We wtorek 27 stycznia wielu mieszkańców Edmonton, stolicy kanadyjskiej prowincji Alberta, mimo prószącego śniegu wyruszyło z domów, by podpisać petycję, domagającą się referendum na temat wystąpienia tego stanu z kanadyjskiej federacji i ogłoszenia niepodległości. Referendum zostanie przeprowadzone, jeśli do 2 maja secesjonistom uda się zebrać 177 732 podpisy. Dlaczego akurat tyle? Otóż ta dokładna liczba stanowi 10 proc. głosów oddanych w ostatnich wyborach stanowych. Według prawa Alberty jest to próg, którego przekroczenie czyni obligatoryjnymi wszelkie postulaty zgłoszone przez społeczeństwo. Nawet postulat wystąpienia z Kanady.
Separatyści mają spore szanse doprowadzenia do referendum, co nie oznacza, że mogliby w nim odnieść zwycięstwo. Przeciwnie, wiele wskazuje na to, że ponieśliby porażkę. Jednak sam fakt głosowania w takiej sprawie będzie medialnie poruszający. Chociażby dlatego, że byłby precedensem dla innych kanadyjskich stanów.
500 miliardów do podziału na kanapie
Separatystyczne tendencje tliły się w Albercie właściwie od momentu jej powstania. Od trzech dekad reprezentowane są przez partie polityczne, których głównym, a właściwie jedynym hasłem, jest wystąpienie z Kanady. Partie to raczej kanapowe i zmieniające co jakiś czas nazwy oraz liderów, jednak samo zjawisko wykazuje zadziwiające cechy trwałości.
Wytłumaczyć to można na kilka sposobów. Edmonton leży w linii prostej prawie 3 tys. km na zachód od Ottawy. To odległe kanadyjskie peryferie i zawsze znajdą się ludzie, którzy uważać będą swój stan za zaniedbany i niedoinwestowany. Drugą stroną medalu jest tutaj fakt, że ropa z Alberty stanowi 80 proc. ogółu kanadyjskiego wydobycia. Stąd podatność na hasła typu: bogacimy całe państwo, dlatego zasługujemy na więcej. Stąd też zainteresowanie Albertą ze strony sąsiadów.
Według „Financial Times” liderzy Alberta Prosperity Project (APP), partyjki, która dzierży obecnie sztandar secesji, w ubiegłym roku aż trzykrotnie odwiedzili Departament Stanu, czyli ministerstwo spraw zagranicznych USA. Do czwartego spotkania doszło teraz, na przełomie stycznia i lutego. Podobnie entuzjastycznym poparciem cieszy się APP w samym Białym Domu – co wiemy z szeroko komentowanych enuncjacji prezydenta Donalda Trumpa. Obecna ekipa trzymająca władzę w Stanach Zjednoczonych oficjalnie popiera ideę albertańskiej „niepodległości”, broń Boże nie wysuwając żadnych terytorialnych zakusów co do tego stanu. Jednak jest rzeczą oczywistą, że odłączoną od Kanady Albertę szybko wchłonąłby sąsiad z południa. Zresztą Trump otwarcie zapowiada, że będzie dążyć do przyłączenia do USA całej Kanady.
Liderzy APP są w każdym razie pełni optymizmu. Jeff Rath, prawnik partii, chwalący się tym, że ma o niebo lepsze kontakty osobiste z Trumpem niż kanadyjski premier Mark Carney, zgłosił już nawet pomysł, by rząd USA, po udanym „rozwodzie” Edmonton z Ottawą, wsparł „niepodległą Albertę” kwotą 500 miliardów dolarów. Dlaczego akurat tyle? Bo to przecież słynne „100 tysięcy na głowę”, które Trump obiecał każdemu Grenlandczykowi. Jednak pięć milionów obywateli Alberty stanowi populację stukrotnie liczniejszą niż ludność „kawałka lodu”, jak prezydent USA określił duńską wyspę.
Dwóch na jednego
Oto najbardziej aktualne i wiarygodne dane: według sondażu przeprowadzonego w pierwszych dniach stycznia „zdecydowanie tak” niepodległości Alberty mówi 17 proc. jej obywateli. „Raczej tak” odpowiedziało 14 proc., „raczej nie” to kolejne 13 proc. albertańczyków. Natomiast aż 49 proc. – prawie połowa pytanych – odpowiedziało „zdecydowanie nie”. Jeśli zsumujemy odpowiedzi, wyjdzie nam klarowny obraz: 62 przeciw 31. Na jednego zwolennika secesji przypada dokładnie dwóch jej przeciwników.
Tak wyraźną przewagę zawdzięczają wierni Kanadzie mieszkańcy Alberty jednemu człowiekowi. Thomas Lukaszuk mówi po polsku i jest działaczem polonijnym, wypadałoby więc pisać o nim w „Przewodniku” jako o Tomaszu Łukaszuku. Ten 57-letni działacz partii postępowych konserwatystów jest wpływowym członkiem stanowego parlamentu, przez kilka lat był też wicepremierem Alberty. To właśnie on latem ubiegłego roku, w obliczu pierwszych plotek o flircie separatystów z Białym Domem, zainicjował ruch pod hasłem „Alberta na zawsze z Kanadą”. W ciągu zaledwie trzech letnich miesięcy 2025 roku, przy pomocy 10 tys. wolontariuszy, udało mu się zebrać prawie 600 tys. podpisów. Jak na mało zaludnioną Albertę stanowi to rekordowy wynik popularności.
Urodzony w Gdyni Łukaszuk jest sztandarowym przykładem nowej kanadyjskiej generacji, złożonej w dużej mierze z migrantów, zachowujących własną kulturę. To przeciw nim zwrócone jest ostrze krytyki separatystów, którzy lubią się określać jako old stock Canadians – rodowici Kanadyjczycy, rzekomo spychani na margines przez bardziej energicznych przybyszów. To gruba przesada, choć z drugiej strony jeszcze grubszą przesadą jest etykietowanie ludzi popierających APP jako „skrajnych prawicowców”, a nawet „rasistów”.
Kanada do UE!
Gdybanie nie jest dobrą manierą, sprawa przybrała jednak obrót na tyle poważny, że nie sposób nie zapytać: co by się stało, gdyby jednak jakimś cudem Alberta powiedziała „tak” wezwaniu do wystąpienia z federacji? Otóż oznaczałoby to, ni mniej, ni więcej, początek nieuchronnego rozpadu całej Kanady.
Wystarczy spojrzeć na mapę, by stwierdzić, że stan ten skutecznie oddziela od reszty państwa Brytyjską Kolumbię, stan położony nad Pacyfikiem. Kanada straciłaby więc suwerenną łączność między oceanami – tę samą łączność, która stanowi geostrategiczną podstawę potęgi Stanów Zjednoczonych. Wyobraźmy sobie teraz że, w etapie numer dwa, ekipie Trumpa udaje się przeprowadzić ten sam manewr z Nową Fundlandią i Labradorem, gdzie również tlą się separatystyczne nastroje. Kanada zostałaby tym samym oddzielona również od Atlantyku. Takiemu ogryzkowi rzeczywiście nie pozostawałoby nic innego, jak przyłączyć się do USA.
Kanadyjczycy zdają sobie z tego sprawę i większość z nich coraz mniej życzliwie spogląda w stronę sąsiadów z południa. Za to coraz mocniejsze wydają się więzi z Europą. W kanadyjskich supermarketach już pojawiły się etykietki, oznaczające, które towary pochodzą zza Atlantyku, które zaś zza Wielkich Jezior. I okazuje się, że spada sprzedaż tych drugich, wyraźnie rośnie zaś popyt na dobra konsumpcyjne z Europy. Skasowano nawet niektóre linie lotnicze łączące Kanadę z USA – z powodu braku pasażerów.
Jak tak dalej pójdzie, zobaczymy jeszcze Kanadę w gronie państw Unii Europejskiej. Być może nawet – to gorzki paradoks – przed Ukrainą.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!











