoczone stały się największym na świecie eksporterem gazu LNG, sprzedając za granicę w zeszłym roku 123 mld metrów sześciennych tego surowca. Zatwierdzone już przez prezydenta Trumpa projekty inwestycyjne w infrastrukturę eksportową zwiększą ich przepustowość dwukrotnie, więc ambicje Waszyngtonu sięgają znacznie dalej. Ameryka chce dosłownie zalać świat swoim gazem, co siłą rzeczy skłoni ich partnerów handlowych do zwiększenia zużycia tego surowca. Tym bardziej, jeśli będą do tego zmuszone „porozumieniem” handlowym, które wymusił na nich obecny lokator Białego Domu.

Dla Waszyngtonu wzrost emisji CO2 notowany w poprzednich latach w Państwie Środka stał się dobrym alibi dla polityki drill, baby, drill (wierć, kochanie, wierć), którą od początku drugiej kadencji forsuje Donald Trump. I to nie tylko w granicach swojego kraju. Głośno krytykował chociażby brytyjskie plany rozbudowy farm wiatrowych na Morzu Północnym, gdyż według Trumpa lepiej byłoby stamtąd wydobywać więcej paliw. Morze Północne to europejskie zagłębie surowców energetycznych, które eksploatują m.in. właśnie Wielka Brytania i Norwegia. Licząc jednak od początku rewolucji przemysłowej, czyli od końca XVIII wieku, to Stany Zjednoczone są zdecydowanie największym globalnym emitentem gazów cieplarnianych, więc ich alibi jest mocno wadliwe.

Europejska zadyszka

Spośród największych gospodarek świata najbardziej poważnie szczyt COP30 potraktowała Unia Europejska. Istotną rolę pełniła także Polska, która współprowadziła obrady na temat sprawiedliwej transformacji, za co odpowiedzialny był wiceminister klimatu i środowiska Krzysztof Bolesta. Jego odpowiednicy z innych państw obradowali nad politycznie akceptowalną formułą tekstu podsumowującego. „Polska wskazuje, że realizacja celów klimatycznych musi uwzględniać sytuację pracowników sektorów węglowych, paliwowych i motoryzacyjnych, a także koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe. Transformacja powinna zapewniać dostęp do stabilnych miejsc pracy, przystępnej cenowo energii oraz ochronę przed ubóstwem energetycznym” – czytamy na stronie rządu.

Kwestie podnoszone przez polski rząd pokazują więc niezbicie, że w kontekście polityki klimatycznej wajcha została nieco przesunięta w stronę znacznie większego „pragmatyzmu”, który może się jednak okazać krótkowzroczny. Unijne emisje CO2 przestały spadać, a w I kwartale 2025 roku nawet wzrosły o 3,4 proc. rok do roku. UE w pierwszych trzech miesiącach tego roku wygenerowała łącznie ponad 900 mln ton ekwiwalentu dwutlenku węgla, co było najwyższym wynikiem od końca 2022 roku. Jeśli to tempo się utrzyma, UE wyprodukuje w całym bieżącym roku przeszło 3,6 mld ton CO2, a więc 6 proc. więcej niż w 2023 roku (3,4 mld ton). Dwucyfrowy wzrost zanotowano w Bułgarii i Czechach, a na Cyprze otarto się o ten wynik (wzrost o 8 proc.). Polska wspólnie z Węgrami, Grecją i Belgią znalazła się zaraz za plecami czołowej trójki, notując wzrost emisji o ok. 5 proc. rok do roku. Istotną redukcją poszczycić się mogą właściwie tylko państwa nordyckie (Finlandia, Szwecja i Dania), które w I kwartale ograniczyły ilość wytwarzanego CO2 o 5 proc. rok do roku.

Chociaż w deklaracjach UE wciąż nie pozostawia wątpliwości co do swojego oddania zielonej polityce, to nastroje w poszczególnych państwach są zupełnie inne. Słowacja otwarcie namawia pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej (Węgry, Czechy, Polska) do wyjścia z systemu uprawnień do emisji EU-ETS, który w perspektywie kilku najbliższych lat powinien zostać rozszerzony o budownictwo i transport. Warszawa raczej do tej inicjatywy nie dołączy, jednak postuluje opóźnienie wejścia w życie EU-ETS 2 do przynajmniej 2030 roku oraz rezygnację z celu pośredniego, jakim jest ścięcie emisji o 90 proc. do 2040 roku (licząc w porównaniu do 1990 roku). Niemiecki przemysł motoryzacyjny naciska natomiast na rezygnację z zakazu produkcji aut spalinowych, co ma wejść w życie z początkiem 2035 roku, jednak perturbacje europejskiego przemysłu sprawiają, że nad tym planem gromadzą się ciemne chmury.

Nierówności w globalnej emisji gazów cieplarnianych odzwierciedlają rozwarstwienie ekonomiczne świata. Według raportu Oxfam Carbon Inequality Kills, 10 proc. najbogatszych mieszkańców planety generuje połowę CO2 wytwarzanego na świecie co roku. Dolna połowa globu pod względem zamożności odpowiedzialna jest za ledwie 8 proc. emisji. Zdecydowanie największe możliwości redukowania gazów cieplarnianych mają więc gospodarki najwyżej rozwinięte, które niestety znacząco wyhamowały entuzjazm. Największe skutki zmian klimatycznych odczuwają państwa Globalnego Południa, które są im w najmniejszym stopniu winne. Afryka Subsaharyjska jest nawiedzana przez susze i klęski głodu, Azja Południowa (m.in. Pakistan, Indie i Bangladesz) przez gwałtowne powodzie, natomiast Azja Południowo-Wschodnia (Indonezja, Tajlandia czy Wietnam) systematycznie kurczy się pod naporem rosnącego poziomu wód. Pod nieobecność globalnych liderów głos Globalnego Południa miał okazję mocniej wybrzmieć, problem w tym, że w zachodnich stolicach i tak słychać go jakby coraz słabiej.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 48/2025