Widmo secesji

Kwestia nielegalnych imigrantów to w Kalifornii zaledwie szczyt góry lodowej. Coraz wyraźniej rysuje się perspektywa oderwania tego stanu od USA.
Czyta się kilka minut
Po protestach na ulicach Los Angeles, 7 czerwca 2025 r. | fot. RINGO CHIU/AFP/ East News
Po protestach na ulicach Los Angeles, 7 czerwca 2025 r. | fot. RINGO CHIU/AFP/ East News

Lawina ruszyła, gdy w piątek 6 czerwca agenci ICE (federalne biuro do spraw zwalczania nielegalnej imigracji) wdarli się do kilku prywatnych przedsiębiorstw w Los Angeles i zaczęli wyciągać stamtąd pracujących „na czarno” robotników. Nielegalni okazali się w większości Latynosami przybyłymi z Meksyku. Wokół aresztowanych błyskawicznie wyrósł tłum ich matek, ciotek i kuzynów, a zgromadzeni zaczęli atakować agentów. Jednocześnie pod ratusz Los Angeles – węzłowy punkt miasta – przybywać zaczęli obywatele, którym nie podoba się antyimigracyjna polityka prezydenta Donalda Trumpa. Na chroniących budynek policjantów poleciały race i koktajle Mołotowa.
Napięcie wzrosło, gdy w niedzielę do miasta, wbrew stanowisku gubernatora stanu, przybyły pierwsze oddziały Gwardii Narodowej. W USA są to formacje lokalne, zarządzane przez poszczególne stany, i tylko władze stanowe mają prawo nimi dysponować. Trump wykorzystał jednak poprawkę, która umożliwia wyjęcie stanowej Gwardii spod kompetencji gubernatora w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa publicznego. Żaden z prezydentów z niej nie korzystał od czasu, gdy w 1965 r. Lyndon Johnson za jej pomocą nie dopuścił do zamieszek rasowych w Alabamie.
We wtorek 10 czerwca Trump zdecydował się na wysłanie do Los Angeles piechoty morskiej, tzw. marines, co tylko dodatkowo rozjątrzyło protestujących. Prezydent USA nie posunął się jednak, jak dotąd, do ogłoszenia w Kalifornii stanu walki z powstaniem, co w amerykańskiej legislacji umożliwia otwarte tłumienie sprzeciwu siłą militarną.
 
Trump przesadza? Niekoniecznie
Pozornie wszystko to można uznać za burzę w szklance wody, którą nieopatrznie wywołał sam prezydent. Po pierwsze protesty, mimo przykrych niewątpliwie incydentów, nie przybrały dotąd krwawych rozmiarów. Daleko im do gwałtowności rozruchów, jakie wstrząsnęły tym miastem wiosną 1992 r. Wtedy to, po uniewinnieniu czterech białych policjantów, którzy zakatowali zatrzymanego na szosie czarnoskórego obywatela, przez kilka tygodni trwały regularne walki, w których zginęło kilkadziesiąt osób. Wtedy powstały, jak jeden mąż, „czarne” dzielnice, zajmujące pełną ćwiartkę Los Angeles. Dziś protesty skupione są w jednym miejscu – wokół ratusza – i nie rozlewają się na miasto.
Po drugie problem nielegalnej imigracji w USA, także w Kalifornii, nie jest tak palący, by koniecznie dodatkowo rozpalać go wysyłaniem wojska. W ciągu kilku ostatnich lat liczba nielegalnych imigrantów zmniejszyła się prawie o połowę, zatem sytuacja nie przypomina „najazdu”, którym Trump straszy rodaków. Problemem jest raczej brak skutecznych procedur deportacji: mimo szumnych zapowiedzi, od stycznia nowej administracji udało się wydalić zaledwie trzecią część zapowiadanej kwoty. Nalot na fabryki Los Angeles był raczej wyrazem frustracji prezydenckiej ekipy niż elementem przemyślanej i długofalowej polityki.
W istocie Trump ma się jednak czego obawiać, podobnie jak mogą się bać wszyscy obywatele, którym zależy na całości i bezpieczeństwie Stanów Zjednoczonych. Żaden ze stanów USA nie znalazł się bowiem tak blisko krawędzi, za którą czai się stare widmo wojny secesyjnej.

Historia zatacza koło
Na 40 mln mieszkańców Kalifornii 40 proc. to Latynosi o przeważnie meksykańskich korzeniach. Pokazały to wyniki spisu z 2020 r., ujawniające, że osoby hiszpańskojęzyczne stanowią największą grupę etniczną w stanie. Powtórzmy wyraźnie: Latynosów jest obecnie w Kalifornii więcej niż białych Anglosasów. To ponad 15 mln obywateli. Spośród wszystkich pozostałych stanów USA tylko Hawaje, z azjatycką większością, mają podobną sytuację.
Kalifornijska specyfika ma jednak dodatkowy, wrażliwy aspekt. Po dwóch wiekach historia jakby zatacza tutaj koło. Prowincja ta powstała jako część Meksyku: najstarsze osady w stanie, z Los Angeles włącznie, poczęły się z misji meksykańskich franciszkanów. Meksyk zmuszony był oddać USA te ziemie w 1847 r., po przegranej wojnie. W rok później Kalifornia powiększyła grono stanów Północnej Ameryki.
Wojna zaczęła się od powstania, jakie podnieśli tutaj anglosascy osadnicy. Przybyli oni do meksykańskiej Kalifornii właściwie jako „nielegalni imigranci” – tyle że relatywnie bogatsi od obecnych i lepiej uzbrojeni. Niebawem przybyło ich tak wielu, że stali się siłą porównywalną z siłą populacji hiszpańskojęzycznej. Wygrali z poparciem „wujka Sama” z Waszyngtonu.
Kalifornijczycy meksykańskiego pochodzenia, zwani tutaj Chicanos, nigdy o tym nie zapomnieli. W latach 60. ubiegłego wieku zainicjowali ruch Brązowych Beretów, który pod wodzą Cesara Chaveza – latynoskiego odpowiednika Martina Lutera Kinga – walczył o równe prawa dla hiszpańskojęzycznych mieszkańców Kalifornii. Także tych, którzy legalnie i nielegalnie przybywali tu za chlebem z Meksyku.
Brązowe Berety rozwiązano w 1972 r. jako organizację paramilitarną. Problem Chicanos w Kalifornii wszelako narastał. O ile w czasach Chaveza stanowili oni jedynie 10 proc. ogółu populacji, o tyle proporcje te rok w rok narastały, doprowadzając w końcu do etnicznej przewagi Latynosów.
Dziś co dziesiąty spośród ogółu Kalifornijczyków, zaś co czwarty spośród kalifornijskich Chicanos urodził się w Meksyku. Co piąty spośród tych imigrantów jest przybyszem nielegalnym.

Co dalej?
Fresno, leżące w połowie drogi między Los Angeles a San Francisco, to bastion wpływów secesjonistów. Mieszka tu Marcus Ruiz Evans, na pół Chicano i Anglosas, który od kilku lat namawia Kalifornijczyków, by wystąpili ze Stanów Zjednoczonych. Jeżeli do 25 lipca uda mu się zebrać 545 tysięcy podpisów, jego zwolennicy będą mogli zorganizować w tej materii legalne referendum. Najbliższy termin takiego referendum to rok 2028, czyli kolejne wybory prezydenckie.
Czy secesjoniści mieliby szanse je wygrać? Jak najbardziej. Według ostatnich sondaży aż 60 proc. mieszkańców stanu uważa, że w niepodległej Kalifornii żyłoby im się lepiej niż w obecnych USA. To w pewnej mierze ludzie, którzy rozpalili obecne protesty: lewicowi aktywiści nienawidzący Trumpa, którzy w Los Angeles palą amerykańskie flagi i plują na nie. Ale przecież nie oni decydują o masie. Najwięcej jest takich, którzy widzą społeczny regres, w jakim znalazła się Ameryka. Dla nich przyszłość Kalifornii, z gospodarką, której potencjał dorównuje potencjałowi Niemiec, może się wiązać z niezależnością. Także pod hiszpańskojęzycznym, lub nawet meksykańskim szyldem.
Gdyby coś takiego się udało, nie będzie to jeszcze oznaczało automatycznej secesji. Wystąpienie ze Stanów wymagać będzie zgody dwóch trzecich członków Kongresu oraz trzech czwartych spośród pozostałych stanów. Wydaje się mało prawdopodobne, by taka zgoda została wydana. Ale to oznaczać będzie duży wzrost napięcia i tak zagrażający jedności USA.
Gubernator Gavin Newsom, nominalnie przedstawiciel władzy federalnej, jako obrońca protestujących w Los Angeles i twardy przeciwnik Trumpa, urasta obecnie w Kalifornii niemalże do pozycji „ojca narodu”. Tyle że kalifornijskiego. Na razie jest to tylko sugestia, nikt jeszcze na kalifornijskim kapitolu o secesji głośno nie mówi. Ale kto wie, jak potoczą się wypadki. Hiszpańskojęzycznych obywateli Kalifornii z roku na rok przybywa.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 25/2025